Mistrzostwa Polski w Netrunnera – relacja

Autor | 9 września 2015

Gram sobie już od kilku miesięcy w tego Netrunnera z „katowickimi wymiataczami”*. Nie idzie mi może wybitnie, ale z każdą grą jest coraz lepiej. Kiedy pojawiło się więc pierwsze ogłoszenie o tegorocznych Otwartych Mistrzostwach Polski, to od razu zaznaczyłem sobie w kalendarzyku odpowiednią datę.

*inside job, znaczy joke ;-)

Przed MPkami zorganizowaliśmy sobie nawet dwa turnieje, by przećwiczyć decki – w obu poszło mi słabo, ale zdecydowałem się jedynie na kosmetyczne zmiany a nie branie czegoś kompletnie nieprzetestowanego na turniej. Tym samym zabrałem się z Geistem oraz Argus Security. Co ciekawe, to z tego drugiego decka byłem bardziej niezadowolony, a spisał się o wiele lepiej. Możliwe, że przyczynił się do tego zakład z Zombiakiem – ten, kto wygra więcej gier Weylandem (grał Titanem) miał uzyskać prawo nazwania decku „Scorchebleu!” na netrunnerdb ;-) O tym, jak potoczyły się losy tego zakładu jeszcze się dowiecie (nazwa decku z linku powyżej nie opowiada całej historii :>).

Mistrzostwa Polski w Netrunnera 2015

Do Warszawy dostaliśmy się PolskimBusem, bo Jander wyłapał zarąbistą promocję na bilety. #teamBieda** nie mógł przepuścić takiej okazji na oszczędzenie kilku cebulionów więc podróżowaliśmy względnie kulturalnie przez stepy i koleiny szerokie, rozmawiając o życiu, wszechświecie i deckach. Dzięki temu, że sobie tylko grzecznie siedzieliśmy, to nic się nie zepsuło.

**to od Biedronki, nie zamożności :-P

5 (mniej więcej) godzin później

Po krótkim spacerze i załatwieniu formalności, załadowaliśmy się do posklejanej taśmą windy – widać, że nad budynkiem sprawowali pieczę inżynierzy z prawdziwego zdarzenia, choć osobiście użyłbym pewnie czarnego szkota. Chwila jazdy i wchodzimy z Zombiakiem do naszego apartamentu. Takiego luksusu to ja jeszcze nie widziałem. Własne, za krótkie łóżko (a nie jestem za wysoki…), więzienne szafki, widok na biedę z nędzą (nie to co Jander i Sabina, którzy przez okno podziwiać mogli serce Warsaw City Grid), poszewka, która nie weszła! na poduchę (nie wiem czemu, ale doprowadziło to nas do łez – takiej głupawki przez głupią poduszkę dawno nie miałem), łazienkowy kącik, który od strony okna wyglądał, jakby skrywał wychodek, lustro na wysokości… eee, kogoś, komu połowa nóg wystawałaby za łóżko i w końcu własna zastawa stołowa! Najlepiej wydane 43 złote za jedną noc w moim życiu. Nie no, dobra, nie było tak źle. Woda ciepła, karaluchów brak, a drugiego dnia ktoś nawet zostawił w jednym kiblu mięciutki i milutki papier toaletowy! :D

W bojowych nastrojach postanowiliśmy pójść coś zjeść. Kiszki grały nam marsza (rany, nie słyszałem tego od wieków) więc wybór padł na coś, co było pod nosem i widzieliśmy po drodze – Jeff’sa, czyli prawdziwie hamerykańską knajpę. Weszliśmy, zajęliśmy miejsce, zakrztusiliśmy się patrząc na ceny (Ślunsk jest jednak bardziej biedny, niż mi się wydawało wcześniej) i złożyliśmy zamówienie. Na nasze nieszczęście Zombiak zamówił jakieś tam dziwne danie, na które trzeba było dłużej czekać. Jak potem powiązaliśmy ze sobą fakty, to wszystko stało się jasne – było zbyt wymagające dla kucharzy. Ale po kolei.

15 minut później

Czekamy

Kolejne 15 minut później

Dalej czekamy… kiedy nagle pada prąd. Gasną światła, ludzie panikują, słychać strzały i krzyki. Jak nic power shutdown, żeby potem wejść i zrobić hostile takeover knajpki… no, może ze strzałami i paniką przesadziłem, ale tylko trochę.

Mija kolejne 15 minut

Przychodzi pani, która nas obsługiwała i mówi, że nie ma prądu (no shit, Sherlock!) i będziemy musieli trochę poczekać. No, może robią żarcie na gazie, albo mają zapasowe zasilanie i się doczekamy…

Nie zgadniecie, ale… 15 minut później

Przychodzi pani i mówi, że jednak nie będzie żarcia. Kurwa no, to było trochę niepoważne. Może w Ameryce ludzie lubią być traktowani, ale #teamBieda nie. Zebraliśmy więc nasze zabawki, uregulowaliśmy rachunek dostając od pani „pieczątkę czy coś” (zamiast rachunku) i poszliśmy w siną dal. Trafiliśmy w końcu w miejsce z lepszym i tańszym żarciem, a my skojarzyliśmy ze sobą fakty i wyszło na to, że zamówienie Zombiaka doprowadziło do power shutdowna.

Powiększ

OMPANR2015-08
Power Shutdown

Anyway, nadchodzi w końcu TEN dzień. Żar lał się z nieba i zapowiadał nieciekawą atmosferę na hali, no ale czego się nie robi dla promki. Tłum na sali zebrał się całkiem spory – w końcu okazało się, że grać będą aż 72 osoby. Niestety organizatorzy przygotowali miejsce jedynie na 60 osób, przez co pierwsza runda zaczęła się dość chaotycznie od organizowania miejsc na szybko. Ja oczywiście miałem przyjemność zaczynać na jednym z tych stolików-widm, podobnie zresztą, jak Zombiak (przez chwilę bałem się nawet, że w pierwszej rundzie trafimy na siebie…). O ile stoliki w końcu się znalazły, tak Zombiak natknął się (już po grze) na „drobny” problem – jego zgłoszenie, choć stał w kolejce przede mną, zostało pominięte/zagubione. Wraz ze spóźnialskimi graczami spowodowało to spory bałagan przez pierwsze dwie rundy. Nieprzyjemna sytuacja, z której organizatorom udało się w końcu wyjść z twarzą. Mam nadzieję, że następnym razem tak grube wpadki się nie zdarzą, bo szkoda czasu i nerwów – tak graczy, jak i organizatorów. Ale i tak dzięki wielkie za zorganizowanie tego wszystkiego ;-)

Runda 1 – Piotr Smulewicz

Pierwszą grę – i jak się później okazało każdą następną przez oba dni – rozpocząłem jako runner. Naprzeciwko mnie stała nowiutka korporacja, Haarpsichord Studios, jeszcze młodsza niż mój Geist. Ale wydawało mi się, że wiem, czego się spodziewać: Explode-a-paloozy, Midseasonsów i tragicznej śmierci w wypadku samochodowym. Naprawdę nie rozumiem, czemu nie wziąłem do talii dwóch Crash Space’ów, które uratowałyby mi ze dwie gry… albo chociaż jedną. Mądry runner po paleniu. Okazało się jednak, że trafiłem na combodeck z Power Shutdownem całego decku i scorowaniem Hades Sharda w jedną turę, kompletnie kontrowany przez Clota albo… wykradnięcie sześciu punktów przed odpaleniem comba. Mój przeciwnik wiedział, że przegrał, ale i tak przez 10 minut żonglował kartami. Czasu mieliśmy jeszcze mnóstwo, tym bardziej, że mój Argus stara się grać zgodnie z doktryną Ravena „jeśli nie wygrałeś w 15 minut, to robisz coś źle). Obejrzałem więc fajerwerki do końca, zastanowiłem się „po co to” i skoczyłem w archiwa po zwycięstwo. 10-3.

Druga gra, Arbuz vs Noise – tu nie było mi już tak do śmiechu, bo nie cierpię grać na Noise’a. Zawsze mam pecha i mieli mi najważniejsze karty. Tym razem jednak… nie bardzo pamiętam, co runner robił :D Ja sobie spokojnie punktowałem agendy zbierając przy okazji killcombo, a Noise coś tam mielił i skakał, aż w końcu spłonął. Ukradł mi nawet cztery punkty więc zakładam, że był to jakiś faustowy wariant, ale dla Scorche’a nie ma różnicy. 10-4 przez spopielenie.

<zapomniałem zrobić zdjęcia – przepraszam! :( obejrzyjcie sobie za to kilka zdjęć z imprezy!>

Runda 2 – Akashia

Usiadłem naprzeciwko HBencji (EtF) na NEXTach i… na Geista sprawdziło się to idealnie. Zdążyłem szczęśliwie ukraść 6 punktów nim przed R&D pojawiła się wieża nie do przebicia przy pomocy moich lichutkich brejkerów, a R&D Interface za cholerę nie chciał trafić do mojej łapy (jeszcze raz, czemu wymieniłem drugą kopię na dwa Peddlery? Że niby więcej dociągu?…). Bez Clota nie byłem już w stanie powstrzymać scorowania przy pomocy Bioticów i ostatecznie przegrałem. 6-10.

W drugiej części meczu stanęła naprzeciwko mnie PPvP Kate, czyli kolejny klasyczny deck. Iii… no, pamiętam tylko tyle, że spaliłem przeciwnika mając już 5 punktów :D Moje gry korpem niewiele różniły się między sobą – Snare’y w decku (do których mój przeciwnik miał duże szczęście) robią swoje :> 10-3 do przodu.

Runda 3 – Zephyr

Zephyr wyciągnął i zaczął tasować… Blue Suna. Czyli jedną z moich największych zmór – Corroder i średnia ekonomia to nie jest coś, co dobrze sobie radzi z dużymi barierami. Przeciwnik zaczął jednak od Oversightowanego Oriona, a ja aż spojrzałem z wrażenia na kartę, żeby upewnić się, że dobrze pamiętam. W mojej turze Sure Gamble, Fearie i tak oto wydałem najlepszych sześć kredytów w moim życiu. Później Inside Jobem wbiłem się na serwer zawierający… poproszę o werble… adwansowany wcześniej Government Takeover! Patrzę na kredyty – jego, moje, jego, moje – kurwa, Punitive i nara. Nawet pobiegłem na rękę, by go zobaczyć, nim mnie zabije… Nadchodzi tura korpa i… żyję. Przeżyłem! Ha! Zephyr zaczął się jednak obstawiać coraz droższymi lodami, ja próbowałem ustrzelić cokolwiek w R&D, gdzie było jeszcze pewnie z 5 agend na krzyż. W końcu nadchodzi TA chwila – install, advance, advance. Miałem nie za dużo kasy i w zasadzie tylko Corrodera na bariery, a lodów na serwerze było z 4 albo 5… ale cóż, lecimy po wygraną, c’nie? Być może odpaliłem Inside Joba z Same Old Thinga, ale pewności nie mam. W każdy razie złamałem co tam było, przedostatni lód – Hive. Płacę sporo kredytów za przejście, zostały mi grosze, a za nim… Firewall. Fak, fak, fak. Ale chwila! Na stole mam dwa Clone Chipy, w śmieciach Faerie i tego cloudowego łamacza barier. Przywracam oba, 5 siły, pif paf, trójka – i zwycięstwo – moje. 10-0.

W drugim meczu mój Argus zmierzył się z Chaoską z… na… ugh, szczerze mówiąc, nie pamiętam dokładnie. Ale Magnum Opus miał, tylko nie zainstalował. Grunt, że broniłem ręki albo R&D samym Hunterem, przez którego Zephyr przechodził zbierając kolejne tagi, licząc chyba, że zdąży ukraść 7 punktów nim dociągnę dwa Scorche. Nie zdążył. 10-2.

Runda 4 – ff0x

Mój pierwszy przeciwnik zza zachodniej granicy, do tego całkiem znany i… dobry. Ale co za różnica, go też spalę… Ale najpierw mecz Geistem kontra Butchershop. Yay, kolejny NEH! Zaczęliśmy szybko i agresywnie. Wpierw jakieś cudo na remocie, no to heja, niech chłopacy zrobią Drive By i to rozwalą. Padł SanSan City Grid i ff0x zaczął wyzywać mnie (;)) od bezdusznych kryminalistów, którzy niszczą zasilanie całej dzielnicy! Co ze szpitalami, z biednymi dziećmi, z chorymi ludźmi… no cóż, szpitale powinny mieć zapasowe zasilanie, a Astroscripty nie powinny mieć żadnych znaczników i jakoś wybrnąłem z tej moralnej rozterki ;-) Po którymś z accesów na rękę zorientowałem się, że mam do czynienia z Butchershopem i zacząłem się pocić. Skacząc tu i tam wykradłem łącznie trzy agendy, niestety ff0x uzbierał w końcu combo i zrobił ze mną to, co ja robiłem wcześniej z moimi przeciwnikami. Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe! 6-10.

W drugiej grze stanęła na mnie kolejna Kate. Czyżby jakiś klon? A może zmartwychwstała? Plan był więc prosty – spalić ją znowu! ff0x szybko dokopał się do Professional Contactów, które właściwie opisują całą grę – większość zaczynała się od słów „ProCon”, często też nimi kończyła. W końcu na stole wylądował Film Critic i pancerz. Obstawiam, że mój przeciwnik kopał w poszukiwaniu drugiego, by potem zagrać Leviego i przystąpić do ostatecznego, już całkowicie bezpiecznego natarcia. Na jego nieszczęście miałem w talii Chronos Project, który doszedł w idealnym momencie i skasował jakieś 2/3 decku, które leżały w śmietniku. W tym momencie zaczęło się robić gorąco. Jakiś parasite zjadł mi wcześniej ICE’a na R&D, którego później zastąpiłem… zwyczajnym, pojedynczym Ice Wallem. Blisko końcówki ff0x wyciągnął ciężką artylerię w postaci Indexingu for the win. Patrzę na jego riga – nie ma kwiatka, nie ma Clone Chipa, Lady w śmietniku… zrezowałem z uśmiechem Lodowy Murek i tak Indexing poszedł się traszować. Przewińmy kilka tur do przodu i mój adwersarz trafia na Snare’a w R&D, chyba nawet w ostatnim kliku (albo poleciał False Lead). Pif paf, kolejna Kate zgrillowana w chrupiącym pancerzyku. 10-5.

W sumie był to póki co jeden z najprzyjemniejszych i najciekawszych meczy, które przyszło mi rozegrać – szczególnie w meczu z Kate. Tak długiej i intensywnej gry Argusem jeszcze nie miałem. Jak to mawiają – danke schön!

Runda 5 – Siawq, pogromca Zombiaka

Przed tym meczem dotarło do mnie, że cholera – jak się postaram, to mam duże szansę na top16, czyli wieczną chwałę, dziwki i koks! Aaalbo chociaż na zestaw plastikowych tagów, yay. Przyszło mi się zmierzyć z Siawqiem, pogromcą mojego autobusowego towarzysza niedoli, Zombiaka. Tradycyjnie, zacząłem od gry Geistem, a na przeciwko mnie zaczęło rozkładać się ukochane przeze mnie, lodowcowe HB. Jak pokazały losowe biegi na rękę był to fastadvancowy wariant i wiedziałem już, że jeśli się nie pospieszę, to będzie krucho. Początek, muszę przyznać, miałem całkiem niezły – wykradłem 6 punktów nim Siawq zastawił R&D milijonami ICE’ów. Oczywiście dotrwał do momentu w którym po dobraniu agendy scorował ją od razu, a ja bez Clota niewiele mogłem poradzić. To kolejna gra, w której brak drugiego R&D Interfejsu (a może Medium?) dał mi się we znaki. Gdy wiedziałem, że to już w zasadzie koniec zrobiłem idiotyczny bieg na R&D. Idiotyczny dlatego, że mogłem sobie spokojnie policzyć, ile będzie mnie kosztowało przejście, no ale zmęczenie i zrezygnowanie wygrało. Niedługo po tym tragicznym biegu Siawq dobrał ostatnią agendę, którą z pomocą Biotica zescorował. 6-10.

No, mój Argusik spisywał się tego dnia dużo lepiej więc do drugiego meczu podszedłem z lepszym nastawieniem. Przyszło mi zmierzyć się z Chaos Theory na Magnum Opus, Test Runami i Femmką. Do tego, na moje nieszczęście, Siawq musiał się już sporo nagrać na Argusa (lub inne Weylandy), bo grał świetnie – robił tylko „bezpieczne” skoki i zwykle w pierwszym kliku (szybko zescorowałem False Leada). Jak na złość dzięki MOpusowi zarabiał na tyle dużo hajsów, że zawsze był w stanie złamać Archera Femmką, a do tego miał niezłego farta do trafiania agend. Mi niestety karty nie podeszły, no i wyszło pewnie zmęczenie materiału – pewnie mógłbym zagrać to lepiej. W każdym razie nie wiem nawet, na ilu punktach skończyłem, ale Siawq zasłużenie wygrał. Pierwsza porażka Arbuzem, ech! ?-10.

Runda 6 – Budzik

Było już późno i w sumie bardziej mi się już chciało spać niż grać, no ale jak już zapłaciłem, to nie ma zmiłuj. W ostatniej grze sparowało mnie z Budzikiem – obaj mieliśmy po 12 punktów i obaj mieliśmy jeszcze szanse na topkę. Ale tylko jeśli wygramy obie gry. Zacząłem od gry na NEHa i damn, czemu nie wziąłem Crash Space’ów, które leżały jeszcze w piątek rano na moim biurku… Będzie krótko, bo mecz był krótki – dostałem chyba z SEA Source’a i dwóch Scorchy, dobranoc, dziękuję. Kto mieczem wojuje i tym podobne. 0-10.

No i ostatni mecz dnia – Noise, czyli akurat ten runner, na którego najbardziej nie cierpię grać. Byłem jednak zdeterminowany, by wygrać – w końcu jak ja nie wejdę do topki, to mój przeciwnik tym bardziej! :> Nie powiem, Budzik zaczął tak ostro, że ledwo wyrabiałem. Na pewno nie pomagał mi Lamprey przy braku ICE’a na HQ, czy generalnie bardzo agresywna gra Budzika. Na całe szczęście istnieje coś takiego jak Beanstalk Royalties, którego zagranie (plus kredyt w drugim kliku) pozwala mi na zrezowanie każdego ICE’a w mojej talii więc jakimś cudem udało mi się uspokoić grę, zarobić pieniądze i… spalić runnera :> Była to bardzo dobra i bardzo intensywna gra, a kto wie, jakby się skończyło, gdyby Budzik nie zapomniał o tym, że zagrał Naleśniki, czyli Adjusted Chronotype. Damn, gdybym zauważył, to sam bym przypomniał, ale po tylu godzinach grania już średnio orientowałem się, co jest po drugiej stronie :( Cóż, przez to obaj wylądowaliśmy poza topką. 10-5.

Ostatecznie moje zmagania zakończyłem na 20 miejscu… mniej więcej. Bo czort wie, co by się stało, gdyby Zombiakowi było dane zagrać wszystkie 6 gier – jego Whizzardowi szło mniej więcej tak dobrze, jak mojemu Argusowi. Ale było, minęło. No i nie oszukujmy się – przy takiej frekwencji powinniśmy zagrać 7 rund. Liczba osób z 16 i 14 punktami była przeogromna – w szóstej rundzie na załapanie się do topki (chodzi o ostatnie 3-4 sloty) miało szansę spokojnie z 10 osób. Trochę bida. Ogólnie jestem jednak zadowolony zarówno z własnego występu, jak i samego turnieju – fajnie było zagrać z ludźmi na najwyższym poziomie i poznać tych kilka nowych osób ;-) Szczególnie, że po pierwszym dniu udaliśmy się do warszawskiego PadBaru, by przy piwie (bezalkoholowym, cholerny antybiotyk) pogadać o… Netrunnerze, plakatach w domu i biurze ff0xa i innych pierdołach.

Drugiego dnia rozgrywał się emocjonujący finał pomiędzy szesnastką najlepszych graczy. Z „naszych”, do topki trafił Doman i Jander – gratulacje! W finale zmierzył się Marchewa z Prozzem, a zwyciężył Prozz – co bardzo mnie cieszy, bo grał Argusem ;-) Relacje innych graczy i więcej informacji na temat drugiego dnia znajdziecie tutaj.

Powiększ

OMPANR2015-39
Jander na siódmym miejscu! Gratulacje!

O finałowych rozgrywkach nie jestem w stanie wam za dużo napisać, ponieważ brałem udział w turnieju pocieszenia dla tych wszystkich leszczy, którzy nie dostali się do topki ;-) Wziąłem te same decki, co w sobotę, bo nie chciało mi się brać więcej kart z domu. Zagraliśmy cztery rundy i cóż, poszło mi zdecydowanie gorzej, niż pierwszego dnia. Ale tym się akurat nie przejmowałem, bo turniej towarzyszący jest luźną imprezą bez żadnego parcia na wynik (nie licząc mojego zakładu z Zombiakiem – o to, kto więcej razy wygra Weyem).

No i nie robiłem fot, bo zapomniałem :-P

Runda 1 – Kephalophode

Pierwsza runda i sparowało mnie z jednym z Niemców, którego słyszałem kiedyś w filmach TeamworkCast… i jak się okazało, z którym dzień wcześniej klachałem. Tak, mam słabą pamięć do imion. Zacząłem tradycyjnie Geistem i pewnie to spowodowało, że w całym turnieju poszło mi tak kiepsko – najważniejsze, to znaleźć lepszy powód niż „grałem słabo”! ;-) Tak czy siak, naprzeciwko mnie rozłożył się coresetowy, promocyjny Weyland. Eee, poza Scorchami i operacjami nie bardzo wiedziałem, czego się spodziewać, ale jak się okazało – niewiele więcej poza tymi kartami było w decku. Kephalopode robił absurdalne ilości hajsów, ale ciągle brakowało mu ICE’a na R&D. Jakiegokolwiek ICE’a, który nie pozwoliłby mi wykraść 6 punktów. Niestety w końcu wylądował tam bodajże Spiderweb i tak zakończył się mój bezproblemowy wstęp do R&D. Niestety, nie udało mi się trafić już ostatniej agendy, a Kephalopode uzbierał wkońcu palące combo i tak o to skończyłem w ruinach wieżowca, w którego piwnicach miałem siedzibę. 6-10.

Druga gra i co? Oczywiście Noise. Pomyślałem sobie, że dzień wcześniej jakoś dałem rade, to może uda się i teraz. Nie pamiętam za dużo z tej gry, ale (bo :-P) przegrałem. Kephalopode miał idealne mielenia (dwa Snare’y, agendy i ICE’y akurat wtedy, kiedy były mi potrzebne, itp.) i dobrze grał. Skończyło się na 5-10 więc bez kompletnej miazgi.

Runda 2 – Luinloth

Nooo, coś za długo udawało mi się nie trafić na kogoś z „naszej” ekipy. Sabina prowadziła do zwycięstwa palącego Haarpsichorda, a ja oczywiście jak głupi skończyłem jedną z tur z trzema kartami. Zescorowsne Breaking News nie dało mi nic do myślenia (chyba jeszcze wtedy się nie obudziłem) i nie zainstalowałem w okienku czegoś Clone Chipem, dzięki czemu dobrałbym kartę i przeżył chociaż tyle, by obejrzeć kolejny poranek… spalony i 2-10.

W drugiej grze czekała na mnie Leela, czyli drugi najbardziej nielubiany przeze mnie runner. Cofanie kart na rękę zawsze mnie tak irytowało, że ja pierdziu! Niestety, bardziej niż z deckiem Sabiny i umiejętnością Leeli, byłem zmuszony walczyć z własnym deckiem i napływem wszystkich możliwych dwupunktowych agend. Udało mi się przepchnąć ze dwa punkty, nim Sabina wykradła ostatnią agendę. Daaamn, Arbuzowi dziś wyjątkowo nie szło :-( 2?-10.

Runda 3 – Vasquez

Wylądowałem gdzieś na końcu stawki, by zmierzyć się z Vasquezem, któremu tego dnia szło jeszcze gorzej niż mnie. Zacząłem od pojedynku z NBNem z podstawki, który według Vasqueza sam oddawał runnerom agendy. Kiedy pierwszy raz skoczyłem na R&D okazało się, że mój przeciwnik nie przesadzał – ukradłem pierwsze dwa punkty. Pod tą agendą chowała się następna, a potem zdobycie pozostałych trzech punktów nie było już żadnym problemem. Czemu Geist nie mógł się tak spisywać przez cały pierwszy dzień? 10-0.

W drugiej grze trochę posmutniałem, bo zapowiadało się palenie azteckiego ptaszyska, czyli Quetzal – chyba mojego ulubionego runnera. Vasquez był trochę przybity swoimi grami i przez to skakał bardzo lekkomyślnie. W końcu trafiła kura na Snare’a w ostatnim kliku i skończyła jako grillowana pierś na stole dyrektora Agencji Ochrony Argus. 10-0.

Runda 4 – Aspen

Ostatnia runda, przemiły przeciwnik (bo nie dość, że turniej na luzie, to jeszcze ostatnie stoły – a tam nie ma zwykle parcia zwykle na wynik ;-)) i straszliwy matchup – Replicating Perfection, czyli psi game i Nisei, i inne brzydkie rzeczy, które zmuszają biednego Geista do częstszych biegów, niż by chciał. Miałem jednak ogromnego pica, bo mój start był świetny, a przeciwnika tragiczny – kiepsko było u niego z kasą. Dzięki temu mogłem często biegać i nie marnować przy tym zbyt wielu zasobów. Szczęście w psi również mi sprzyjało (i po co komuś Film Critic? :-P) i tak powstało szybkie 10-0.

Drugi mecz kontra Kate. Przysięgam, że kiedyś już ją spaliłem, chyba nawet dwa razy… będę musiał porozmawiać z moimi pracownikami, może nawet wysłać ich na kurs skuteczniejszego palenia zwłok. W każdym razie, była to kolejna gra z przeciwnikiem, który bardzo dobrze wiedział, jak grać na Argusa. Skakał wtedy, kiedy trzeba i zarabiał na tyle dużo -pieniędzy, że SEA Source był mu niestraszny. Nooo, a mi do tego wszystkiego karty mogły podejść „ciut” lepiej. Nie było może tak źle, jak z Sabiną, ale i tak nie ustabilizowałem sytuacji na stole i przegrałem z kretesem. GG, dobry mecz, 2-10.

Turniej towarzyszący zakońzyłem na zaszczytnym nie mam pojęcia jakim miejscu, ale cóż, bywa. Z pierwszego dnia jestem bardzo zadowolony i to jest najważniejsze. Nadeszła też pora, by ogłosić zwycięzcę zakładu z Zombiakiem o prawo nazwania decku „Scorchebleu!”. Ze względu na nierówną liczbę rozegranych meczy pierwszego dnia treść zmieniła się z „więcej wygranych” na „mniej przegranych”. A skoro pozwoliliśmy już sobie na drobną kreatywną księgowość, to podzieliliśmy też zakład na dwie części – MPkową i towarzyszącą, dzięki czemu zwyciężyliśmy obaj: ja pierwszego dnia, a Zombiak drugiego. Cziterstwo, wiem, ale w tej sytuacji było to jedyne sensowne rozwiązanie. Szczególnie, że na przedMPkowym turnieju obaj wygraliśmy na siebie Weylandami :>

Potem było już sprzątanie sali i zgarnięcie przypinki z turnieju, obiad i powrót do domu. Wszyscy żyli długo i szczęśliwie, a ja poprzysięgłem sobie, że za rok zdobędę pierwsze miejsce!

A dla wytrwałych – link do pełnego albumu.

Killian

Jeden komentarz do “Mistrzostwa Polski w Netrunnera – relacja

  1. Pingback: GRY PLANSZOWE W PIGUŁCE #598. - Board Times - gry planszowe to nasza pasja

Dodaj komentarz