Imladris – relacja z konwentu

Autor | 15 listopada 2015

Nie tak dawno temu, po długiej przerwie od konwentów, wybraliśmy się razem z Tufą i Macokiem na Pyrkon. Więcej o naszych odczuciach po tej imprezie możecie przeczytać tutaj, ale na potrzeby tego tekstu wystarczy wam wiedzieć, że formuła wielkiego festiwalu z paradującymi na każdym kroku kosplejowcami nie do końca nam pasowała. Zapraszam do przeczytania krótkiej relacji z konwentu…

Imladris

Szeregi DWLC wsparte zostały przez Joan, najnowszą akolitkę, której nie dane było jeszcze przejść Próby Sesji i Próby Paśca. Niemniej, z jej względu zdecydowałem się popełnić największy konwentowy grzech, czyli nocowanie poza terenem imprezy.

Joan: Bo jestem księżniczką i chciałam na milijardach materacy… wait. Nigdy więcej nocowania POZA, forgive me Father for I have sinned :(

Każdy wie, że granie w Kragmorthę do czwartej nad ranem, drąc mordę tak, by obudzić wszystkich śpiących to najlepsze, co można robić na konwencie, no ale cóż, starość nie radość – stałem się ciut za wygodny (tak, tak, to dobre słowo, wygodnie!).

Zaraz po przyjeździe (no dobra, po burgerach) udaliśmy się jednak nie do szkoły, a do nieotwartej jeszcze knajpy, której jednym z właścicieli jest goszczący nasze szlachetne tyłki Elf. Imaginarium to ogromny lokal z równie ogromnym potencjałem (dicho z muzyką z Bloodlinesów!). Oby nie został zmarnowany, bo im więcej takich miejsc w Polsce, tym większa szansa, że coś sensownego otworzą w Katowicach (i nie padnie to po roku…). Ale dość tej darmowej reklamy!

Na teren konwentu trafiliśmy około dwudziestej. Tak późno nie było już żadnych kolejek do akredytacji, a co ciekawe wcześniejsze opłacenie wejściówki ograniczyło formalności do minimum i w zasadzie po minucie mogliśmy już spokojnie przechadzać się po szkole. Czegoś takiego spodziewałem się właśnie po Pyrkonie… Naszło mnie tylko jedno pytanie – czemu identyfikatory zawsze są jednostronne? Druk dwustronny serio jest aż tak drogi?

Po załatwieniu formalności udaliśmy się od razu pod salę, gdzie odbyć się miała wyczekiwana przez Joan prelekcja o baśniach braci Grimm. Babeczka (swoją drogą bardzo ładna)…

J: Oj, bo jak Cię…

…opowiadała trochę o prawdopodobnej genezie dwóch (lub trzech) z najbardziej popularnych baśni, trochę o ich drugim dnie i trochę o innych rzeczach… ale tylko trochę. Za to pozostałe baje (również dwie lub trzy) zostały w zasadzie tylko streszczone.

J: Jako, że tematem się pasjonuję, bardzo bardzo czekałam na tę prelekcję. Powiem, że rzeczywiście gdyby głębiej weszła w psychoanalizę, mogłoby być jeszcze ciekawiej. Jak widać, mój drogi Sekciarzu, uroda nie zawsze chodzi w parze z wiedzą. Szkoda, że nie pociągnęła tematu, choć, jasne skupiała się na innych rzeczach.

Kill: To niekoniecznie kwestia wiedzy, tylko sposobu przedstawiania – ciężko zadbać o dobre wyważenie między dostępnością a szczegółowością wykładu, szczególnie jeśli nie chce się zanudzić słuchaczy. I w tym przypadku się to nie udało. Było ok, ale za płytko. Tak czy siak, była to dobra prezentacja na rozpoczęcie konwentu i zakończenie dnia.

Po wyjściu z sali spotkaliśmy się z resztą DWLCegacji, czyli Tufą i Macokiem, którzy dzięki wspaniałym korkom trochę się spóźnili. A ludzie zawsze mi się dziwili, czemu do tego jakże wspaniałego miasta jeździłem pociągami… w każdym razie, Macoki są większymi twardzielami i nocowały w szkole, hołdując konwentowym tradycjom.

Tufa: Na Imladrisy staram się wybierać regularnie i zwykle też nie żałuję ani godziny pobytu. Tak było i tym razem.

Po długiej i mozolnej podróży (trzeba było jednak jechać autem i omijać korki..) dotarliśmy do Krakowa w okolice AGH, a stamtąd już tylko 2 kroki do szkoły konwentowej. Akredytacja rzeczywiście bardzo sprawna (jak zwykle na Imladrisie). Co ciekawe – dużo szybsze okazało się znalezienie nazwiska na papierowej liście niż skanowanie kodu z maila przy użyciu dwóch smartfonów – ach, te nowoczesne technologie..

Po znalezieniu jakiegoś miejsca na graty i stwierdzeniu, że na trwającej już prelekcji o bajkach możemy co najwyżej postać w progu, zabraliśmy się do przeglądania programu. Bloków nie było zbyt wiele, tak samo punktów ‚obowiązkowych’, ale w każdej chwili było coś w miarę ciekawego, na co można się było wybrać. Kolejny obowiązkowy punkt ‚programu’ to oględziny gamesrooma. Był w tym roku dużo skromniejszy (tak jak i program), w porównaniu z poprzednimi Imladrisami. Chyba już nic nie robiliśmy tego dnia i wbrew konwentowym tradycjom poszliśmy spać. Następnego dnia rano – również wbrew konwentowym tradycjom – poszliśmy wziąć prysznic i zjeść śniadanie i rześcy i świeży ruszyliśmy do gamesroomu..

K: Starość nie radość :P

Drugi, główny dzień, zaczęliśmy od wizyty na stoiskach wystawowych.

J: Pozdrawiam z tej strony Liski i Martvą Naturę!

W końcu nie ma nic lepszego od wydania kilku monet na nerdowe akcesoria :-) Mały konwent nie przyciągnął zbyt wielu wystawców, ale kilka ciekawych fantów wpadło w nasze ręce. Zrodziło to pewien problem natury logistycznej, bo wszystkie cholerstwa musieliśmy nosić w rękach. Okazuje się, że nocowanie na terenie konwentu ma jeszcze jedną zaletę, o której nigdy bym nie pomyślał – wszystkie te rzeczy można zostawić w noclegowni i zapomnieć ;-)

Pozostałą część soboty spędziliśmy na graniu i słuchaniu prelekcji. I konkursowaniu. Imladris był milijony razy mniejszy od takiego Pyrkonu, a jednak przez cały dzień było co robić – program wydawał się jakoś sensowniej poukładany (albo mieliśmy po prostu szczęście).

Zacznijmy od poznanych gier. Sobotę zaczęliśmy od systemu „bitewnego” HeroClix, w którym do boju wystawia się swoich ulubionych bohaterów z komiksów, filmów i czort wie czego jeszcze. Wszystko fajnie, ale granie na wielkim arkuszu papieru w kratkę to jednak nie to samo,co cioranie w 40chę na stole z makietami, a do tego sama gra mnie rozczarowała przesadnym skomplikowaniem – tylko nie samych zasad, a użytej terminologii. Ej serio, w grze jest kilkanaście zdolności, które może mieć każda z postaci, ale na każdej karcie bohatera nazywają się one inaczej. Wspólną cechą jest jedynie kolor tła danego skilla… wprowadza to tyle zamieszania, bo oczy przekazują równocześnie dwie sprzeczne informacje – tekst przeczy kolorowi. Żeby nie było, poza tymi trudnościami gra była zwyczajnie ‚meh’ – nic mnie w niej nie zachwyciło, ale też nic całkowicie nie odrzuciło. Wygląda, że to rozrywka tylko dla wielkich fanów komiksów…

Macok: Jako przegrany w pokazowej partii HeroClixa czuję wysoką potrzebę napisania, że ten system mi się nie spodobał :P Sprawia wrażenie systemu, w który można szybko wskoczyć i pograć dla zabawy, ale głównie nastawiony jest (jak już wspomniał Kill) dla fanów komiksów. Nie twierdzę, że jest zły, tylko że dla mnie niezbyt grywalny.

Mnie w nim zniechęciła nieco inna rzecz niż mojego przedmówcę, a mianowicie to, że obrażenia zadane bohaterowi zmieniają jego specjalne umiejętności i współczynniki. Po pierwsze nie jest to zbyt dobrze widoczne jeżeli siedzi się za nisko, więc trzeba wstawać lub brać figurkę do ręki. Po drugie każda postać posiada znaczną ilość specjalnych zdolności do zapamiętania z których niewielka część jest aktywna w danym momencie. Nie było by to złe gdyby nie to, że zmiana tych zdolności odbywa się poza kontrolą gracza. Nic nie można zaplanować ponieważ w następnym ruchu bohater nagle może stracić umiejętność na którą liczyliśmy. Wprowadza to też chaos przy pozornie prostym systemie. Dwie postacie, które atakują się wzajemnie mają co chwilę różny zestaw modyfikatorów. Nie można tu szybko i odruchowo wszystkiego obliczyć co powodowało zupełnie niepotrzebne przestoje przy grze.

Drugim… i w sumie ostatnim poznanym przeze mnie tytułem, był Boss Monster, czyli grę w bycie „tym złym”, w której buduje się lochy zdolne wytrzymać kolejne fale bohaterów produkowanych w okolicznych osadach. Tytuł ten już od dawna chodził mi po głowie, jeszcze zanim został wydany po polsku i wszyscy zaczęli go wychwalać (ał jis, nie ma to jak hipsterstwo) i cieszę się, że w końcu mogłem w niego zagrać. Pobieżne przebrnięcie przez instrukcję nie odpowiedziało może na wszystkie moje pytania, ale co tam, #yolo i jedziemy z tym! Grało mi się przyjemnie, a Joan co chwilę chichrała się widząc nową kartę komnaty – pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne. Jasne, od razu było widać, że szczęście może mieć ogromny wpływ na wynik.

J: Wygrałam z Tobą!

K: No właśnie napisałem, że to losowa gra, gdzie szczęście się przydaje :-P

J: Raczej umiejętności, szczypta szczęścia i tak sobie to tłumacz :D

Dobierając kiepskie karty ciężko będzie zbudować loch, którego nie spenetrują żądni sławy i bogactwa bohaterowie, ale jedna partia to zdecydowanie za mało, by rzucać jakimiś konkretami. Tytuł potencjał ma i chętnie przyjrzę mu się bliżej – zostaje więc na (dość długiej niestety) wishliście ;-)

I to tyle, jeśli chodzi o granie. Bida z nędzą, ale tym razem chciałem skupić się na tych nie-planszowych rozrywkach, które w końcu mogę mieć w domu.

M: U nas w planie była jeszcze pokazowa gra w „kontrowersyjny” Age of Sigmar. Niestety organizatorzy mieli jakiś obsuw i pooglądaliśmy tylko figurki. Są duże, lekkie, szczegółowe, imponujące i jak dla mnie całkiem ładne.

Zamiast tego zagraliśmy z Tufą w Wojowników Podziemi. Gra to kooperacyjny dungeon crawl polegający na rzucaniu kostką w planszę wyglądająca jak tarcza do strzelania. Im bliżej środka, tym lepsze obrażenia. Dodatkowo jest szansa, że kostka odpali nam umiejętność jeżeli upadnie na odpowiedniej stronie. Każdy z wybieranych na początku bohaterów ma inną umiejętność dla każdego koloru kostki.

To, co powoduje, że gra działa, to potwory, które musimy wspólnie pokonać oraz przedmioty, które możemy w lochach znaleźć lub kupić. Jedne i drugie modyfikują sposób w jaki rzucamy kością. Im trudniejszy potwór i im większy bonus do obrażeń daje broń tym trudniejszą będziemy musieli wykonać akrobację.

Przykładowe modyfikatory to rzut z zamkniętymi oczami, z podskoku, z oczami na wysokości blatu stołu a nawet rzut przy użyciu dłoni kogo innego. Modyfikatory mogą się sumować: o ile normalne trafienie w tarcze jest proste, trafienie w nią z podskoku gdzie oczy nie mogą być wyżej niż stół już graniczy z cudem. Zwłaszcza, że kość musi wcześniej przynajmniej raz odbić się od stołu przed tarczą. Bardzo udana gra imprezowa. Jedyny minus to wrażenie, że szybko może się znudzić jeżeli wyciągana będzie częściej niż rzadko.

T: Oprócz radosnych Wojowników było nam dane pograć jeszcze w niemniej radosne Żółwie z Galapagos. Sama gra jest – jak sama nazwa wskazuje – łudząco podobna do Pędzących Żółwi, tylko zamiast kart są kostki, a zamiast wyścigu do mety – zbieranie punktów. Jak dla mnie gra nadaje się świetnie do pogrania z dzieciakami (ale nie za często) albo na 10+ godzinę maratonu planszówkowego :)

Z prelekcji warto wspomnieć o jeszcze jednej, poświęconej słowiańskim obrzędom. Kilku nowych rzeczy się dowiedziałem, ale podobnie, jak w przypadku wykładu o bajach, było to zbyt rozwodnione – poruszonych tematów był dużo, ale większość bardzo pobieżnie (lub wręcz w ogóle – na slajdach pojawiały się rzeczy, o których nie było potem żadnej wzmianki). No i prowadzący typ był z rodzaju ćwiekowatych aka „jaki to ja nie jestem zajebisty”. Nie przeszkadzało mi to jednak na tyle, by uważać ten czas za stracony. Ale na kolejne wykłady tego prelegenta już nie poszliśmy :-P (i wybaczcie, nie chce mi się szukać ksywy w programie).

M: Pan ‚Xweet’, bo to nick autora tej prelekcji, to dla mnie najsłabszy punkt konwentu. „Dowcipy” i „zabawne anegdotki”, lanie wody. Można by to pominąć gdyby przynajmniej trzymał się tematu. Prowadzący powinien opowiadać i wyjaśniać pojęcia znajdujące się na slajdzie na który patrzą słuchacze; nie marudzić o studiach, ubliżać ludziom z których zdaniem się nie zgadza i pleść co mu ślina na język przyniesie byleby było „śmiesznie”. Mało wiem o wierzeniach słowiańskich, na prelekcji nie usłyszałem wiele nowego/konkretnego z nimi związanego.

T: Była jeszcze prelekcja o logice/informatyce kwantowej, teleportacji i jakimś komiksie. Generalnie wszystkim się podobało, ale nikt z nas (oprócz naszego magistra fizyki) nie jest na tyle mądry, żeby coś o tym więcej napisać..

K: A ja w ogóle o niej zapomniałem, bo… ktoś w ogóle wie, jaki był tytuł tego komiksu? Spóźniliśmy się 5 minut i nie dane nam było już go poznać. Do tego, szczerze mówiąc, w taki sposób nie powinno się robić prelekcji na tematy naukowe, przynajmniej nie na konwencie. Zrozumieli ją pewnie tylko ci, którzy i tak już to wiedzieli :-P A chyba nie taki jest cel popularyzowania nauki…

Jak każdy jednak wie, na konwentach najważniejsze są… konkursy! Nie zabrakło ich też na Imladrisie. Pierwszy, konkurs wiedzy o postapokalipsie w grach pomińmy milczeniem (albo nie, pomarudzę sobie. Dlaczego musieliśmy mieć takiego pecha i ciągle trafiać na pytania o Fallouta 4, który po tragicznej trójce nikogo z nas nie interesuje? Jak ktoś inny niż Bethesda zabierze się za grę podobną do New Vegas, to wtedy będziemy się jarać :-P).

Za to na konkursie ze znajomości trailerów i soundtracków z gier pokazaliśmy, na co stać DWLC! Bez problemu dostaliśmy się do top3, gdzie zmierzyliśmy się w konkurencji „kto rozpozna więcej kawałków”. Na całe szczęście prowadzący tak dobierał utwory, że… wszyscy zdobyli zero punktów, z 5 możliwych. Zachęceni fantastycznym wynikiem rozegraliśmy jeszcze chyba jedną bezowocną rundę, żeby w trzeciej w końcu rozgromić całą konkurencję zgadując jeden kawałek z Prince of Persia i myląc się z cyferką za słowem Quake. Zasłużone zwycięstwo!

M: Miło było usłyszeć niektóre znane melodie. Zobaczyć kilka niewidzianych trailerów do gier przy których spędziło się wiele godzin. W czasie trwania konkursu stwierdziliśmy, że muzyka w fantasy jest na jedno kopyto. Epicka, instrumentalna i z chórkami. Na prawdę ciężko rozpoznać jeden tytuł od drugiego. Ze strzelankami podobnie. Wśród tłumu zdecydowanie wybijały się znacznie bardziej unikalne motywy z gier przygodowych (Grim Fandango FTW!).

Potem było jeszcze piwo w knajpie z paskudnym piwem i obsługą ze sklerozą (Cudowne Lata, nie polecam), a niedziela minęła nam pod znakiem… zwiedzania księgarni w Krakowie, bo w programie nic już ciekawego nie było.

T: My wahaliśmy się między w/w piwem, a chwilą zasłużonego odpoczynku. Wybraliśmy to drugie (jak widać zresztą słusznie) i nadrabialiśmy zaległości w czytaniu fantastyki/podręczników rpg. W międzyczasie jeszcze zostaliśmy ‚przeniesieni’ do innej szkoły sypialnej oddalonej jakieś 200 m od programowej i całkiem fajnej (poza toaletami). Po pożyczeniu materaca z sali gimnastycznej i wyłączeniu buczącego routera zrobiło się niemal komfortowo :)

W niedzielę rano planowałam wybrać się na warsztaty Foxa o nożach, ale śniadanie trochę się przeciągnęło i wróciliśmy do szkoły dopiero tuż przed konkursem wspominkowym Lucka – niestety odwołanym… ;(

Miło było jednak wbić po kilku latach przerwy na taki kameralny, szkolny konwent. Teraz pora na Dni Fantastyki – trzeba sprawdzić, co tam się zmieniło po ponad pięciu latach przerwy :>

T: Skoro pora na podsumowania, to tegoroczny Imladris wydawał się być dużo skromniejszy niż poprzednie. Chociaż sama lokalizacja zdecydowanie na plus (10 min piechotą na Rynek vs. Nowa Huta – brrrr..), to szkółka programowa wydawała się być mniejsza i dużo bardziej obskurna. Mimo wszystko, pozostanie obowiązkowym punktem programu konwentowego na mojej liście.

J: Pojechałam na Imladris po 10 latach od ostatniej wizyty. Byłam ciekawa, czy cokolwiek się zmieniło, ludzie przewijający się przez szkolne korytarze są bardziej weseli niż wtedy. Przyznam szczerze, że liczyłam na obecność Majki Kossakowskiej albo Ćwieka, ale jak to z oczekiwaniami bywa, nie doczekałam się ;). Mimo wszystko uważam konwent za udany, a może nawet sama pociągnę temat uroczej niewiasty od bajania na kolejnym ;)

DWLC Travel Team

4 komentarze do “Imladris – relacja z konwentu

  1. Pingback: GRY PLANSZOWE W PIGUŁCE #651 - Board Times - gry planszowe to nasza pasja

  2. pablo

    Aaa czyli w to idą resztki weny i czasu… A kronia z Warhammera zatrzymała się na sesjach z czerwca bodaj…

    Odpowiedz
    1. Killian Post author

      Zatrzymała się na czerwcu, a do opisania zostały mi raptem dwie sesje (albo półtorej)… Panie, nie ma o czym pisać ;-)

      Odpowiedz
      1. pablo

        To prawda, natomiast w niczym to nie zmienia faktu, że ludzie którzy najbardziej na tę kronikę czekają czytają ją z dwusesyjnym lagiem!

        Odpowiedz

Dodaj komentarz