Mare Nostrum, lub jak zacząłem się wkurzać i przestałem kochać kickstartera

Autor | 17 września 2016

No dobra, nigdy nie kochałem kickstatera. Uważałem to za ciekawy twór, który niestety szybko wypaczył swoją ideę (wydawanie gier niezależnych autorów) i zamienił się w platformę do przedsprzedaży dla grubych ryb (przynajmniej w branży planszówkowej, ale w końcu o tej piszę na blogasku). Oglądałem sobie jednak, co tam się ciekawego wydaje za granicą, łapiąc się za głowę przy każdej kampanii CMONa (jasne, są ładne, ale ILE to kosztuje? I muszę kupić kilka dodatków, żeby mieć regrywalny produkt? Eeech).

Trafiłem tak kiedyś na wzmiankę o Mare Nostrum, reedycji starszej wersji gry, która po opisach sprawiała wrażenie idealnego tytułu do uzupełnienia mojej kolekcji. A że jeszcze w kraju zająć się miał tym Phalanx, zapewniając polską wersję językową i dostawę w kraju w sensownej cenie (kilkadziesiąt euro za wysyłkę z zagranicy to nic przyjemnego), to skusiłem się za tę pozycję.

To było rok temu.

Produkcja i transport z Chin to była jedna wielka katastrofa, ale czego chcieć od Francuzów (Asyncron, który był – chyba – odpowiedzialny za dostawę gry do lokalnych partnerów. Bo Acadamy Games było odpowiedzialne za Stany… albo jakoś tak. To zbyt zagmatwane, żeby chciało mi się to śledzić i absolutnie nie powinno być istotne dla końcowego klienta). Na całe szczęście nie byłem napalony na ten tytuł, jak szczerbaty na suchary i pogodziłem się z losem kickstarterowca – będzie “when it’s done”, cytując klasyka z innej branży.

W końcu nastała ta wiekopomna chwila i po dodatkowych bojach z kurierem (któremu nie chciało się wchodzić na drugie piętro, więc zostawił paczkę u sąsiadów, pomimo tego, że w domu ktoś był), mogłem cieszyć się już nowym pudłem… albo i nie.

Pech chciał, że moje pudełko z dodatku zostało wgniecione. Pewnie podczas transportu, bo moje pudło było trochę nieforemne (przez mały dodatek z budynkami). No ale dobra, wszystko da się spakować do pudła z podstawką, jakoś to będzie. Niech wreszcie rozpocznie się…

Unboxing Mare Nostrum!

W kartonie przybyły do mnie trzy pudełka – z podstawową wersją gry (Mare Nostrum: Imperia), dodatkiem, który w limitowanym nakładzie będzie dostępny w regularnej sprzedaży (Mare Nostrum: Atlas) oraz zestaw plastikowych zamienników żetonów karawan i budynków (Mare Nostrum: Buildings :-P). Jak już się pochwaliłem, to siła rzeczy skupię się na zawartości pudła z podstawką – bo w końcu to je będzie można normalnie kupić.

Po otwarciu pudła z gustowną grafiką (nie ma to jak zrobić komuś WYJAZD triremami), pierwsze, co rzuca się w oczy, to wylewająca się wręcz zawartość. Sporo kartonu, plansze, instrukcja, pogięta wkładka z historycznymi informacjami (argh -.-), jakiś plastik… Jak się okazuje, pudło jest wypchane po brzegi, bo plastikowy insert jest puściutki i czeka na wypełnienie go żetonami, no ale i tak na ilość dóbr nie mogę narzekać.

Szczególnie fajny jest karton – gruby jak pieron, a żetony są całkiem dobrze wysztancowane, wychodzą więc z romli* jak marzenie. Najbardziej rzucają się w oczy kafelki (w instrukcji nazwane kartami…) bohaterów i budowli. Jest ich kilkanaście, każdy z całkiem przyjemną dla oka ilustracją, choć utrzymaną w dość specyficznym, “wpółdokomiksowym”, stylu. Jedyny problem z nimi jest taki, że żeby wiedzieć co robią, to trzeba zaglądać do instrukcji lub ściągawek. Ja rozumiem, że dzięki temu produkcja była tańsza, bo drukowało się jeden i ten sam wzór dla wszystkich, ale nigdy nie przepadałem za tego typu rozwiązaniami…

Kartoniki mają oczywiście szczątkowe ikonki, ale konia z rzędem temu, który odgadnie co każda robi przed pierwszą grą.

O BOGOWIE OLIMPU! Tak za to reaguje się chwilę później, oglądając kolejny arkusz z żetonami… złote monety z podobizną, ugh, czegoś, to jedne z najbrzydszych monet, jakie w życiu widziałem. Serio. O ile żetony pozostałych zasobów mają dziwne, ale na swój sposób ciekawe i przede wszystkim czytelne ilustracje (szczególnie owieczka wyglądająca, jakbym narysował ją trochę zdolniejszy ja), tak monety to porażka. Musiało mi to umknąć podczas kampanii, bo w przeciwnym razie chyba nigdy nie zdecydowałbym się na wsparcie :P.

*Dla tych, którzy nie pamiętają (albo nie wiedzą), romel to ramka, która zostaje po wyciśnięciu żetonów.

Pozostałe żetony – karawan, budynków takich jak miasta, targowiska, czy świątynie, a także żetony gracza służące do oznaczania jakichś tam istotnych rzeczy, które są nasze, są przeciętne. Oczywiście nie jakościowo, bo to ten sam karton. Po prostu graficznie prezentują się tak przeciętnie, że to aż smutne i bardzo się cieszę, że na urodziny zafundowałem sobie ulepszenie do plastikowych figurek (choć, jak się później okaże, równie przeciętnych, no ale to zawsze plastik).

Po romlach przyszła pora na mapę, która jest FE-NO-ME-NAL-NA. No dobra, może to za dużo powiedziane, ale jest naprawdę ładna, klimatyczna i joł. Oprócz mapy, do gry dodano też tory przewagi (czy czegoś takiego) oraz organizer na dostępnych bohaterów… tyle tylko, że oba te elementy są w postaci dodatkowych “pasków” planszy, które ustawia się obok. Wydawać by się mogło, że to dość kiepskie rozwiązanie, ale w tym szaleństwie akurat jest metoda – paskami zakrywa się bowiem fragmenty mapy, by dostosować ją do grania w trzech i czterech graczy (żeby zrobiło się trochę ciaśniej). Jak by to powiedzieli amerykanie: neat. No i wszystko byłoby pięknie i fajnie, gdyby nie jeden szkopuł, który zauważyłem po drugim składaniu planszy. Z drugiej strony jest ona czarna i naturalnym by było, by składała się tak, że nieinteresująca część jest na zewnątrz. Otóż nie w tym przypadku! Grafika mapy chroni bowiem spodnią warstwę przed dalszą eksploatacją w pudełku.

Po przebrnięciu przez karton w różnorakiej formie, w końcu zauważyłem figurki… och, to jeszcze nie wszystko! Prawie pomyliłem je z ulotkami reklamowymi! W pudle znajdują się też planszetki różnego rodzaju, choć to trochę zbyt dumne określenie. Część z nich służy jako organizery dla graczy (na kafle bohaterów i budowli oraz na żetony, swoją drogą wyglądają paskudnie – ot są w kolorze gracza i mają sloty na karty. Ugh), część jako pomoce (co śmieszniejsze, to był Stretch Goal z kampanii, bez którego każdy musiałby mieć własną kopię instrukcji, żeby dowiedzieć się co robią poszczególne kafle). Wszystkie łączy jakość papieru, na którym zostały wydrukowane. Te cholerstwa nie wytrzymają dłuższego użytkowania i aż szkoda je wyciągać z pudełka (choć pomoce graczy są potrzebne, przynajmniej przez pierwszych kilka gier). Aż wstyd to pokazywać znajomym :/.

W końcu, parę słów o figurkach. Przede wszystkim – nie są takie jak chciałem! Autorzy przeprowadzili ankietę wśród wspierających, w której (może nie miażdżącą) przewagę uzyskały figurki zamiast bardziej symbolicznego przedstawienia wojsk każdej frakcji. Ja też głosowałem za figurkami, bo słoniki, rydwany i rzymscy legioniści wyglądali naprawdę fajnie (ba, nawet drewniane meeple z początków kampanii w takich kształtach były super!). No ale po co się męczyć, skoro można stwierdzić, że robimy hełmy. Pewnie wyszło taniej… a niby to z Polaków tacy cebulacy. Nic no, mamy teraz główki, które są bardzo takie sobie. Mają taki kształt, że patrząc z daleka można je pomylić z fortecami, a Joan, kiedy zobaczyła wysypane figurki barbarzyńców, skomentowała je krótkim pytaniem: “co to za gówno?”. No. Nie jest źle, mogło być lepiej – to chyba motto, które codziennie wbijał sobie do głowy Uwe Eickert, odpowiedzialny za te nowe wydanie. Ech.

Na całe szczęście z kolejnego woreczka wyjmiecie mój drugi ulubiony element po planszy: kosteczki. Piękne, malutkie, z zaokrąglonymi rogami i… rzymskimi cyframi zamiast oczek! Łooooooooł. Tak, lubię kostki, a te są śliczne. Zobaczcie sami na zdjęciach!

No i został nam jeszcze plastikowy insert, który został odblokowany w kampanii. Niby fajnie, bo mieści w sobie wszystkie elementy z podstawki i jeśli ktoś kupi tylko ją, to będzie pewnie zadowolony (bo chyba trafia do sklepowej wersji Mare Nostrum…). Problem jest tylko taki, że w kampanii każdy “dostał” dodatek Atlas, który zawiera sporo nowych elementów, w tym figurki dla szóstego gracza, a przegródek na figurki w insercie jest… tak, pięć! Jasne, da się to wszystko powciskać, ludzie na boardgamegeeku wrzucali już jakieś zdjęcia, ale wszyscy są zgodni – upchanie w tym pudle całości jest niczym gra w tetrisa. Dlatego nawet się nie przejmowałem, insert wylądował w komórce, a wszystkie elementy powrzucałem do moich ukochanych woreczków strunowych…

Jakościowo Mare Nostrum: Imperia stoi więc na przyzwoitym poziomie. Karton jest naprawdę gruby i solidny, figurki ujdą (nadlewów nie ma na szczęście zbyt dużo, choć się zdarzają), plansza i kostki to coś, czym można się pochwalić przed znajomymi, a żetony przemilczymy… Czyli tak, jak napisałem już wcześniej: nie jest źle, mogło być lepiej.

Zapomniałem o jednym, dość istotnym plusiku – wszędzie tam, gdzie występują liczby, użyto rzymskiego systemu zapisu. +5 do klimatu ;-)

Bonus I – Mare Nostrum: Atlas

Część z was będzie miała możliwość zakupienia dodatku Atlas do Mare Nostrum, który wprowadza kilka niezależnych dodatków. Najistotniejsze wydaje się wprowadzenie trybu dla dwóch graczy (dodającego figurki barbarzyńców, żeby na planszy było trochę ciaśniej) oraz szóstego gracza – Atlantydów wraz z powiększoną planszą (szkoda tylko, że odcień trochę nie pasuje do mapy z podstawki…).

Pozostałe rozszerzenia wprowadzają przede wszystkim nowych bohaterów i budowle, powiązane z trzema legendarnymi miastami: Troją, Jerozolimą i Syrakuzami. Kartoniki wykonane jakościowo wydaje mi się, że nie odbiegają od tego, co można było zobaczyć w podstawce. Poza nimi (i dodatkowymi żetonami), w pudle znajdują się też karty dające specjalne moce – oczywiście, ich działanie jest wyjaśnione tylko i wyłącznie w instrukcji, a nie na dodatkowych kartach pomocy. Czyli i tak będzie trzeba sobie wydrukować jakieś ściągawki. Jupi.

Same karty są ozdobione ciekawymi ilustracjami, utrzymanymi oczywiście w tej samej konwencji, co bohaterowie. Ich jakoś pozostawia jednak trochę, choć na szczęście nie dużo, do życzenia. Niby nic z nimi nie jest nie tak, ale wyglądają na takie, których krawędzie szybko się przetrą podczas tasowania. Ale tego nie sprawdzę, bo już je zakoszulkowałem ;-)

Bonus II – Mare Nostrum: Budynki

O ile opisywanie zawartości MN:A miało jeszcze jakiś sens, tak opisywanie budynków to czyste chwalenie się… Więc się pochwalę, ale bardziej graficznie. Popatrzcie sobie, jakie fajne budyneczki mam zamiast nijakich żetonów! No dobra, budynki też są trochę nijakie, nawet figurki wielbłądów nie zrobiły na mnie takiego wrażenia, jakiego się spodziewałem, ale to i tak lepsze niż żetony!

Killian

Dodaj komentarz