Lost Legacy: The Starship – Recenzja #22

Autor | 25 października 2014

Dawno dawno temu, w nudnej galaktyce..

Dziennik kapitański, data gwiezdna 8130.3. Statek kosmiczny Legacy pełniący misję treningową zmierza w kierunku Gamma Hydra, Sektor Czternasty, koordynaty: dwadzieścia-dwa, osiemdziesiąt-siedem, cztery-zero. Zbliżamy się do Strefy Neutralnej. Wszystkie systemy w normie.

Zapis pierwszego i ostatniego meldunku kapitana statku kosmicznego Legacy

Jaki ładunek przewoził Legacy? Czy misja treningowa nie była tylko przykrywką? Czy to przypadek, że statek rozbił się na zamieszkałej przez ludzi planecie? Czy ktokolwiek przeżył? Czy lepiej w życiu uganiać się za piękną, bogatą i wysoko urodzoną kobietą, czy na bagniskach moczyć tyłek w poszukiwaniu kawałka złomu z kosmosu? Na przynajmniej jedno pytanie znajdziesz czytelniku odpowiedź czytając recenzję…


Lost Legacy: The Starship

Na wzmiankę o tej grze trafiłem podczas przeglądania Pewnego Forum, gdzie przedstawiona została jako List Miłosny 2.0. List jest świetną grą i idealnym tytułem na rozgrzewkę i poprawienie humoru, pomyślałem więc sobie „muszę go mieć”. No i w końcu go zdobyłem, zagrałem i wcale się nie przejąłem, gdy jednemu z moich psów również udało się zapoznać z tym tytułem. No dobra, trochę mi było smutno, bo już raczej go nie sprzedam :(

Jak się gra w Lost Legacy? Praktycznie tak samo, jak w List. Każdy z graczy trzyma jedną kartę w ręce (tym razem są to nie tylko postaci), w swojej turze dobiera dodatkową i jedną z nich zagrywa rozpatrując jej efekt. Celem jest znalezienie tytułowego statku, który każdemu z piątki bohaterów pozwoli zrealizować jego własne cele. Do tego w średniowiecznym świecie (tak sugerują ilustracje) nikogo nie dziwi wrak statku kosmicznego. Ja rozumiem, w Diunie czy Warhammerze 40k podobne rzeczy przechodziły, ale tu się to kupy zbytnio nie trzyma. Niby nie jest to istotne z punktu widzenia gry, ale wolałbym coś sensowniejszego…

Ale przejdźmy do pierwszej, bardzo ważnej różnicy. Na koniec gry, zamiast porównywać ostatnią posiadaną kartę, każdy z graczy ma możliwość wskazania miejsca, gdzie według niego znajduje się Statek. Wskazywanie zaczyna się od gracza z najniższym numerkiem na karcie, a palcem pokazać można na siebie, kartę w ręce innego gracza albo na… Ruiny. I to ta największa różnica. Podczas gry budujemy bowiem stos Ruin, w którym na początku zawsze znajduje się jedna, losowa karta z talii. Niektóre karty pozwalają podejrzeć co się znajduje w Ruinach, dzięki innym coś do nich dołożymy, zmienimy ich kolejność, czy zamienimy z kartą z ręki. Brzmi fajnie, można coś poblefować, trochę pogłówkować, prawda?

Nie. Gówno prawda. Główkowania za dużo tu nie ma, bo na kilkanaście rozegranych partii może raz rozstrzygnięcie poszukiwań było jakkolwiek zaskakujące. Zazwyczaj kończyło się na tym, że większość graczy wiedziała gdzie co jest, ale nie było co z tym zrobić. Bo w tym momencie dochodzimy do największej wady gry, czyli kiepskich efektów działania zagrywanych kart. Bohaterowie nie są niczym specjalnym, no może poza ciekawym Złodziejem pozwalającym szybciej skończyć tę nudną grę. Mnóstwo kart pozwala podejrzeć lub zamienić jakieś karty. Za dużo jest informacji w tej grze, a za mało blefu, jak na tak małą liczbę kart. Partie pozbawione są przez to jakichkolwiek emocji. No i  brak tu też jakichś ciekawszych mechanik niż „podejrzyj kartę X”, czy „wymień się z kartą Y”. Jest raptem kilka kart, które robią coś innego niż podglądanie.

Najgorszą z kart jest moim zdaniem Sneak Attack, który karze innych graczy za podjęcie akcji! Tragiczny pomysł. Jak to działa? Gracz A ma na ręce Sneak Attack, a gracz B przykładowo Assault albo dwa, którym musi spojrzeć na rękę przeciwnika. Sneak Attack eliminuje zaś gracza, który spojrzy na tę kartę. Bo musiał spojrzeć, nie mógł zagrać niczego innego. Ja pierdzielę, toż to spartolony design, karać za poprawne lub jedyne możliwe zagranie! Dla porównania, w Liście podobną rolę (służy do eliminacji) pełni Strażniczka. Zagrywając ją to jednak gracz wybiera, kogo próbuje ubić i ma potem radochę, jeśli zgadnie. Bądź jeśli poprawnie oceni szanse i spróbuje wyeliminować jedyną postać, która może z nim wygrać, bądź…. no, możliwości jest przynajmniej kilka i może jest to niewiele, ale zawsze więcej niż ślepy los. Udało się? To nagroda, wygrałeś. Nie udało się? Grasz dalej, ale masz mniejsze szanse na wygraną. To jest dobry design losowej gry.

Na drugim miejscu jest sobie Statek. Dowiadujemy się kto go ma, a potem kurczowo trzymamy się karty z niższym numerkiem, by bez wahania pokazać palcem gracza z tą kartą. Oczywiście o ile nie doszły mu karty, które pozwalają wymienić Lost Legacy. Jeśli wyląduje w Ruinach to jeszcze spoko, jest ciut ciekawiej. Ale jeśli jeden gracz przekaże Statek innemu, to wtedy powtarza się sytuacja z pierwszego zdania tego akapitu.  Ale jeśli jeden gracz przekaże Statek innemu, to wtedy powtarza się sytuacja z pierwszego zdania tego akapitu i tak w kółko. Brakuje odpowiednika barona, który nadałby statkowi bardziej ofensywny charakter, bo niestety przez większość czasu jest to martwa karta.

No i do tego arcyklimatyczne Ruiny. Szukamy ogromnego statku, który gdzieś tam się rozbił. Łazimy po tym świecie, eksplorujemy i nagle ktoś trafia na wrak w Ruinach. I siedzi cicho, bo przecież wszyscy inni też go szukają więc lepiej dać im szansę na znalezienie go przed nami, bo poszliśmy w ruiny, ale nie wiem, przewodnik zapomniał ścieżki, albo wróciliśmy z wyprawy zapomniał wyłączyć żelazka. Jasne, fabuła w takich grach nie jest istotna, ale przy przeciętnej grze takie idiotyzmy wkurzają jeszcze bardziej. Najlepiej wspominam sytuację, gdy razem z Basią na początku partii na zmianę chodziliśmy do Ruin, podziwiając jedyną kartę – Statek – a Macok żartem rzucił, że wszyscy tak po tych ruinach łazimy, że każdy pewnie już złom z tego wraku wyniósł. Ciężko było wtedy się nie śmiać, a do końca rozgrywki było daleko…

Lepiej jest na szczęście od strony estetycznej. Karty są grube i solidne, a całość zapakowana jest w fantastyczny woreczek. Serio, fajnie jest go sobie pomacać, przypomina mi przez to trochę okładkę Diun z nowego wydania Rebisu. No i trzeba się czymś pocieszyć po utopieniu nie tak małej kasy w tym tytule, patrząc oczywiście na ilość komponentów. Ilustracje bohaterów są bardzo fajne, a na pozostałych kartach uraczeni jesteśmy poprawnymi, ale niczym się nie wyróżniającymi obrazkami, a szkoda. Ale to już kopanie leżącego. Instrukcja napisana jest poprawnie – nie ma problemu nauczyć się z niej (nielicznych) zasad, ale też niczym nie powala. Może to przez króciutkie opisy postaci w porównaniu z Listem Miłosnym?

Niby nie jest to zła gra, w końcu zagraliśmy w nią kilkanaście partii. Ale jest po prostu tak przeciętna, że nikomu nie chciało się do niej wracać. Próbowałem dać jej szansę w gronie od dwóch do czterech graczy, ale w każdym przypadku kończyło się to na ‚meh’ i przejściu do kolejnego tytułu. No dobra, na dwóch graczy gra jest kiepska i nudna, a nie tylko ‚meh’. Najlepiej (jeśli ktoś w ogóle musi) grać w to w trzy lub cztery osoby. Do tego wszystkiego na rynku znajduje się dużo lepsza (i tańsza) alternatywa w postaci Listu Miłosnego. Naprawdę, gdyby nie rzut okiem na daty wydania obu gier, mógłbym przysiąc, że to Lost Legacy: The Starship powstał jako pierwszy, nieudany eksperyment.

Estetyka: 3+/5 – Schludna, dobrze wydana gra, z dołączonym świetny, woreczkiem na karty. Szkoda tylko, że większość ilustracji jest „tylko” ok.

2+/5 – Arty ‚solidne’ ale nudne jak flaki z olejem. Jeżeli kobieta na obrazku – dekolt, jeżeli facet – ciężka zbroja; jeszcze mapa, kawałek góry i gotowe. Nic ciekawego. Ode mnie minus za woreczek. W sumie i tak karty w moim przypadku wylądowałyby w koszulkach i w boxie a worek pewnie niepotrzebnie winduje cenę.

Bebechy: 1+/5 – Pomysł z Ruinami jest całkiem ciekawy, no i to w sumie List Miłosny (tylko bez polotu) więc na czystą pałę nie zasługuje. Całość jednak nie dość, że niczym nie porywa, to jeszcze została dobita idiotycznymi pomysłami, które karzą gracza za najlepszą akcję, jaką mógł przeprowadzić w swojej turze (nie ścierpię tego Sneak Attack). Do tego brakuje tu kompletnie tej odrobiny blefu obecnego w Liście, który czyni tę grę tak emocjonującą.

2=/5 – Dwóję gra dostanie ponieważ technicznie mówiąc „działa”. Jedynka zarezerwowana jest na specjalne okazje – gry które jakimś cudem wymknęły się spod kontroli jakości. Sporo kombinacji kart albo wymusza ruch nie dając przewagi (Legacy), nie daje graczowi akcji (wyrzucenie Sneak Attack albo Sister of Fate) albo może powodować jego przegraną (Assault).

Frajda: 1+/5 – Zagrałem kilkanaście razy, mógłbym i może powinienem więcej,  by doszukać się tego „2.0”, ale zwyczajnie nie mam ochoty. Jasne, parę sytuacji w grze było całkiem zabawnych, ale zawsze powodowała je głupota lub bezsensowność zasad i otoczki fabularnej. Z czystym sumieniem odradzam, chyba, że ktoś lubi… Nie wiem, kompletnie inne gry niż ja (czyli same nudne tytuły :>).

1+/5 – W Liście Miłosnym nie umiem się doczekać swojej kolejki. Większość ruchów daje mi okazję udupić innego gracza, a  wymuszone ruchy prawie zawsze powodują radość i czasami są dla mnie pozytywne. W LL: The Starship miałem wyjątkowo wiele kolejek gdzie rzucona przeze mnie karta nic nie daje / może spowodować moją przegraną. Często w grze mam odczucie, że siedzę i nic nie robię, a przeciwnik też nie ma z wygranej takiej satysfakcji, jaką ma celnie typując moją kartę Strażniczką.

Killian & Macok

4 komentarze do “Lost Legacy: The Starship – Recenzja #22

    1. Killian Post author

      Niestety. Sprawę naprawić mogą pozostałe „części” Lost Legacy: Flying Garden i Whitegold Spire, które można traktować jako osobne gry, albo wybrać poszczególne rodzaje kart i stworzyć z nich małą talię. Ale po The Starship nie mam zamiaru ich kupować, dopóki nie zagram.

      Odpowiedz
  1. Pingback: - Board Times - gry planszowe to nasza pasja

  2. Pingback: Pionek z DWLC – Relacja - DWLC - blog o grach planszowych i fabularnych

Dodaj komentarz