Osadnicy: Narodziny Imperium – Unboxing #4

Autor | 10 września 2014

Uległem forumowemu hajpowi. Po części. Portal dopiero co wprowadził do sprzedaży swój nowy tytuł, autorstwa Ignacego Trzewiczka, a będący dzieckiem 51. Stanu – postapokaliptycznej gry w zbieranie punktów. Tym razem jest lżej, mniej restrykcyjnie, z lepszą instrukcją i… fantastycznym tematem (choć postapo uwielbiam, to jakoś w 51. Stanie za bardzo go nie poczułem). Pierwowzór, krótko mówiąc, nie przypadł mi do gustu i tak samo miało być z tytułem, który dzisiaj rozpakuję. Dlaczego więc stałem się jego posiadaczem? Dlaczego zamówiłem przed premierą, czego staram się unikać? I przede wszystkim, co to za tytuł?


Osadnicy: Narodziny Imperium

A skusiłem się, najzwyczajniej w świecie, przez głupie obrazki na kartach. Dla kogoś, kto za brzdąca zagrywał się na Amidze w pierwszą część Settlersów, grafiki mogą kojarzyć się tylko z nią. Ale przyjrzymy im się za chwilę, bowiem pierwsze, co rzuca się w każdej grze w oczy, to pudełko.

Te jest, hm, średnie. Gdyby nie ten wąsaty grubas, który pasuje jak pięść do nosa do pozostałych chopków, to byłaby świetna. Piesek jest fajny, tło jest fajne, więc nie rozumiem kto wymyślił tego dziada. A skoro jestem już w marudnym fragmencie, to otwórzmy od razu, duże, kwadratowe pudełko. Kurde, ile tu powietrza! Nie mam zamiaru tu narzekać na cenę, bo ta – w porównaniu z innymi tytułami – jest całkiem ok, ale wolałbym mniejsze pudełko. Jasne, do Osadników pojawi się sporo dodatkowych talii w przyszłości, ale schowanie wszystkiego do mniejszego pudła zostawia jeszcze sporo miejsca. A mniejsze pudła łatwiej nosić do kumpli na granie.

Dziad z pudełka występuje w jeszcze jednym miejscu – na znaczniku pierwszego gracza. Muszę go czymś zastąpić jak najszybciej :\

No i to tyle z narzekania! No, może jeszcze jedna mała pierdółka, które jest równocześnie wadą i zaletą. Romel (wypraska), z którego żetony wychodzą bez najmniejszego problemu (plus), a plansze graczy… cóż, same wyszły, zanim zdążyłem je dotknąć (na siłę, ale minus).

Ok, mogę już z czystym sumieniem przejść do wychwalania gry od estetycznej strony. Zacznijmy od owych plansz graczy, bowiem z nimi wiąże się pierwsza, bardzo fajna, pierdółka. Na każdej z nich przedstawiony jest z jednej strony lider frakcji, natomiast z drugiej… liderka! Mała rzecz, a cieszy. Poza tym są czytelne, jak wszystko w tej grze i wspaniale zilustrowane. Szkoda tylko, że nie zawierają wszystkich możliwych podpowiedzi na sobie (np. o plądrowaniu).

Wspominałem wcześniej o żetonach – są całkiem spoko, no, może kolory frakcji na żetonie punktacji mogły być ciut bardziej zbliżone do kolorystyki kart. Za przykład mogą posłużyć zieloni barbarzyńcy i czarni Egipcjanie – niby sens to jakiś ma, ale na kartach pierwszych dominują ciemne barwy, a na Egipcjan piasek. Trochę to mylące, ale do przeżycia.

To co jest bardzo fajne, to żetony monet, na których widnieją podobizny liderów frakcji występujących w grze. To kolejna drobna zmiana, która świadczy jednak o ogromnej dbałości o szczegóły. Szkoda tylko, że po obu stronach mają inną mordę i nie można ich z czystym sumieniem wrzucić do frakcyjnego woreczka. No właśnie, w pudełku znajdziecie kilka woreczków strunowych na elementy! Reszta żetonów jest ok. Od razu widać, co reprezentują, są grube i dobrze wykonane, nie mam się do czego przyczepić.

Nim przejdziemy do dania głównego, przez łapy przewiną się jeszcze drewniane elementy (rasowy euuuroosuchar!). Nagie ludziki (bo różowe jak niemowlęta), ciut zmutowane jabłka (mają dziwny kształt, ale smakowity kolor), fantastyczne kłody drewna (z odstającą gałęzią!) i kamyki (no, kamyki, po prostu). Od razu wiadomo co jest czym, głównie dzięki kolorystyce.

Jedynym problemem może być to, że elementy w pudełku mogą być niedomalowane, ale wystarczy zwrócić się z tym do wydawcy. Moje miały ciut niedomalowane boki (są pokryte czarnymi paskami), ale w grze tego nawet nie widać – wszystko poza drewnem leży zwykle na płasko, a drewno dzięki temu wygląda nawet lepiej. Nawet mnie to nie wkurzyło, w przeciwieństwie do drobnej wady planszy do Eldritch Horror (ale o tym wkrótce).

Oszukałem was, przed kartami jeszcze jedno – plansza z punktacją! Jest ładna, jak praktycznie wszystko w pudełku, tylko tor punktacji musi oczywiście być zawinięty w esy-floresy, podobnie, jak w Suburbii. Kwestia gustu, ale dla mnie to szalenie niepraktyczne i co chwilę ktoś się przy tym myli. Może nie nawykłem do grania w gry z torami punktacji?

Nareszcie, nadeszła pora na najważniejszą rzecz w każdej karciance – karty! A są po prostu…

ŚLICZNE!

Damn, są tak ładne, że tylko z ich powodu kupiłem grę. W pudle znajdziemy cztery talie frakcji po 30 kart oraz jedną talię ogólną, w której są 84 kartoniki. Do tego jeszcze 16 kart do trybu jednoosobowego, którego pewnie prędko nie przetestuję, bo mam ogromne problemy z tym, żeby przekonać się do grania w plansze samemu. Może kiedyś, ale to dobry temat na inną chwilę. No i razem mamy 220 kart ze wspaniałymi ilustracjami.

Pal sześć samo rozmieszczenie elementów na kartach, czy uwielbiane przez autora gry ikonki w każdym możliwym miejscu (na szczęście nie ma ich za dużo i są czytelne). Chrzanić nawet brzydką numerację kart (nazwa talii i numerek zwykłą czcionką ot tak w prawej dolnej części karty, bez żadnych ozdobników)!  Obrazki nadrabiają wszystko. Małe, krąglaste chopki w uroczych, settlersowych domach. Ciężko mi je opisać bez zachwycania się, ale to dokładnie to, czego oczekiwałem od gry z Osadnicy w nazwie.

Na grafikach jest też mnóstwo smaczków, jak np. maszerujące w szeregu kury tuż obok maszerujących w szeregu rzymskich legionistów, czy ścieżki łączące poszczególne budynki na stole. Ale to pozostawiam wam do odkrycia, tak samo jak easter egga na wyprasce ;) Kilka zdjęć kart znajdziecie tu w okolicy, ale warto przyjrzeć się lepszej jakości obrazom, na przykład tutaj.

Frakcje są cztery: barbarzyńcy, Rzymianie, Japończycy i Egipcjanie, każda z własną talią i – przede wszystkim – własnymi, klimatycznymi ilustracjami. Patrząc na karty od razu widać z kim mamy do czynienia, chociaż najładniejsze i tak w moim odczuciu są budynki neutralne – są najbardziej zbliżone do komputerowych Settlersów.

Podsumowując, w pudle znajdziemy sporo kart (a dokładnie 220) pozwalających na grę od jednego do czterech graczy, sporo drewna, które zawsze można spalić w piecu, dwa romle kartonu dobrej jakości i kilka gratisowych woreczków strunowych. Porównując do innych pudełkowych karcianek jest tego całkiem sporo, szczególnie kupując w internetach.

Killian

3 komentarze do “Osadnicy: Narodziny Imperium – Unboxing #4

  1. Pingback: Lords of Waterdeep – Unboxing #5 - DWLC - blog o grach planszowych i fabularnych

  2. Pingback: Osadnicy: Narodziny Imperium – Recenzja #23 - DWLC - blog o grach planszowych i fabularnych

  3. Pingback: Lords of Waterdeep – Recenzja #24 – DWLC – blog o grach planszowych i fabularnych

Dodaj komentarz