WFRP – Kronika Akolity #1

Autor | 10 stycznia 2015

Nowy rok zaczynamy od tekstu mało planszowego, ale za to bardzo długiego (to zapis z dwóch sesji, a działo się sporo). Czeka was bowiem historia kolejnej przygody naszej wspaniałej drużyny, która po uratowaniu Middenheim przed wewnętrznym wrogiem w końcu ruszyła ponownie w świat, by ratować ludzi. Każdy z nas awansował, każdy coraz bardziej wczuwa się w postać, a bohaterowie zyskali w końcu wyraziste charaktery. Przygódka za to pełna jest zwrotów akcji, a jej zakończenie niby było pozytywne, ale nie do końca – znak, że wymyślał ją Pablo. Ale nic więcej nie zdradzę.

Pozwolę sobie jednak wykorzystać ten moment na kilka słów o DWLC w nadchodzącym roku, bo specjalnego sensu podsumowań po niecałym roku działalności nie widzę. Każdy może spokojnie rzucić okiem na bazę tekstów i wyciągnąć samemu wnioski. A nadchodzący rok będzie… raczej podobny. Może tylko będzie trochę mniej obfity w teksty, bowiem bazę już mamy, a ja chciałbym się jeszcze bardziej przyłożyć do tekstów. Tak by każdy z nich był czymś wyjątkowym i wartościowym, nawet jeśli nie zgadzacie się z moją opinią. Czego sobie i wam życzę w tym, i każdym następnym roku.

Z recenzjami zwiąże się najpewniej jeszcze jedna zmiana. Konkretnie chodzi o system oceniania. Pięciostopniowa skala to bowiem trochę za mało i za dużo zarazem. Za mało, bowiem często mam problem czy dany tytuł zasługuje na 4-, 4 czy 4+, bo tytuł X dostał tyle, a Y, w który ostatnio częściej gram dostał za to tyle… Z drugiej strony nigdy nie przepadałem za sprowadzaniem całego tekstu do jednej (lub trzech, jak na DWLC) liczby. Z tego powodu najpewniej zacznę stosować trójstopniową skalę: fajne, przeciętne i do bani. Całość jest jednak jeszcze w powijakach, a z rozmów z Macokiem wynika, że on zostanie przy starym trybie oceniania. Wydaje mi się jednak, że będzie to zmiana na plus, choć zobaczymy po pierwszej recenzji.

No ale przejdźmy w końcu do tekstu!

 Kronika Akolity

Prolog

Po tym, jak pokrzyżowaliśmy plany Liebnitza, staliśmy się w Middeheim bardzo szanowanymi osobami. Braliśmy udział w licznych uroczystościach, bankietach wydawanych na naszą cześć, spotkaniach z ważnymi osobistościami. Choć każdy z nas podążył swoją własną drogą, to jednak regularnie spotykaliśmy się, by wypić zdrowie Guntera, czy poopowiadać sobie o tym, na co natknęliśmy się w mieście. Hugo dorobił się niziołczej kiełbasy nazwanej jego imieniem. Imrak postanowił zostać łowcą nagród, choć po naszym sukcesie w najbliższym czasie nie miał czego szukać w tym mieście. Albrecht… cóż, on znika co chwilę w miejskich cieniach, parając się raczej mało chwalebną robotą, choć to dobry człowiek i mój towarzysz. Może się jeszcze kiedyś opamięta. Ja za to poczułem mrożący krew zew, niczym nawoływanie wilków usłyszane przez zagubionego podróżnika i wstąpiłem w szeregi Zakonu Ulryka, by odbudować jego dobre imię na tych ziemiach. Wszyscy jednak ciągle odczuwaliśmy głód przygód, widziałem to w oczach każdego.

Mijały nam tak miesiące, długie miesiące, a mnie aż mierziło, by ruszyć ponownie na szlak. A pomyśleć, że jedyne czego kiedyś chciałem, to dostać się do Middenheim, by tam ułożyć sobie życie na nowej styrcie śmieci… W końcu jednak nadeszła okazja, by wyruszyć ponownie w drogę, która zbiegła się w czasie z końcem mojej nauki w klasztorze. Kiedy nasz stary, dobry przyjaciel, biskup Voltz pewnego dnia posłał po cała Kompanię, nie zastanawialiśmy się ani chwili. Stary kapłan w istocie miał dla nas pewną robotę poza granicami miasta, choć była to bardziej osobista prośbą, aniżeli świątynna. Cóż, lepsze to niż siedzenie i ćwiczenie w klasztorze, a poprawa stosunków między przedstawicielami obu religii była teraz najważniejsza. Niektórzy mieszkańcy wciąż byli nieufni, a w moich oczach Sigmaryci zapracowali sobie na szacunek. No i znamię na mym ramieniu dobitnie pokazywało, że tego chciał też sam Ulryk. W końcu wewnętrzne spory osłabiają nasze Imperium, czyniąc ataki chałosu silniejszymi, a choć armia Archaona została pokonana, to chałos zawsze nam zagraża… ale dość tych dyrgresji.

Przyjaciel Voltza, Müller, właściciel Taublitz i okolicznych ziem, wyruszył na wojnę z chałosem, dobytek zostawiając pod opieką syna, a syna pod opieką biskupa. Młodzik regularnie dawał znać o sobie, ale kilka miesięcy temu zapanowała cisza. Starzec miał większe zmartwienia na głowie i zapomniał o swoim wychowanku. Trochę wstydliwa sprawa dla kapłana, ale z drugiej strony Feliks dzieckiem nie jest, powinien umieć sobie poradzić jako pierworodny syn i dziedzic majątku. Z chęcią zgodziliśmy się jednak pomóc, każdemu było spieszno na trakt i do kolejnych przygód, a jak już wspominałem, w Middenheim zapanował teraz, na chwilę przynajmniej, spokój.

Z Taublitz związana jest pewna historia, o której początkowo nie wspomniałem żadnemu z mych towarzyszy, gdyż nie uważałem tego za istotne, a i wszystkich szczegółów nie pamiętałem. Później jednak, już po całej aferze, wyszperałem jej oryginalną wersję spisaną przez Teoderyka, kronikarza i mnicha w służbie Ulryka. Zapoznajcie się z nią drodzy czytelnicy i miejcie ją w pamięci, nie tylko ku przestrodze, ale również dlatego, że nabierze na znaczeniu w dalszej opowieści.

Historia Wagnora i jego wiernych rycerzy z Zakonu Białego Wilka jest czarną plamą na białej karcie chwalebnej historii wiernych Ulryka w Middenlandzie. W czasach gdy zachodnie rubieże pusztoszyła Purpurowa Gwiazda Tzeentcha, kapłan Wagnor i jego zastępy stawili czoło przebiegłemu czarnoksiężnikowi Medelrokowi na wzgórzach pomiędzy Fintel a Makstedt Wielu wojowników oddało krew i setki poległy, lecz armia chaosu została rozbita. Wagnor z resztką swoich rycerzy ścigał Medelroka, czarnoksiężnik wiedział, że wybiła jego godzina, ale jego czarne serce chciało zemścić się na swych pogromcach nawet po ostatnim uderzeniu. Przeklął Wagnora i ósemkę by wszędzie dostrzegali skazy chaosu. Pokonawszy czarnoksiężnika Wagnor uznał, że dzieło nie skończone. Skierował swój gniew na pobliski obóz w którym kryły się okoliczne kobiety, dzieci i starcy. Zaślepieni rycerze wyrżnęli wszystkich, ponad setkę niewinnych dusz. Gdy ostatnie dziecko przestało płakać przejrzeli na oczy. Wielka była ich rozpacz. Wagnor wiedział, że zawiódł on i jego rycerze. Przez swą słabą wolę ulegli sztuczce Chaosu. Nie widział dla siebie odkupienia poza śmiercią. Jak jeden mąż udali się do lasu, i tam odebrali sobie życia. Po dziś dzień ich groby i historia są przestrogą dla wszystkich.

 

Rozdział I

Poczyniliśmy przygotowania do podróży i jeszcze tego samego dnia wyruszyliśmy w drogę. Była to idealna okazja, bym zakończył formalne szkolenie, z czego ucieszył się mój przełożony, chyba zalazłem mu za skórę. Droga prowadziła przez Fintel, małe miasteczko, do którego dojechaliśmy bez żadnych problemów po półtorej dnia podróży. Wypytaliśmy w nim o wieści z Taublitz, jednak nikt niczego nie wiedział. Miejscowy akolita, opiekun kapliczki Ulryka podejrzewał wręcz, że Müllerowie zaczęli sprzedawać zboże w Marienburgu, gdzie oferują lepsze ceny, choć droga bardziej niebezpieczna. Choć brzmiało to sensownie, przeczucie mówiło mi, że rozwiązanie tej zagadki nie będzie takie proste. Do zachodu zostało jeszcze sporo czasu, a miejscowi utrzymywali, że do Taublitz powinniśmy dotrzeć w jakieś dwie godziny. Pomimo narzekań niziołka Hugo postanowiliśmy więc wyruszyć dalej, w kierunku wioski Müllerów.

I dobrze, że nie zostaliśmy, bo moglibyśmy przegapić ciekawą rzecz… Droga do wioski zajęła nam bowiem trochę więcej czasu, niż utrzymywali wieśniacy, głównie z powodu zaniedbanego traktu i podróż przeciągnęła się do godzin wieczornych. A jak wszystkim wiadomo, wtedy to lubią wszelkie licha wychodzić ze swoich nor, i takie coś nas również spotkało. Z początku jawiło się toto jak człowiek, zagłodzony, ale człowiek. Coś jeszcze było z nim nie tak, ale pierwszy dojrzał to Albrecht, ten to ma oko. Wyjął miecz, który dostał w podzięce od Ulrykowców, a my postąpiliśmy za jego przykładem. Nie ma powodu, by nie ufać swoim towarzyszom, a jak już wspominałem nie raz, Albrecht, choć niewierzący, jest zacnym człowiekiem. Imrak zareagował jednak zbyt późno, kiedy ta istota rzuciła się do szyi jego rumaka, zresztą nikt nie spodziewał się, że będzie tak szybka. Jej palący dotyk powalił konia, ale nim krasnolud zdążył wstać, zabiliśmy to coś… Po śmierci zamieniło się w stertę pyłu. Był to jawny znak, że mamy do czynienia z kimś parającym się wskrzeszaniem umarlaków, albo jakąś inną plugawą magią. Dla konia niestety jedynym ratunkiem był cios łaski, a na koniec spaliliśmy truchło, żeby nie zamieniło się w coś równie ohydnego. Na wszelki wypadek.

Doszliśmy do wniosku, że jeśli nie dowiemy się w Taublitz czegoś o tym, co nas spotkało, to przynajmniej będziemy mogli tam bezpiecznie zostawić konie i ruszyć na poszukiwania. Skierowaliśmy więc nasze kroki dalej, ku osadzie. Wkrótce dotarliśmy do rozwidlenia dróg: na prawo znajdowała się wioska, na wprost dwór Müllerów, natomiast na lewo osada niziołków. Chwilę zajęła nam dyskusja odnośnie tego, gdzie powinniśmy się udać i na szczęście wygrała najlepsza opcja – by iść do Taublitz. Po tym umarlaku spodziewałem się najgorszego, a w takich sytułacjach najlepiej wpierw porozmawiać ze zwykłymi ludźmi, a nie szlachcicami. Wjechaliśmy pomiędzy nieliczne zabudowania i skierowaliśmy kroki, i wóz, ku czemuś, co najpewniej było karczmą. Przed nią przywiązane były trzy zadbane rumaki, a ze środka dało się słychać krzyki w dziwnym języku i płacz kobiet. Bez zastanowienia wparowaliśmy do środka…

Wewnątrz trójka obcych mężczyzn krzyczała i śmiała się, a jeden z nich trzymał za włosy najpewniej miejscową kobietę. Kiedy tylko weszliśmy, odwrócili się i na ich twarze padł blady strach. Z pewnością nie spodziewali się, że jacyś obcy pojawią się na ich terenie i przeszkodzą im. Głównie dzięki temu obeszło się bez rozlewu krwi, najemnicy sami bowiem zrozumieli, że lepiej się wynieść i przegrupować. Niestety nie rozumieli ni słowa z naszej mowy, a przynajmniej tak udawali. Kiedy w karczmie się uspokoiło właściciel podszedł do nas dziękując gorąco za pomoc i polecił swoim córkom przygotować nam strawę. Sam zaś zaczął odpowiadać na nasze liczne pytania.

Jak się okazało, obecność najemników, brak wieści od Feliksa i podupadła osada mają jedną i tę samą przyczynę – chorą Laurę, małżonkę panicza. Wszystko za sprawą podróży na południe, do dzikich krajów, z których pochodziła, a którą odbyła niedługo po tym, jak zaszła w ciążę. Po powrocie z każdym dniem podupadała na zdrowiu i zarówno miejscowy, jak i sprowadzony z Fintel medyk rozkładali bezradnie ręce. Wtedy znikąd pojawił się dziwny człowiek z południa, przedstawiający się jako Ustian. Wraz z nim kroczyła Kosma, dziwaczna pokraka o ostrych zębach i obrzydliwym, mięsistym języku, którym często oblizywała swoje spękane wargi. Mieszkańcy, nie dziwię im się teraz w ogóle, byli przerażeni, ale nie mieli nic do gadania, kiedy starzec obiecał Feliksowi, że jest jedyną osobą, która może ocalić jego ukochaną i ich nienarodzone dziecko. Niedługo po starcu, na dwór przybyła szóstka najemników, którzy zostali wynajęci przez panicza do pilnowania i nadzorowania poddanych. Jak łatwo się domyślić, panicz był zbyt zajęty swoją żoną, dlatego też najmici czynili co im się żywnie podoba, gnębiąc miejscową ludność… aż do naszego przybycia. Żołdacy nie byli jednak jedynym zmartwieniem wieśniaków. Parę dni przed naszym przybyciem zniknął bowiem drwal, a jeden z chłopów został zaatakowany przez bandę niziołków, która rzuciła się na jego krowy. Pomyślałem sobie wtedy, że cóż to za brednie są, musieli się tu bardzo nie lubić z niziołkami z sąsiedniej osady, skoro w strachu gobliny z nimi pomylili, tym bardziej, że z zielonymi też tu mieli problem, jak się później dowiedzieliśmy.

W końcu do karczmy przybył sołtys Eswald i służąca Heidi, po których posłali mieszkańcy. Sołtys nic nowego nam już nie mógł powiedzieć, poza upewnieniem, że problemy sprawiają gobliny, choć sam nie wiedział co myśleć o słowach wieśniaka. Od przybycia Ustiana i Kosmy działy się tu bowiem dziwne rzeczy. Heidi za to okazała się interesującym rozmówcą. Rodzinie Müllerów służyła od dziesięcioleci, a panicza Feliksa wychowywała od kołyski. Tej jej się za to odwdzięczył wypędzeniem z dworu. Opowiedziała nam o rodzeństwie panicza, dwójce małych, kilkuletnich dzieci, a także parę rzeczy o Kosmie, które tylko potwierdzały moje przypuszczenia, że istota ta, w najlepszym wypadku!, jest mutantem, splugawionym dziecięciem chałosu. Normalny człowiek nie żywi się przecież surowym mięsem, ani nie łamie najgrubszych kości, choćby to suche gałązki były… ani tak nie wygląda. Wiecznie zgarbiona, ubrana w szmaty, które kiedyś były z pewnością suknią balową, z pyskiem najeżonym ostrymi zębami i długimi pazurami. Mutant jak nic.

Uzbrojeni w tę wiedzę, wraz z Albrechtem i Imrakiem postanowiliśmy wyruszyć jeszcze tego samego wieczora na dwór panicza Feliksa. Hugo zdecydował się zostać i pilnować naszego wozu, a także poobserwować okolicę. Jak postanowiliśmy, tak też uczyniliśmy i po niedługim czasie pukaliśmy już do drzwi Müllerów, nie niepokojeni przez nikogo po drodze. Niestety pan tych włości był zalany w trupa i większość czasu bredził bez sensu. Poprosił nas jednak, byśmy zajęli się problematycznymi goblinami, gdyż w ten sposób według niego najlepiej okażemy życzliwość biskupa Voltza. Dał tym wyraźny znak, że rozmowa się zakończyła i wskazał nam stary budynek służby, byśmy w nim się rozgościli. Panują tam ponoć o wiele lepsze warunki niż we dworze i szczerze mówiąc, zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. Podziękowaliśmy za gościnę i udaliśmy się we wskazane miejsce.

Nie zdążyliśmy się jeszcze porządnie rozgościć, gdy do drzwi chałupy ktoś zapukał. Ku naszemu zdziwieniu był to panicz Feliks, któremu najwyraźniej poprawił się, lub pogorszył, humor. Ciągle pijany, choć już jakby mniej, z butelką i szklankami w rękach poprosił nas o poświęcenie mu jeszcze chwili czasu. Porozmawialiśmy sobie szczerze, bez postronnych obserwatorów, ale przez Feliksa przemawiała jedynie rozpacz i troska o życie jego ukochanej. Ujmę to tak: nie zdziwił mnie, gdy okazało się, że pochodzi z Reiklandu. Middenlanddzy mężczyźni są jednak bardziej zahartowani, choć z drugiej strony słuchanie nieludzkich wręcz jęków i krzyków Laury całymi nocami od kilku tygodni wielu, nawet silnych, ludzi mogłaby doprowadzić na skraj załamania. Bo właśnie kiedy tylko weszliśmy do chaty, Laura dała swój popis. Ostrzegali nas o tym wcześniej wieśniacy, ale i tak zrobiło to na mnie upiorne wrażenie… w jej krzykach było coś nieludzkiego i podejrzewałem wtedy, że ręce w tym maczał owy uzdrowiciel z dalekiego Południa.

Feliks pochlipał i w końcu zdecydował się wrócić do czuwania przy swojej żonie, pozostawiając nas samych sobie… albo i nie. Ciągle niepokoiła nas Kosma, ta dziwna zezwierzęcona istota, wystawiliśmy więc warty, jak się okazało, niebezpodstawnie. Podczas warty Imraka jedynie jakaś gałąź walnęła w dach, znaleźliśmy bowiem takową pod ścianą, choć jak teraz o tym myślę, to jestem coraz pewniejszy, że to również była sprawka mutantki. Na mojej warcie ta plugawa cholera zdecydowała się bowiem na pewniejszy ruch, pukając do naszych drzwi i podrzucając urwany łeb kota na próg, jednak po tym, jak wyszedłem na zewnątrz, ukryła się w ciemnościach i śmiała tak, byśmy byli w stanie ją usłyszeć. Nie był to jednak czas i miejsce, by stawić jej czoła, jak to ujął Imrak. Nad ranem dowiedzieliśmy się, że resztę kota znalazł Hugo pod oknem karczemnego pokoju, w którym nocował.

Nad ranem zdecydowaliśmy też, że przed przystąpieniem do jakichkolwiek działań pójdziemy porozmawiać z niziołkami w pobliskiej osadzie. Przyjęły nas bardzo gościnnie, częstując strawą i chętnie dzieląc się z nami swoimi problemami. Im również dopiekli najemnicy, ale oprócz nich również gobliny, które pewnego dnia podeszły nawet pod chatę zielarzy, najbardziej wysuniętą na północ, ku lasowi. Nikt z rodziny nie przeżył. Mieliśmy rację, to gobliny stały za ubijaniem krów chłopów z Taublitz. Naradziliśmy się i za najlepsze rozwiązanie uznaliśmy wyruszenie do lasu, by rozbić tę bandę zielonoskórych, gdyż w ten sposób zdobędziemy poparcie zarówno ludzi i niziołków, jak również wdzięczność Feliksa, dzięki czemu przybliżymy się do wypędzenia najemników i konfrontacji z Ustianem. Nie pozostało nam nic innego, jak ruszyć w las.

Drakwald. Jedno słowo, które mrozi krew w żyłach wszystkim mieszkańcom Imperium, a my ładowaliśmy się z własnej woli wprost w jego serce. Podróż przez gęsty las nie była zbyt wygodna, a pogarszał ją fakt, że byliśmy obserwowani. Nie wiem przez kogo, choć mogłem się jedynie spodziewać, że to Kosma sprawdza, co zamierzamy zrobić, ale pewności nie miałem. Szepnąłem więc tylko do Imraka, by miał się na baczności. Niedługo później usłyszeliśmy wycie wilków, a Hugo trafił na świeże ślady. Trafiliśmy w końcu na dwa wilki ogryzające martwe ciało wielkiego pająka, jakiego jeszcze nigdy na oczy nie widziałem. Gdy nas zobaczyyły uciekły w las, a ja byłem pewien, że to znak. Poprosiłem, byśmy udali się w tamtą stronę, gdyż sam Ulryk chciał pozbyć się tego plugastwa z jego lasu i wskazywał nam drogę! Po kilkunastu minutach forsownego marszu zostaliśmy wynagrodzeni za zaufanie, Hugo wypatrzył bowiem w oddali obozowisko goblinów. Pora było przygotować się do walki.

Zielonoskórzy mieli przewagę liczebną, ale my mieliśmy po naszej stronie błogosławieństwo Ulryka i szalejącego żądzą mordu krasnoluda, wróżyłem więc im niewielkie szanse i niewiele się pomyliłem. Hugo postanowił się zakraść bokiem, Albrecht również planował kogoś ustrzelić przed nieuniknionym zwarciem, a Imrak i ja czekaliśmy za jednym z olbrzymich drzew na dogodny moment na szarżę. Długo nie musieliśmy czekać, gdyż po kilku strzałach gobliny zorientowały się w końcu skąd nadciągnął atak, rzuciliśmy się więc do szaleńczego biegu, chronieni jedynie moją tarczą przed strzałami zielonych, w końcu jednak dobiegliśmy do schronienia, jakim była bezpośrednia walka z poczwarami. Zaczęliśmy rąbać i tłuc na lewo i prawo. Hugo w tym czasie wysunął się za bardzo na bok, narażając się na atak przeważającej liczby przeciwników, Albrecht więc ruszył go wesprzeć. Bandzie przewodził wielgachny szaman, który zaczął ciskać w nas magicznymi kamieniami, a jego prawą ręką był niezrównany, jak na goblinie standardy, łucznik, który raz po raz ranił Imraka. Na całe szczęście były to powierzchowne rany. Strzelec padł w końcu od szczęśliwej strzały, niestety szaman sprawił nam więcej problemów. Wpierw wyłączył z walki Albrechta, a później znokautował mnie celnym trafieniem w pierś, po którym straciłem dech na długą chwilę. Gruby goblin czmychnął nam w pewnym momencie do pieczary, z której wyłonił się olbrzymi pająk, jeszcze większy od tego, którego zagryzły wilki. Wiem o tym jednak jedynie z opowieści mych towarzyszy, sam bowiem próbowałem wtedy odzyskać pełnię władzy nad moim ciałem, a niziołek również musiał wtedy oberwać. Imrak dzielnie i samotnie walczył z pająkiem, cudem unikając każdego ciosu potwora i wyprowadzając potężne ciosy, które powaliłyby każdego człowieka. To jednak ja zadałem ostatni cios, po którym bestyja sczezła, szarżując na nią od razu, jak tylko wróciłem do siebie. Nie muszę chyba wspominać, jak bardzo niepocieszony był przez to krasnolud.

Walka wydawała się być skończona, opatrzyłem więc na szybko te z ran, które mogłem, łyknęliśmy po miksturze i ruszyliśmy do pieczary za szamanem zielonoskórców, niestety bez szczęścia. Tunele ciągnęły się i ciągnęły, i pełne były kokonów z ukrytymi w nich jajami kolejnych bestyj. Podpaliliśmy więc co tylko mogliśmy i wyszliśmy na zewnątrz. Pozostało jeszcze wziąć głowę jednego z goblinów jako dowód dla niziołków i mieszkańców Taublitz, i ruszyć w drogę powrotną, by opatrzyć rany. Imrak nie mógł jednak ot tak zostawić truchła pająka na pożarcie – odrąbał mu głowę i wziął ją jako trofeum. Nie powiem, imponująco by wyglądała nad kominkiem. Podróż powrotna zajęła nam trochę czasu, biorąc pod uwagę nasz opłakany stan, ale do osady niziołków dotarliśmy bez żadnych dodatkowych przygód. Przyjęli nas tam jak wybawców: nakarmili, umyli i opatrzyli, jak tylko mogli, nasze rany. Długo jednak nie nacieszyliśmy się spokojem…

 

Rozdział II

Imrak, jako najmniej ranny członek naszej Kompanji, udał się do Taublitz, by ogłosić mieszkańcom dobrą nowinę i sprowadzić do nas medyka. Gdy przybył do wioski stał się jednak świadkiem, jak najemnicy wynajęci przez Feliksa wyciągnęli go za fraki z domu i zabrali go w stronę dworu. Czyżby Laura miała zacząć rodzić? Dobrze, że krasnolud wrócił do nas jak najszybciej, dzięki czemu mieliśmy jeszcze dość czasu, by zareagować. Nie potrzebowaliśmy ani chwili dogadywania się między sobą, by zacząć werbować niziołków do marszu na dwór, wypędzić najemników i pomóc nam w przemówieniu do rozsądku panicza Feliksa. Dziesięciu niziołczych mężczyzn wzięło kosy, grabie i motyki, i ruszyło z nami, by w końcu podjąć walkę o swoją godność i o swoją własność. Po drodze wparowaliśmy jeszcze do karczmy w Taublitz, zwołaliśmy ludzi i gorącą przemową zachęciliśmy szóstkę, by poszła z nami walczyć o swoje. Reiklandczycy…

Przed dworem byliśmy świadkami, jak Feliks wyganiał trójkę najemników, krzycząc przy tym „znajdźcie mi go”. Dobrze to wróżyło naszym planom, gdyż w środku została jedynie trójka, a do tego nie było tam najpewniej Ustiana i Kosmy. Kiedy weszliśmy do posiadłości, zastaliśmy trójkę wojowników pakujących nie tylko swój dobytek, ale również Müllerów, nie tracąc więc czasu rozbroiliśmy ich i przegnaliśmy, gdzie pieprz rośnie, podnosząc tym wieśniaków na duchu. Dwójkę dzieciaków, jakby nie było dziedziców rodu, oddaliśmy pod tymczasową opiekę niziołków. Następny był Feliks i jego małżonka, a jak się okazało miałem rację: zaczął się poród i tyle z planów. Wpadliśmy na górę, by zobaczyć tylko, jak bardzo nie radzi sobie z tą sytuacją młody medyk z wioski, szczególnie z panikującym i wtrącającym się ojcem u boku. Wyprosiliśmy Müllera z pokoju, Imrak podjął się jego pilnowania, a Albrecht wyruszył do osady po Heidi. Odbierała wcześniej porody i doszliśmy do wniosku, że cholernie będziemy potrzebowali jej pomocy… Póki co jednak, ja wraz z Hugo zajęliśmy się pomaganiem medykowi, jak tylko mogliśmy najlepiej, a zacząłem od wrzucenia do oczyszczającego ognia wszystkich plugawych talizmanów i symboli, które porozwieszane były nad łóżkiem chorej.

Ciężko opisać to, co działo się później. Umysł się przed tym wzdraga, bo był to nieludzki widok, ale postaram się to opisać tak, byście zrozumieli decyzję, którą wraz z Hugo podjęliśmy. Oblicze Laury zaczęło się rozpływać, jej twarz stawała się przy tym płaską maską, a z jej ciała… wyrywał się jej duch. Błagała przy tym, by ukrócić jej męki, ale robiła to w taki sposób, jakby nie chciała, by z jej wnętrzności wyszło to coś, czego aurę zepsucia można było z łatwością wyczuć w pomieszczeniu. Nie oponowałem więc, gdy Hugo sięgnął ręką po sztylet, a wręcz poparłem go w tym, gdyż podszedłem do ognia, by spalić heretyckie ścierwo, które czaiło się w Laurze. W tym samym momencie usłyszeliśmy hałas na dole i do budynku wszedł Ustian z Kosmą. Trzeba było działać szybko, stanąłem więc w drzwiach, z ręką na toporze, by dać im do zrozumienia, że nie wejdą do środka, by skończyć swoje okultystyczne dzieło. Gromkim głosem nakazałem się im zatrzymać, a wtedy Hugo wbił sztylet w brzuch Laury, kończąc życie demona, nim jeszcze się zaczęło. Mógłbym przysiąc, że usłyszałem westchnienie ulgi z jej ust…

Feliks ponad moim ramieniem zauważył jednak, co się stało, a Ustian postanowił, że to idealny moment, by spróbować ocalić swoje życie. Na drodze między mną a nim stanęła jednak Kosma, z którą musiałem stanąć do nierównego pojedynku. Imrak bowiem był związany walką z najemnikami, którzy blokowali wejście do budynku. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że krasnolud znalazł się na zewnątrz, ale może do końca wierzył, że całą sprawę uda się rozwiązać bez rozlewu krwi innych istot, niż uzdrowiciela i jego zmutowanej towarzyszki…. Złapałem więc pewniej topór i zajrzałem w oczy Kosmy, w których widać było jedynie żądzę mordu i obietnicę długiej, i bolesnej śmierci.

Nie rzuciłem się jednak szaleńczo wprost w jej pazury. Postanowiłem wyczekać i sprawdzić w jaki sposób będzie próbowała przebić się przez moją obronę. Kilka pierwszych ciosów przyjąłem na tarczę, z ledwością utrzymując ją w obolałej ręce. Kosma rzeczywiście dysponowała nadludzką siłą. Bez szybkiej pomocy kogoś z drużyny jedyne, na co mogłem liczyć, to jakiś szczęśliwy cios, który ją powali… Choć z łatwością unikała wszystkich moich kontrataków, to wycofywała się w kierunku schodów, na co po cichu liczyłem. Gdy straciła równowagę i zeskoczyła z kilku stopni postanowiłem wykorzystać okazję i szaleńczo rzuciłem się w dół, by przygwoździć ją do ziemi, najlepiej przy okazji łamiąc kilka kości i w ten sposób wyłączyć z dalszej walki. Plan był szalony i mógł się udać… gdyby nie brakło mi odrobiny szczęścia. Skończyło się niestety na tym, że sam spadłem ze schodów, a Kosma z uśmiechem na twarzy szybkim ruchem wyrwała mi kawał mięsa z boku, gdy przelatywałem obok niej. Wylądowałem ledwie żywy na podłodze, z wybitym biodrem, niezdolny do dalszej walki. Z kierunku miasta zaczął wtedy bić dzwon.

W międzyczasie Hugo rozwiązał jakoś problem z paniczem Feliksem, dzięki czemu wsparł nas kilkoma celnymi strzałami, które ugodziły Ustiana i przeszkodziły mu kilkukrotnie w rzucaniu zaklęć. Tak, jak podejrzewałem, to czarnoksiężnik! O tym, co działo się później, dowiedziałem się już w trakcie rozmów z moimi towarzyszami, sam bowiem straciłem przytomność. W skrócie historia prezentuje się następująco: Imrak z pomocą wieśniaków przebił się w końcu do środka budynku. Dojrzał tylko, jak Ustian łapie za szyję i wysysa życie z ostatniego z najemników, wypalając mu na szyi znaną nam już białą rękę. Imrak rzucił się w szale w kierunku Kosmy, jednym potężnym ciosem miażdżąc jej głowę i kiedy już miał rzucić się na czarownika, ten przywołał czarną chmurę, która pomogła mu uciec z posiadłości. Nikomu nie udało się go złapać na zewnątrz, ani dostrzec, w którą stronę zmierza… Niestety.

Chwilę po ucieczce Ustiana na schody wyszedł panicz Feliks, cały oblany oliwą i z pochodnią w ręce, i nim ktokolwiek z jeszcze żywych osób zdążył do niego dopaść, podpalił się. Nie było już dla niego ratunku, a posiadłość zajęła się ogniem. Imrak wyciągnął mnie na zewnątrz i posadził w bezpiecznej odległości. Z Taublitz ciągle słychać było bijący dzwon, kazałem więc krasnoludowi i niziołkowi jechać tam jak najszybciej, by pomóc Albrechtowi, gdyż na pewno był w opałach. Sam zostałem z ludźmi, starając się podtrzymać ich na duchu nim nadejdą jakiekolwiek wieści. Niedługo później nadeszli pierwsi ludzie z wioski, mówiąc o nadchodzącej hordzie nieumarłych, która pali i plądruje miasto. Czym prędzej zarządziłem, by umocnić stodołę, w której spędziliśmy poprzednią noc (ciągle nie wierzę, że od tego czasu minął raptem dzień…) i schować w niej kobiety, dzieci i rannych. Wkrótce przybyli też Hugo i Imrak, prowadząc ze sobą rannego Albrechta, którzy trzymał w rękach jedynie zakrwawioną łopatę.

Opowiedział nam, jak to kilkudziesięciu nieumarłych zaatakowało Taublitz, podpalając chaty i mordując mieszkańców. Udało mu się dostać do dzwonu, dzięki czemu ostrzegł większość mieszkańców, co pozwoliło im uciec tu, na wzgórze. Część nieumarłych miała na szyi biały znak, byli to więc słudzy Ustiana. Wypuściliśmy na wolność kogoś szalenie niebezpiecznego – wśród jego armii były nawet pająki, które zabiliśmy w lesie… Nie pozostało nam nic innego, jak przetrwać noc i rano wyruszyć do Fintel, by poprosić tam o pomoc. Hugo udał się jeszcze do osady niziołków, by ostrzec swoich pobratymców. Połowa mieszkańców podążyła za nim i zabarykadowała się wraz z nami w ruinach dworu. Nim zaczęło się niecierpliwe wyczekiwanie poranku, niziołek zdążył podpaść krasnoludowi najbardziej, a w pewnym stopniu chyba każdemu. Ciekawi pewnie jesteście, jak to możliwe? Jak taka mała istota mogła zajść komuś za skórę? Powiem wam, że sam byłem świadkiem tej sytuacji i nie wiem co o tym myśleć. Hugo to z jednej strony towarzysz, ale z drugiej Imrak miał rację: jego zachowanie nam nie pomagało. Poszło o jego lekceważące i pozbawione ludzkich odruchów traktowanie wieśniaków, którzy dopiero co stracili dach nad głową i dorobek całego ich życia.

Noc minęła jednak spokojnie, nie licząc łuny, która wzbiła się od strony niziołczej osady. Nad ranem Albrecht i Hugo wyruszyli do obu wiosek sprawdzić, czy nikt nie ocalał, niestety wrócili ze smutnymi wieściami. Horda zniknęła gdzieś na północy, a przynajmniej tak twierdził Hugo na podstawie śladów. Nie pozostało nam więc nic innego, jak wyruszyć do Fintel. Hugo wykorzystał jeszcze chwilę i wrzucił na jeden z wozów trzy worki pełne kosztowności, które pakowali najemnicy, nim ich przepędziliśmy. Kilka osób to widziało, ludzie nie byli zbyt zadowoleni, ale do żadnych rękoczynów nie doszło. Potrzebowaliśmy każdego na wypadek problemów po drodze do Fintel.

Do miasta dotarliśmy bez problemów. Natychmiast wezwano nas na naradę z władzami miasta, gdzie podzieliliśmy się naszą historią i ostrzegliśmy ich przed grasującym w lasach nekromantą. Niestety dopuściliśmy do tego, że po tych terenach grasuje kolejna banda zagrażająca prawym obywatelom Imperium. Nie pozostało nam więc nic innego, jak posłać listy z wieściami do Middenheim: jeden zaadresowany do arcykapłana Ranulfa, drugi do biskupa Voltza, w których poprosiliśmy o pomoc. Podczas samego pobytu w mieście nic ciekawego się nie wydarzyło. Opatrywaliśmy rany i dochodziliśmy do zdrowia, mając w końcu chwilę czasu na odpoczynek. Piątek dnia od wyjścia z Taublitz do Fintel dojechał kilkudziesięcioosobowy oddział middenheimskich strażników wspartych przez zakonników Ulryka. Przewodził im Borgel, kompetentny przywódca, który przy okazji dostarczył nam list od Voltza i Ranulfa, w którym hierarchowie wspominali, że chcą nas jak najszybciej w Middenheim. Nim jednak udaliśmy się na wyprawę z powrotem do miasta, przejechaliśmy się wraz ze strażnikami do spalonej osady, nie znaleźliśmy już jednak żadnego śladu Ustiana i jego bandy. Na szczęście grobowce przeklętych wojowników Ulryka, o których w końcu wspomniałem moim towarzyszom, nie zostały jeszcze zbezczeszczone, ale byłem pewien, że szalony nekromanta znajdzie sposób, by zrobić sobie w końcu z nich sługi… Zgadzam się z Albrechtem, zyskaliśmy sobie potężnego przeciwnika. Póki co jednak musieliśmy wrócić do Middenheim. Jeśli obaj kapłani nas wzywali, to znaczy, że wydarzyło się coś nieoczekiwanego…

Gotfried

2 komentarze do “WFRP – Kronika Akolity #1

Dodaj komentarz