Hanabi – Recenzja #11

Autor | 22 czerwca 2014

Kolejna prosta gra, którą zaprezentujemy będzie polegała na… zorganizowaniu pokazu sztucznych ogni, a właściwie na uporządkowaniu wszystkiego, co poprzedniej nocy udało nam się rozwalić. Pewnie przy okazji jakiejś imprezki i popisów przed znajomymi… Znajomi na pewno byli zachwyceni, ale oto zbliża się czas właściwego pokazu. Musimy więc ogarnąć temat.

Hanabi

Hanabi jest grą w pełni kooperacyjną. I chyba jest to jedna z tych rzeczy, które coraz bardziej podobają mi się w grach planszowych czy karcianych. Jako, że gra jest całkowicie pozbawiona negatywnej interakcji pomiędzy graczami, to chcę, aby się partia udała i chyba dlatego jestem w trakcie jej trwania zwyczajnie nerwowy. ; )

Zestaw, który dostajemy w poręcznym, metalowym pudełeczku to 8(!) niebieskich i 3 czerwone znaczniki, 5 kart zasad oraz 55 kart fajerwerków.

Karty dzielą się na pięć kolorów o różnych wartościach z przedziału od 1 do 5. Naszym celem podczas całej zabawy będzie złożyć (znowu) pięć fajerwerków o wszystkich barwach. Wszystko byłoby w miarę proste, gdyby nie to, że fajerwerki te trzeba ułożyć w porządku numerycznym, poczynając od najniższej wartości. I to nie jest jedyna trudność w całej zabawie. Dochodzi do tego ograniczona komunikacja między graczami, która za koszt jednego niebieskiego znacznika pozwala wskazać innemu z graczy karty w jednym kolorze lub o identycznej wartości… Bo każdy biorący udział w zabawie nie widzi jakie karty trzyma w ręce.

K: I to jest najważniejsza rzecz! Ten stres, kiedy zapomniało się, w które miejsce odłożyliśmy kluczową piątkę (jest tylko jedna w każdym kolorze, dlatego jej pojawienie się podnosi ciśnienie). To bardzo stresująca, a przy tym satysfakcjonująca gierka.

Gra przewiduje dwa warianty rozgrywki: jeden dla 2-3 graczy, kiedy to każdy z nich otrzymuje po pięć kart fajerwerków (których nie może oglądać), oraz drugi dla 4-5 graczy, gdzie każdy otrzymuje po cztery karty. Trzymamy je tak, aby wszyscy pozostali mogli je widzieć, a my oglądamy karty innych i rewersy własnych, nieraz wpatrując się w nie jakbyśmy chcieli je prześwietlić. Szczególnie, kiedy pamięć zaczyna nas zawodzić.

Tura gracza, to możliwość wykonania jednej z trzech akcji. 1. Możemy podać innemu graczowi informację, która będzie kosztować nas niebieski znacznik (odrzucamy go z pudełka). Jak wspomniałem wcześniej informacja jest dość ograniczona i gra w podstawowym trybie zakłada wyłącznie taką komunikację. Mianowicie wybieramy gracza, któremu podajemy kolor lub wartość, a następnie wskazujemy te jego karty, które taki kolor/taką wartość posiadają. Zawsze musimy podać wszystkie karty o podanym kolorze lub wartości, nie możemy żadnej z nich pominąć.

2. Możemy odrzucić kartę, którą uznajemy za zbędną. Dzieje się tak, jeśli wiemy, że mamy w ręku na przykład „jedynkę”, a „jedynki” we wszystkich kolorach są już wyłożone na stół (zagrane). Czasami też ryzykujemy, bo albo nie pamiętamy, która karta, co przedstawiała… albo się zwyczajnie pomylimy. Odrzucanie pozwala nam pozbyć się tych niepotrzebnych kart, a jednocześnie odzyskujemy niebieski znacznik, który wraca do pudełka. Kart odrzucać nie można – jeżeli mamy wszystkie niebieskie znaczniki w pudełku.

3. Możemy zagrać kartę. Jeżeli jesteśmy pewni co do wartości oraz koloru, że nam będą pasować do kart już wyłożonych – możemy zadeklarować zagranie karty. Zagrywana karta musi pasować kolorem do już wyłożonych (jeśli nie jest to jedynka, której jeszcze nie mamy) i na danym kolorze musi mieć wartość o jeden wyższą od ostatnio tam ułożonej. Jeżeli się pomylimy – wrzucamy jeden z trzech czerwonych znaczników do pudełka (tak, wszystkie są ułożone na początku gry poza nim ; )).

Po akcji odrzucania lub wykładania gracz dobiera kartę (oczywiście podziwiając wyłącznie rewers).

K: Walka z odruchowym spojrzeniem na kartę jest bardzo trudna i chyba w każdej partyjce zdarzyło się komuś ją przegrać.

Kiedy kończymy grę? Kiedy wszystkie trzy czerwone znaczniki wylądują w pudełku, kiedy gracz pobierze ostatnią kartę ze stosu (wszyscy gracze mają jeszcze jedną turę), lub – jeżeli ułożymy wszystkie pięć fajerwerków zanim skończy się stos kart. Niezależnie od tego jak skończy się gra – podliczamy punkty, a wynik sprawdzamy w tabelce podanej w instrukcji gry. Wtedy cieszymy się lub nie i… rozpoczynamy nową partię. Bo gra jest wciągająca. Przynajmniej na te trzy, cztery partie danego dnia. ; )

Niestety z moją pamięcią bywa kiepsko (jest, a nie bywa), dlatego gra mi się stosunkowo trudno – co nie oznacza, że mniej przyjemnie. A przez to, że chcę, aby team wypadł jak najlepiej, to się stresuję podczas gry, bo nie chcę, aby tłum nas wygwizdał przeze mnie ; D.

Jeżeli już opanujemy grę na tyle, że będziemy stosunkowo łatwo układać fajerwerki, to możemy skorzystać z proponowanego wariantu „Wszystko albo nic”, który nie kończy partii po dobraniu ostatniej karty ze stosu, ale gracze mogą grać do końca – tj. do momentu aż wszystkie trzy czerwone znaczniki znajdą się w pudełku (totalna porażka, nie zaglądamy nawet na tabelkę z punktami), lub kiedy graczom uda się ułożyć wszystkie pięć kolorów fajerwerków.

Jeżeli pięć kolorów, to dla Was za mało – można wykorzystać karty fajerwerków wielokolorowych jako szósty „kolor”. Zabawa polega na tym samym, różni się jedynie tym, że karty wielokolorowe wskazujemy razem z kartami każdego innego koloru.

K: Przez niedoczytanie (kto czyta instrukcje, pf) wprowadziliśmy własny wariant, w którym wielokolorowe karty to jokery.

d: A mimo to i tak nie zawsze się udawało : )

I w sumie tyle można powiedzieć o całej grze. Dlatego przejdę od razu do oceny.

Estetyka – (3+/5) (3/5) – Nie dam więcej. Karty są jak karty. Fajne, duże, czytelne, ale grafiki fajerwerków są po prostu grafikami fajerwerków. Bym się postarał, to sam bym to w GIMPie zrobił.

K: Szału nie ma, tragedii też nie. Poręczne pudełko i małe rozmiary podbiły ocenę w moim przypadku.

Bebechy – (3+/5) (3+/5) – Cóż. Mechanika. Kolejna gra, która właściwie jej nie ma. Proste zasady, szybka zabawa – czyli to, co jest dobre w tego typu grach. Dlatego nie śmiem zejść z oceną niżej. I chyba nic innego nie dałoby się do tej gry dodać. Zakaz oglądania kart w ręku i podziwianie rewersów to świetny pomysł (właściwie na tym się gra opiera, inaczej nie miałaby sensu ; P).

Frajda – (5/5) (4+/5) – I nie inaczej. Zawsze mnie cieszyła, zawsze się dobrze przy niej bawiłem. Jako, że nie ma innej możliwości, to zawsze starałem się robić tak, aby wszystkim graczom dobrze poszło (kosztem stresów). Bo ogólnie traitora, to ja mam ponoć wypisanego na twarzy. : P

K: Masz go wypisanego tylko w grach ze zdrajcą :P A sama gra wzbudza emocje i sprawia ogromną frajdę. Piątki jednak nie dam, bo wymaga od współgraczy uczciwości, a różnie bywa z podejściem ludzi do tego :P

druid & Killian

ps. Wpis sponsorowany przez słowa „karty” oraz „PIĘĆ”.

12 komentarze do “Hanabi – Recenzja #11

  1. Damian Haim

    Fajna. Tyle można powiedzieć. Zawyżyliście panowie ocenę flaków wg. mnie, ale sama rozgrywka jest przyjemna i z całą resztą bez wątpienia się zgadzam.

    Odpowiedz
    1. Killian

      To ocena w kategorii lekkich, wręcz imprezowych gier. Jest łatwa do wyjaśnienia i działa sprawnie. No i w fajny sposób wykorzystuje pamięć gracza – podobnie jak Shadows over Camelot, które dostało zbliżoną notę za bebechy.

      Odpowiedz
      1. druid Post author

        Raczej zszedłbym z „gier imprezowych” na… rodzinne. Jakoś nie wyobrażam sobie grania w Hanabi na urodzinach z muzyką i alkoholami. Chyba, że dla niektórych impreza, to posiadówa z rodzicami. W imprezowych zmieściłbym gry bardzo szybkie z dużą dawką śmiechu, które często nie wymagają wyłącznie siedzenia, ale też szybkich czynności fizycznych czy werbalnych (Jungle Speed; Uga Buga!).
        Ewentualnie to ja mam jakieś skrzywione pojęcie gier imprezowych. ; )

        Odpowiedz
        1. Killian

          Faktycznie, określenie „rodzinna” w tym przypadku dużo lepiej pasuje. Tak to jest, jak się wszystkie lekkie gry na pół godziny traktuje jako imprezówki ;) Od małego nie potrafiłem dobrze szufladkować niczego i miałem swoje, „niepoprawne”, kategorie :P

          Odpowiedz
  2. Pingback: GRY PLANSZOWE W PIGUŁCE #372 - Board Times - gry planszowe to nasza pasja

  3. Monika Wieczorek

    A ja chyba jestem jakaś dziwna, bo czegoś mi w tej grze brakuje i frajdę oceniłabym na naciągane 4. Nie będę cytować, ale czytając nasunęło mi się jedno pytanie – czy jest gra w której Druid by się nie denerwował…? :D

    Odpowiedz
    1. druid Post author

      Po prostu jednym będą bardziej odpowiadać takie gry, drugim inne… Stąd różnica w ocenie frajdy. Nasze oceny są mocno subiektywne i to się na pewno nie zmieni. : )
      Swoją drogą byłoby bardzo trudno ocenić jakąkolwiek grę obiektywnie – musielibyśmy znać wszystkie gry świata i odpowiednio podzielić je na maksymalnie dużo kategorii, a następnie oceniać każdą z osobna w kontekście innej. Przynajmniej tak mi się wydaje. : P Wtedy wyszedłby z tego jakiś ranking, z którego można by było obrać skalę i na niej te gry stawiać. A byłoby to bezsensowne, bo każde pojawienie się nowej gry mogłoby burzyć porządek. Dodatkowo nie wiem czy taka skala mogłaby być jednowymiarowa… Dobra, bo gadam goopoty już. : P

      I tak, druid odpowie, że są takie gry. Na przykład Osadnicy z Catanu, nie denerwuję się przy tej grze raczej. Podobnie z grami typu eurobusiness czy takimi na wiedzę (smart). Nie denerwuję się też przy szachach. ; P Przy Mastermind. Figurkowe gry bitewne – też nie; mogę się co prawda przy nich wkurzyć, ale nigdy nie denerwować, nie stresować – bo lubię w nie grać nawet przegrywając (co akurat się często zdarzało).

      Teoretycznie nie powinienem przy, dajmy na to, Suburbii, ale czasami temat schodził na politykę, a to już wiadomo… igła w kręgosłup dla mnie. : P No, ale można powiedzieć, że to nie z powodu gry przecież…

      Odpowiedz
        1. druid Post author

          Nie jestem pewien czy rozumiem… skąd taki wniosek z komentarza? ; P

          Pomijając fakt, który znamy.

          Odpowiedz
          1. eM.

            Taki mała ironia.

            PS zarejestrowałam się, dałam suba, dostanę cukierki?

            Odpowiedz
      1. Killian

        Znając wszystkie gry i tak nie dałoby się ocenić niczego subiektywnie, bo np. ja nie cierpię Carcassonne i Dominiona, które są przez bardzo dużo osób lubiane.

        Co nie zmienia faktu, że nasze oceny są jedyne słuszne :P

        Odpowiedz
        1. druid Post author

          W sumie o to chodzi, aby nie oceniać subiektywnie tylko obiektywnie. ; P
          Ale wiem, co chciałeś napisać. ; )
          I właśnie chodziło mi o to, że takie porównanie byłoby możliwe tylko wtedy gdybyśmy wszystkie aspekty pojawiające się w grach porównywali, wybierali, które lepsze i tworzyli jakąś ich hierarchię, a ostatecznie wyciągali jakąś sumę. Tylko wtedy nie ocenialibyśmy gier, wrażeń z nich, a wyłącznie suche, nic nie znaczące elementy na grę się składające. No i tych „elementów” byłoby wiele, bo trudno byłoby porównywać różne mechaniki, a zbytne uogólnianie doprowadziłoby znów do oceniania bardziej subiektywnego niż obiektywnego. Mniejsza o to. Nasze oceny są jedyne słuszne i tego się trzymajmy ; P

          Odpowiedz

Dodaj komentarz