Turniejowy weekend z Netrunnerem – relacja

Autor | 20 marca 2016

Ci którzy obserwują naszego fejsbuka wiedzą, że zaczęliśmy nagrywać i komentować turniejowe gry w Netrunnera. Nie byłbym jednak sobą, gdybym porzucił pisemną formę relacji :-). Ostatnimi czasy miałem dwa turniejowe weekendy. O poprzednim nie bardzo mam ochotę pisać, bo choć oba wydarzenia – Store w katowickiej Mgle i wrocławskiej Planszóweczce – były bardzo fajne, to jednak poszło mi kiepsko (ba, we Wrocławiu baaardzo kiepsko) i ciekawsze będą filmiki z tych dwóch spotkań i galeria. A że w krakowskim Cube i katowickim Gnomie poszło mi o wiele lepiej (niestety nie mieliśmy tam kamery :-P), to oczywistym było, że trzeba coś naszkryflać. Zapraszam więc do lektury!

ANR_GnomSC_2016-04

Nie ma nic lepszego niż zapach palonego runnera o poranku

Android: Netrunner

Mistrzostwa Sklepów Cube i Gnom

Do krakowskiego Cube wybraliśmy się w składzie: Dawciu, Luinloth, Jander, no i niżej podpisany Kill. Podróż do Krakowa minęła nam w oka mgnieniu, przynajmniej w porównaniu z jazdą do Wrocka. Szkoda więc, że krakowska scena jest w zasadzie martwa – chętnie ruszyłbym swój zacny tyłek, by częściej pograć na bliskim południu.

Dzień po turnieju w Krakowie czekał nas skromny Store w Gnomie w Katowicach. Dlaczego skromny? Cóż, nie był to najlepszy termin. Nie dość, że niedziela (więc gorzej dla przyjezdnych), to jeszcze w tym samym dniu odbywały się finałowe rozgrywki na Intel Extreme Masters, co też miało jakiś tam wpływ na frekwencję.

Na oba turnieje wziąłem te same decki – Titsana i Jesminder. Miałem wziąć Kena, ale w Krakowie był jakiś wysyp Kryminalistów, więc jak prawdziwy hipster zdecydowałem się na deck złożony dzień przed turniejem i praktycznie nieprzetestowany (a potem się dziwię, że mi słabo idzie ;-)).

Jesminder była o tyle ciekawa, że nie miała Fausta i hulała na takim biedostealthie – z samym Daggerem, bez Refractora. Gordian Blade nie był zły, z pewnością zyskał po wrzuceniu Eschera drugiego dnia, ale i tak muszę pomyśleć nad jakimś lepszym rozwiązaniem. No i upchnąć to wszystko w 45 kartach… W każdym razie listę możecie zobaczyć sobie tutaj. Pomiędzy pierwszym, a drugim dniem talia uległa drobnej modyfikacji – wymieniłem Snowballa na Corrodera, bo koszt instalacji tego pierwszego jest ciut za duży.

Titsana wziąłem z netu, zmodyfikowałem tylko trochę ICE’y i hulał aż miło.

ANR_CubeSC_2016-01

Cube się trochę rozrósł od czasu naszej ostatniej wizyty

Mistrzostwa Sklepu Cube

Kraków

Runda 1 – Rush

Rush przyjechał na turniej z dalekiej północy, bodajże z Gdańska, czy z czegoś takiego. No dobra, nie przyjechał na turniej, tylko na IEMa, ale ponieważ w sobotę nie było interesujących go gier, to wbił pograć. Mnie by się chyba nie chciało ;-)

Mój przeciwnik przywiózł ze sobą Leelę (chyba z DLR i na pewno z Gang Signami) oraz standardowego “niby nie chcę cię zabić, ale cię zabiję” Biotecha. Zacząłem korpem, zresztą jak każdą grę na turnieju. Teoretycznie wiedziałem, jak na to grać, po podobnie do tego, jak gra się na Kena z Gang Signami, ale jeszcze przed Syfonami się trzeba było bronić i w ogóle… no, przegrałem. Dość szybko i na pewno nie stawiając zbyt dużego oporu. To nie wróżyło najlepiej, bo na turnieju Leeli było od zatrzęsienia…

W drugiej grze przyszła pora na trochę net damażu. Nie mam zbyt dużo doświadczenia w graniu z Biotechem, ale założyłem sobie, że korp będzie chciał mnie zabić… i dobrze założyłem :-). Ponieważ pierwsza gra zajęła nam sporo czasu, na tę zostało nam jakieś 15 minut. W tym czasie Rushowi udało się zapunktować jedną agendę, mi jedną ukraść i oboje byliśmy na dwóch punktach – nieciekawa sytuacja, kiedy słyszy się nagle: “czas!”  ze strony sędziowskiego stolika. Skoczyłem na R&D, trafiłem Fekal AI i zostałem z zerem kart na ręce. W dwóch ostatnich klikach, nie mając nic lepszego do roboty, dobrałem dwie karty… i to mnie uratowało od spotkania z The Brewery. Taaak, musiałem być jeszcze półśpiący wtedy, bo zapomniałem o tym, co sobie założyłem na początku – że Rush chce mnie zabić. Dobrze, że miałem dobry odruch…

Runda 2 – Michał

Michał to gracz z Wrocławia, z którym nie miałem wcześniej przyjemności zagrać (podobnie jak z moim przeciwnikiem z rundy trzeciej, ale ćś). Przywiózł ze sobą Valencię, na której widok bardzo się ucieszyłem oraz HB (znaczy te, no Engineering the Future).

Titsanem zacząłem z Elżbietą w ręce, albo doszła mi w pierwszych dwóch turach – w każdym razie szybko pozbawiłem się Bad Publicity i zacząłem skorować agendy w serwerze, do którego Michał nie mógł wejść. Bez Blackmaili Val jest smutnym Anarchem z grubym deckiem, w którym ciężej znaleźć Fausta i Wyldside’a. Bez problemu dobiłem do 7 punktów i nara.

Za to gra z HB to była czysta wtopa. Zanim znalazłem moje kawałki kombosa, to byłem już cztery plecy w tył, a potem czekało mnie tyle sentry na R&D, że nie byłem w stanie się przez nie przebijać tak często, jakbym chciał… Popełniłem sporo błędów, mogłem zagrać lepiej, no ale wtopiłem i skończyliśmy partyjkę remisem.

ANR_CubeSC_2016-06

W centrum Rush, a nie Bąku. Po prostu zrobiłem mało zdjęć podczas turnieju i wstawiłem jedno z nich w środek tekstu :-P

Runda 3 – Bąku

Bąku to młody stażem wrocławski gracz, którego Joan miała już przyjemność poznać na jednym z naszych pierwszych turniejów we Wrocku. W końcu i mi przyszło z nim zagrać :-). Do Krakowa przywiózł Leelę z Eaterem i dość nietypowe Personal Evolution.

Niestety dla niego, w obu grach moje decki zadziałały perfekcyjnie. Na Titsana nie doszły mu po prostu żadne karty, które mogłyby ograniczyć moje rushowanie, zresztą miałem tak chore ilości hajsu, że nawet trzy syfony pod rząd nic by mi nie zrobiły. Ostatecznie wygrałem przez spalenie (Bąku miał bardzo mało doświadczenia w graniu z Wielkim Weylandem więc się wystawił, zostając z trzema kartami na ręce), ale z Global Food Initiative na ręce, które miałem w tej same turze instalować, mając już cztery punkty. Nie ma to jak dwie ścieżki do zwycięstwa:-).

W drugiej grze stanąłem naprzeciwko mojego ulubionego Jinteki (czyli Personal Evolution) i wiedziałem, że wszystko będzie zależało od tego, jak dobrze odczytam przeciwnika… dopóki Bąku nie zainstalował drugiego ICE’a na serwerze do punktowania. Łooo, “lodowcowe” PE! Na nieszczęście korpa mój Dagger bardzo ucieszył się ze zrezowanego Shinobi, a że wszystkie Mushiny były gdzieś na dole decku, to względnie bezpiecznie Jesminder przejechała się jak walec po wszystkich serwerach, zdobywając w końcu siedem punktów.

Runda 4 – Raven

Raven przyjechał ze swoją śmieszną wombocombo Chaoską z Bagbiterem i z Blue Sunem. Zacząłem tradycyjnie korpem, zrushowałem coś tam na początku i na moje szczęście Raven wystawił się na niespodziewanego Snatch and Graba. Kilka, może kilkanaście minut później było po grze, bo na szczęście nie musiałem długo kopać za agendami.

Druga gra była powtórką z Bielska. Z jakichś jedenastu czy dwunastu ICE’ów Raven trafił na początku tylko Kurtynkę i to bez Oversight AI ??. Mnie doszedł Syfon i Same Old Thingi, dzięki temu wykradłem Government Takeover, nie bojąc się Punitiva, a chwilę później Raven oblodził Archiwa, dając mi wyraźny znak, bym kończył tę grę. Wrzuć więcej ICE’ów :-P

ANR_CubeSC_2016-03

Raven, Coma i Bąku próbują wymyślić sposób na pokonanie mojego Titsana

Runda 5 – Coma

W ostatniej rundzie i, jak się później dowiedziałem, na pierwszym stole, przyszło mi się zmierzyć z graczem z dalekiego Rzeszowa – Comą. Coma to jeden z dwóch członków rzeszowskiej mety i z tego miejsca chciałbym pozdrowić Siawqa, pierwszego subskrybenta kanału DWLC.tv! Mój przeciwnik wyjął MaxX i NEHa więc w końcu trafiłem na kogoś, kto przyszedł wygrać, a nie pograć :P.

Zacząłem Titsanem, miałem trochę wolny start, przez co Coma prześcignął mnie w finansownym wyścigu i zapasowy plan spalenia go niestety poszedł się ryćkać. Nie pamiętam już, czy znalazłem Caprice, czy nie, ale z pewnością nie znajdowałem agend tak szybko, jak Coma – głównie dlatego, że przez sztućce moje R&D było odkryte. Medium, chwila kopania i po grze.

Koniec żartów, trzeba było spiąć poślady, żeby w “finale” pokazać się z jak najlepszej strony. Nie wiedziałem jeszcze, jakim NEHem gra Coma, ale dzięki zdolności Jes nie bałem się za bardzo ICE’ów Butchershopa. Dzięki temu pozwoliłem sobie na szybkie skakanie i w międzyczasie zacząłem rozkładać moje zabawki. Udało mi się zatrzymać jedno Astro Clotem, a że siedziało w serwerze z Little Engine i Archangelem, to mój Gordian bardzo się ucieszył. Wymienialiśmy się agendą za agendę i dobiliśmy w końcu do 6 punktów (albo ja miałem 6, a Coma 4 – coś w ten deseń). Zaczęło się rozpaczliwe kopanie po ostatnią agendę… Na całe szczęście Maya to wspaniała karta więc moja presja na R&D w końcu dała mi upragnionego Breaking Newsa/15 minutes (dwie wygrywające “jedynki” pod rząd, ał jis).

Dzięki temu nieumyślnemu remisowi Coma pozostał na pierwszym miejscu, a ja skończyłem turniej na zaszczytnym, bo nagrodzonym ścierką (zwaną również matą), czwartym miejscu. Pozbierałem do tego promo fanty, choć żałuję, że Dawciu tym swoim IG zamęczył więcej osób i zajął drugie miejsce, dzięki czemu załapał się na piękne Personal Evolution… Ech, kiedyś je zdobędę :-P. Dawciowi oczywiście gratuluję sukcesu, Ślunsk powinien zajmować wszystkie topowe miejsca na wyjazdach!

ANR_CubeSC_2016-08

Jeee, promki za udział!

Ponieważ nie ma nigdzie oficjalnych wyników, to wrzucam listę top 11, którą Jander przywołał z pamięci:

  1. Coma
  2. Dawciu
  3. Siawq
  4. Killian
  5. Jander
  6. Michał
  7. Hsiale
  8. Rush
  9. Raven
  10. Luinloth
  11. Beata
ANR_GnomSC_2016-10

Taki syf zrobiliśmy w katowickim Gnomie…

Mistrzostwa Sklepu Gnom

Katowice

Runda 1 – Luinloth

Sabina grała Andromedą Jandera i swoim dziwnym Synciem, którego nie widziałem jeszcze w akcji. Co ciekawe, w obu naszych grach o wygranej zdecydował jeden błąd. Zacząłem Titsanem, wywierając standardowo presję szybkim scorowaniem. Sabinie nie bardzo chciała dojść jakakolwiek ekonomia i chyba przez to zdecydowała się skakać bez zainstalowanego Switchblade’a, o którym wiedziałem, że ma go na ręce, bo jedną kopię odrzuciła w pierwszej turze. Nadziała się na Assassina, Refractor powiedział papa i tak moje R&D i scoring stały się fortecami nie do zdobycia.

W drugiej grze to ja wykazałem się geniuszem. Zainstalowałem sobie ProCo i zacząłem skakać na otwarte R&D. Nie pamiętam tyko, czy w pierwszej, czy w drugiej turze trafiłem na Archanioła. Byłem przez to w tragicznej sytuacji ekonomicznej, ale zagrałem głupio – zamiast spróbować uspokoić grę (bo Sabina zawsze gra lodowcami), to zacząłem skakać wszędzie zbierając tagi z news teamów, itp. Tego dnia bardzo żałowałem, że nie wrzuciłem Artists Colony do talii :-(. Na moje nieszczęście trafiałem głównie w news teamy i Koteczki, które same się scorowały; przegrana była tylko kwestią czasu.

Runda 2 – Jander

W pierwszej rundzie były same remisy więc trafiłem na naszego lokalnego wymiatacza. Prowadził tego dnia Kate i… splugawił się graniem NEHem (pożyczonym, ale jednak). Bleh. Zacząłem Titsanem, szybko stawiając remotkę do scorowania. Z Caprice na serwerze nie bardzo bałem się o to, że na niego wejdzie – Jander jest średni w psi game ;-). Na moje szczęście jednak Legworki i Maker’s Eye nie trafiały w żadne agendy i szybko skończyłem z siedmioma punktami.

W drugą stronę było chyba podobnie, bo niewiele z tej gry pamiętam. A skoro tak, to pewnie pociąg odjechał zanim dokopałem się do kwiatka albo Clone Chipa. O ile dobrze pamiętam, to byłem też zbyt biedny, by usunąć SanSana… no, wszystko poszło nie tak, jak powinno i skończyło się drugim remisem.

ANR_GnomSC_2016-01

Dawciu nie mógł przyjść na turniej (przez IEM), więc to Raven przejął tytuł „gracza, który gra tym pieprzonym IG” aka „wolę stracić kolegów, niż wygrać grę w czasie”

Runda 3 – Raven

Nowy dzień, nowy Raven. Od poprzedniego dnia zmienił tylko talię korporacji – na męczące Industrial Genomics. To wszystko przez to, że z Krakowa wracał samochodem z Dawciem, który pewnie podsunął mu ten sadystyczny pomysł…

Zacząłem jednak od pojedynku z Chaoską na Bagbiterze, w którym to znowu szybko doszedł mi Snatch and Grab i właściwie było po grze, bo scorowałem sobie bezpiecznie na remotce z Caprice i jakimiś pięcioma ICE’ami. Cztery by starczyły, no ale ;-)

Druga gra to była męczarnia… Wiedziałem, że muszę wygrać szybko, albo zginę zamęczony Roninami, a że nie wziąłem Artists Colony, to było mi bardzo smutno z powodu wszelkich News Teamów i Shi.Kyū. Udało mi się szybko ukraść cztery punkty i jednego karniaka, a potem… skończyło się. Jeśli dobrze pamiętam, to sporo agend było na ręce, ale bałem się biegac w Snare’y, żeby nie tracić punktów życia. W pewnym momencie udało mi się nawet zrobić Leviego pomimo dwóch Black List na stole, ale w końcu nie nadążyłem z usuwaniem Roninów, że już o zdobywaniu punktów nie wspomnę. W sumie mogłem dać się zabić szybciej, ale nie mogłem dać tej satysfakcji Ravenowi. Ten jednak okazał się być sadystą, bo czerpał radość z awansowania Roninów w każdej turze… Grając IG można stracić kolegów :<

ANR_GnomSC_2016-07

Doman, Doman… co z Ciebie wyrosło?

Runda 4 – Doman

Doman zrobił mi na złość i zamiast wziąć ze sobą Kate, to przyszedł z Noisem. Niestety przed grą stwierdziłem, że ten pojedynek rozstrzygniemy kostką. Wygrał Noise więc zmieniłem zdanie i… wygrał Noise. Wywołałem wilka z lasu. Gra bez historii – Jazgot zmielił Jacksony, agendy i Scorche, i mój Titsan złożył się jak domek z kart po tąpnięciu na grubie ??.

Zgodnie z moim postanowieniem (“zawsze przynajmniej remis”), teraz musiałem wygrać. Czekało mnie niestety ciężkie starcie ze sławnymi psi game’ami Domana, który prowadził Tennina. Skakałem agresywnie, nie pozwalając mojemu przeciwnikowi na zbieranie żetoników i dobiłem jakoś do 4 punktów, ale cierpiała na tym moja ekonomia – Ashigaru było dość ciężkim orzechem do regularnego zgryzania przez mojego obrzydliwego, altartowego Corrodera. Niestety, Doman był na jakichś pięciu punktach i do zwycięstwa wystarczał mu jeden Trick of Light i Braintrust. I wtedy wydarzył się cud. Doman, pewny wygranej, zainstalował agendę w pustym serwerze. Wyciągnąłem Clota z rękawa tak, jak uczył Raven i zonk. W ostatnim kliku do agendy dołączyła Caprice, w nadziei, że nie rozgryzę Domana, ale marna to była nadzieja. W swojej następnej tirze rozbroiłem bombę, a potem mój biedostealth hulał już na tyle, że zwycięstwo było już tylko formalnością.

Runda 5 – Coma

Cztery remisy wygoniły mnie na jakieś w miarę sensowne miejsce, gdzie dano mi szansę na odegranie się za poprzedni dzień – znowu trafiłem na Comę! Zacząłem oczywście Titsanem i wiedziałem już, jak pokonać Anarchów – dobierając lepiej karty. Plan był na szczęście na tyle prosty, że udało mi się go zrealizować w 100%. Coma skupił się na wyścigu finansowym, bojąc się SEA Source’a, ale tym razem byłem równym graczem w tym wyścigu, ba, nawet dane mi było punktować jakieś agendy w tym czasie. Przycisnąłem Comę tak bardzo, że jego MaxX zwinęła się w kłębek, a dyrektorzy Titsana wydali przyjęcie z okazji zdobycia siedmiu punktów. Ał jis.

Druga gra i znowu ten paskudny NEH, choć tym razem widziałem od początku, że nie zginę. Zaniedbałem jednak trochę ekonomię, przez co przez dłuższy czas nie mogłem wbić na R&D bronione przez Little Engine. W końcu jednak zagrałem Eschera na półślepo (Coma przez przypadek pokazał mi, gdzie leży drugi Little Engine, czy tam Archangel – uroki zmęczenia…) i prawie udało mi się zrobić idealny serwer z samymi grubymi Code Gate’ami. Niestety to prawie mnie zgubiło i na R&D została jedna duża krowa. W tak zwanym międzyczasie Coma korzystając z dobrobytu, jakim jest Daily Business Show, dokopał się w końcu do agend i skończyliśmy na powtórce z dnia poprzedniego – nieumyślnym remisie.

ANR_GnomSC_2016-08

Ku zaskoczeniu wszystkich, turniej zakończył się licyta… znaczy rozdaniem nagród

Ostatecznie, jako Człowiek-Remis, uplasowałem się znowu na czwartym miejscu, zdobywając drugą podkładkę pod myszkę z Leelą. Ponieważ wyników też chyba nigdzie w sieci nie ma, to tak wyglądała topka (bo dalszych miejsc nie pamiętam):

  1. Jander
  2. Coma
  3. Luinloth (Sabina zgarnęła bye’a, bo top2 już swoje miało)
  4. Killian

Muszę więc przyznać, że był to bardzo udany wyjazd – Jacksonów mam teraz tylu, że starczy na sporo talii, a obrusiki też się przydadzą. Podziękowania należą się z pewnością mojej rodzinie, Joan i Titsanowi, który w oba dni wykręcił dobre wyniki. Jes niestety drugiego dnia się nie popisała, a niewiele zabrakło mi do prześcignięcia Sabiny i zgarnięcia bye’a. Została mi jeszcze jedna okazja, może się uda, trzymajcie kciuki! :>

Killian

Jeden komentarz do “Turniejowy weekend z Netrunnerem – relacja

  1. Pingback: GRY PLANSZOWE W PIGUŁCE #748 - Board Times - gry planszowe to nasza pasja

Dodaj komentarz