WFRP – Kronika Akolity #2

Autor | 29 stycznia 2015

Nie wiem, jak to się stało, ale ostatnio gramy w RPGi zdecydowanie częściej, niż jeszcze pół roku temu… Ale cieszy mnie to niezmiernie, bo to najlepsza forma rozrywki. I nie próbujcie się nawet kłócić! Tym razem kroki naszej drużyny skierowały się do Altdorfu, stolicy Imperium, imponującego i ogromnego miasta, klejnotu w koronie, jaką jest nasz kraj. Choć jak wszystko w Starym Świecie, również i Altdorf dotknięty jest skazą chaosu…

Ci, którym brakuje tekstów poświęconych grom planszowym, mogę powiedzieć tylko jedno – cierpliwości! Kończymy właśnie kilka tekstów, które mam nadzieję przypadną wam do gustu. Sponsorować je będą literki P oraz S ;-)

Kronika Akolity

Rozdział III

Nasza przygoda w Taublitz zakończyła się śmiercią dziedzica Mülerrów, choć udało nam się przynajmniej ocalić połowę mieszkańców osady i jego młodociane rodzeństwo. Wypuściliśmy jednak na wolność szalonego nekromantę z dalekiego południa. Nie tego spodziewaliśmy się po sobie, wybawcach Middenheim… Ale nie ma co ubolewać nad sobą, to nie ostatni chałosyta, a przeczucie mówi mi, że jeszcze się spotkamy. Nawet jeśli wraz z Imrakiem musiałbym właściwie zamieszkać w Drakwaldzie.

Wtedy jednak nie pozostało nam nic innego, jak wrócić do Middenheim i spotkać się z kapłanami, którzy po nas posłali. A to może oznaczać tylko jedno – poważne kłopoty. Na szczęście podróż wraz ze strażnikami świątynnymi  pod wodzą Borgela minęła nam bez większych przygód. W samym mieście mamy chwilę czasu by wyleczyć rany i odpocząć. Dzięki uprzejmości Ranulfa, który zapewnił mnie też, że nic więcej nie mogliśmy zrobić w takich okolicznościach, spotkałem się z medykiem, który doprowadził moją nogę do sprawności, ale też postraszył mnie, że po kolejnym takim urazie mogę skończyć z protezą. Wyśmienicie.

Następnego dnia z samego rana udaliśmy się wszyscy do świątyni Ulryka, na górę budynku, tam, gdzie kiedyś przyjął nas Liebnitz. Nie podobało mi się to miejsce, ale zostało oczyszczone przez Ulryka i Sigmara, więc nie mieliśmy się czego bać. Strach byłby oznaką braku wiary! Wspomnienia jednak zostały i to przez nie wzdrygnąłem się przechodząc przez próg. W środku czekali już na nas Ranulf i Voltz, a także dwójka uczonych, którzy byli jednymi z sędziów w procesie Bauera. Opowiedzieli nam oni, że czaszka, którą zniszczyliśmy, to jeden z trójki arfetaktów, które zawierają esencję potężnego demona chałosu. Pozostałe to sztylet i puchar, które również należy zniszczyć… Jeśli szukał go kultysta, który pełnił funkcję arcykapłana w najważniejszej świątyni Middenlandu, to strach pomyśleć o tym, kto jeszcze może próbować je zdobyć, by uwolnić demona. Na ślad jednego z tych przedmiotów trafiła blisko dziesięć lat temu pewna łowczyni czarownic, Teodora Ferig, o której ostatnie wieści mówią, że zatrzymała się w Altdorfie, najpewniej w pobliżu Wielkiej Świątyni Sigmara. To nasz jedyny trop…

Stanęło więc na tym, że mamy udać się do Altdorfu, by spróbować odszukać łowczynię i jakikolwiek ślad pozostałych wypaczonych arfetaktów. Kapłani powiedzieli nam też, że w mieście przebywa aktualnie czarodziej ognia Ralf Helsig, który może nam pomóc w drodze do Altdorfu i w samym mieście. Ostrzegli nas jednak, że magowie ognia są bardzo… wybuchowi i żywiołowi, i żebyśmy lepiej uważali w jego pobliżu, gdyż szybko ogarnia go gniew. Nie był to zachęcający opis, ale zawsze lepiej mieć czarodzieja po swojej stronie, niż po przeciwnej. Na koniec otrzymaliśmy jeszcze list do hrabiego Frederica von Reinigera, doradcy Imperatora, a także zapewnienie, że wóz będzie czekał na nas rano pod świątynią. Nie pozostało nam nic innego, jak pożegnać się i udać na spotkanie z Ralfem w Pieczonej Gęsi. Czarodziej wywarł na mnie bardzo złe wrażenie, wkurzający i zadufany w sobie człowiek. Dowiedzieliśmy się od niego, że wyrusza jutro z samego rana wraz z dwiema rodzinami, które chcą opuścić Middenheim i mają już wynajętych przepatrywaczy, Siegfrieda i Ulwe. Szybko zakończyliśmy rozmowę z magiem i rozdzieliliśmy się, by poczynić ostatnie przygotowania.

Do Altdorfu wyruszyliśmy następnego dnia z samego rana. Pierwsze dni mijały nam spokojnie, choć podczas podróży dało się słyszeć niewiele rozmów, nikt chyba nie miał na nie ochoty w Drakwaldzie. Nie licząc oczywiście naszego niziołka, który wypytywał przepatrywaczy o każdy, najmniejszy nawet, szczegół ich pracy. W takiej atmosferze minęło nam kilka dni. Szóstego trafiliśmy na wielkie rozlewisko, przez które, to było jasne, łatwo nie przejedziemy i coś mi mówiło, że to zbyt dobre miejsce na zasadzkę. Szczególnie, że trakt prowadził wzdłuż wzgórza. Zaczęliśmy jednak powoli przedzierać się przez bagnisko, bo była to jedyna droga, kiedy z lasu dosięgnęła nas pierwsza strzała. Zostaliśmy zaatakowani przez zwierzoludzi! Próbowaliśmy pokierować jakoś wieśniakami, pokazać im, jak mają się ukryć, ale byli zbyt spanikowani… i ocknęli się dopiero, gdy strzała ugodziła jedno z dzieci. My byliśmy już wtedy przy krawędzi lasu, próbując podejść bliżej do trójki stworów chałosu, ale mieli nad nami przewagę wysokości. Z pomocą przyszedł nam mag, który swoimi ognistymi zaklęciami wykurzył zwierzoludzi z ukrycia, ci jednak czmychnęli wgłąb lasu. Nie było sensu ścigać ich, wróciliśmy więc do wozów, by wykorzystać ten czas na przejechanie przez rozlewisko.

Widok, który zastaliśmy na miejscu, nie napawał serca otuchą. Dziecku ze strzałą w oku nic nie mogło pomóc, nawet nie wiem kiedy również Ulwe został śmiertelnie raniony, a mag oberwał prosto w przedramię. Podszedłem więc do Ralfa, jako jedynego rannego i przysięgam w tym miejscu, że starałem się mu pomóc, gdyż potrzebowaliśmy go na wypadek kolejnego ataku… ale źle wyszarpałem strzałę i czarodziej stracił przytomność. Wrzuciliśmy go na wóz i ruszyliśmy, bo coś tu nie pasowało – nigdy nie słyszałem, by zwierzoludzie atakowali liczniejszych przeciwników… Musieliśmy jak najszybciej dostać się do zajazdu.

Nie ujechaliśmy zbyt daleko, kiedy natknęliśmy się na kolejną przeszkodę, tym razem wywalony naprędce wóz na środku traktu, w takim miejscu, by nie można go wyminąć. Za nim kryło się kilku zwierzoludzi, których z dala dostrzegli Albrecht i Siegfried. Podzieliliśmy się. Albrecht, Hugo i Imrak mieli ich zaatakować, i usunąć przeszkodę, a ja z przepatrywaczem i magiem miałem na wszelki wypadek bronić wozów. Podałem krasnoludowi moją tarczę i trójka ruszyła, choć Imrak wybrał dziwną strategię. Ruszył środkiem traktu, zamiast lasem z pozostałymi i nim ktokolwiek zdążył zareagować, skończył naszpikowany strzałami. Wtedy dopiero domyślił się, dlaczego reszta chciała iść za osłoną drzew. Krasnolud odczołgał się, a ja chciałem pobiec mu pomóc, jednak przeszkodziła mi w tym dwójka zwierzoludzi, których w porę usłyszałem, a którzy podkradali się do wozów. Uzbrojeni w olbrzymie, dwuręczne maczugi wydawali się mieć tylko jeden cel, uszkodzenie wozów tak, byśmy nie mogli odjechać. Rzuciłem się na pierwszego z nich zaraz po tym, jak Siegfried trafił go bełtem, ale nie trafiłem. Z wozu pomógł mi Ralf, który najwyraźniej ocknął się niedawno. Podpalił bestię, która wyjąc z bólu odbiegła kawałek i padła martwa. Dopadłem do drugiego, ciąłem go głęboko moim toporem tak, że ten zaczął uciekać. Zhańbiłem się sięgając po kuszę, by spróbować go dobić, ale nie powiodła mi się ta sztuka. Zapomniałem już, jak się strzelało. Obaj zwierzoludzie zdążyli jednak uszkodzić koła od wozów… Albrecht i Hugo wrócili po chwili, meldując, że ich przeciwnicy również czmychnęli. A raczej ci, którzy przeżyli.

My zostaliśmy jednak bez z dwoma niesprawnymi wozami i widmem ataku chałosytów. Teraz już byłem pewien, że ściga nas jakaś większa banda i czym prędzej musimy dotrzeć do zajazdu, bo tylko tam będziemy mieli jakiekolwiek szanse. Trzeba było zakasać rękawy i wziąć się do naprawy. Ku zdziwieniu wszystkich pracami pokierował niziołek, któremu kiedyś zdarzył się już naprawiać wóz podczas jakiejś przeprowadzki i dzięki temu skończyliśmy robotę dużo szybciej. Jechał niby z nami kołodziej, ale dostał strzałą w ostatnim starciu. Albo poprzednim? Za dużo się wtedy działo, a uwierzcie, że to dopiero początek!

Jak tylko załadowaliśmy się na prowizorycznie naprawione wozy, usłyszeliśmy nadciągającą z lasu bandę. Bębny, wrzaski i tupot kopyt mieszały się ze sobą, tworząc istną kakofonię dźwięków, która napełniała duszę przerażeniem. Z tym wrogiem nie mieliśmy żadnych szans, podobnie, jak z hordą nieumarłych Ustiana. W panice ruszyliśmy do przodu, a ja zdążyłem jeszcze krzyknąć do Siegfrieda, by jechał już do tawerny organizować pomoc. Hugo ruszył za nim, jak zwykle zostawiając nas samych w trudnej sytuacji. Tchórz! W ogólnym chałosie jeden z koni ciągnących nasz wóz został trafiony strzałą w bok i zaczął panikować. Udało mi się go jednak odciąć i uwolnić tym samym wóz, który wylądował już częściowo w lesie, blokując drogę. Drugi wóz w tym samym czasie został całkowicie unieruchomiony, lecz nikt już nie wie, jak do tego doszło. Albrecht próbował wtedy wziąć wszystkich z tamtego wozu na swój, a mieszczanie, choć opornie, w końcu usłuchali jego rozkazu. Gdy stał na koźle i pomagał ludziom wchodzić stało się najgorsze, i również jego dosięgnęła strzała, trafiając go wprost w brzuch, przebijając niewielką ochronę, jaką stanowiła jego skórzana zbroja. Podałem lejce krasnoludowi i sam rzuciłem się do drugiego wozu, bo nie był na nim nikogo zdolnego do jazdy. Usłyszałem jeszcze, jak Imrak krzyczy na konia „cip, cip, taś, taś” i pożałowałem tej decyzji, ale było już za późno… niech bogowie go pokierują.

Dopadłem do Albrechta, wyjąłem strzałę i błyskawicznie opatrzyłem mu ranę, i jak nigdy się jeszcze nie zdarzyło, nie zawył z bólu podczas całej operacji. Ba, widać wręcz było, że mu pomogłem, ale nie było czasu nad tym rozmyślać, bo czas naglił – zwierzoludzie byli coraz bliżej. Ruszyliśmy, jak z bicza strzelił, wymijając cudem krasnoluda, któremu udało się już prawie wyjechać z lasu więc blokował prawie całą drogę. Powiem wam w sekrecie, że jak sobie o tym teraz myślę, to dalej mnie ciarki przechodzą, bo jeden zły ruch, jedna pomyłka w tym momencie, kosztowałaby życie kilkunastu ludzi… no i krasnoluda. Bogowie jednak nam sprzyjali i zarówno my, jak i Imrak, ruszyliśmy w końcu traktem. Krasnolud w międzyczasie przesiadł się na konia podprowadzonego przez Hugo, który nagle się znalazł w pobliżu i wszyscy jechaliśmy na złamanie karku przed siebie.

Niedługo po tym, choć podróż wydawała się wiecznością, dostrzegliśmy zajazd w oddali, z ludźmi czekającymi za palisadą z kuszami i łukami. Był wśród nich również Siegfried. Strzały zwierzoludzi zaczęły dolatywać do nas coraz rzadziej, a krzyki bandy powoli cichły, ale nie zaryzykowałem spojrzenia do tyłu. Ryzykowałbym życiem zbyt wielu. Odetchnąłem dopiero, gdy wjechaliśmy za bramę. Ci, którzy mogli zsiedli z wozu, rannym pomogliśmy, a zmarłych, bo tych też wieźliśmy, złożyliśmy w jednym miejscu. Pogrzeb zaplanowany był na jutrzejszy poranek. Wszyscy udaliśmy się do tawerny, obronę zostawiając właścicielowi i wypoczętym gościom. Siegfried jako jedyny z naszych chciał zostać na posterunku, ale wytłumaczyłem mu, że większy pożytek z niego będzie, jeśli odpocznie, bo w boju się już dziś wykazał.

Przy posiłku dosiadł się do nas Ralf. Przeprosił nas za swoje wcześniejsze zachowanie, przyznając się do błędu i podziękował za ratunek. Jedyne, co mi pozostało, to podać mu rękę na znak szacunku – ja również źle go oceniłem. Porozmawialiśmy jeszcze chwilę, czarodziej podał nam swój adres i obiecał poszperać w bibliotece jego Kolegium Magii za jakimikolwiek informacjami o arfetaktach chaosu, na tropie których jesteśmy, a każda pomoc się nam przyda. Mag wykorzystał też swój autorytet i głęboką sakiewkę, by kupić dodatkowy wóz. Dzięki temu następnego dnia mogliśmy ruszyć w dalszą drogę, dajcie bogowie bez kolejnych przygód. A bogowie nam sprzyjali i wkrótce zawitaliśmy pod mury wielkiego Altdorfu…

Rozdział IV

Altdorf, stolica Imperium założonego przez samego Sigmara. Miasto imponujące swoim rozmachem, ogromne, znacznie większe od Middenheim. Pod bramą przywitani zostaliśmy przez bezpłciowych strażników, którzy wszystkich podróżnych traktowali tak samo – jak bydło, za które trzeba pobrać opłatę. Ranulf miał rację mówiąc, że to dziwne miasto. Trzeba się będzie mieć na baczności. Zapłaciliśmy jednak bez zbędnego gadani, bo nawet mag musiał uiścić opłatę. Tym samym mogliśmy w końcu wejść do samego miasta. Nie wiem, jak to możliwe, ale wydało się nawet bardziej tłoczne od Middenheim, które gościło tysiące uchodźców z okolicznych miast i wiosek. W tym miejscu postanowiliśmy się pożegnać. Siegfried polecił nam zatrzymać się pod Płonącym Stołem, a  go samego znajdziemy w Starym Kotle, karczmie okupowanej głównie przez jemu podobnych przepatrywaczy.

Udaliśmy się w drogę do karczmy, po drodze płacąc podatek, gdy tylko przechodziliśmy przez jakiś most, nawet najmniejszy. Dzikie miasto, mówię wam! Mógłbym próbować je opisać, ale chyba lepiej będzie, jeśli zacytuję tu arcykapłana Ranulfa, który spisał swoje wrażenia po jedynej wizycie w stolicy Imperium, a który piórem włada dużo lepiej, niż ja.

Altdorf to ogromne miasto położone po obu stronach Reiku – największej rzeki Imperium. Dziesiątki mostów łączą oba brzegi oraz setki wysepek pomiędzy którymi pływają barki i statki żaglowe. Tysiące kominów wypuszczają gęste chmury czarnego dymu okrywając miasto cienkim całunem. Nad tym wszystkim górują strzeliste wieże, zdające się dotykać nieba. Na szczytach powiewają dziesiątki flag. Miasto okala kilka rzędów murów – musiało rozbudowywać się kilkakrotnie w ciągu swej bogatej historii i ciągle rośnie dokładając kolejne cegiełki w tej ogromnej układance. Bramy miasta, obsadzone działami i wielkimi kuszami, są otwarte i zapraszają tłumy podróżnych stojących przed nimi, lecz wielu strażników w mundurach miejskiej gwardii pilnuje tutaj porządku i zatrzymuje każdy wóz.

Ulice prowadzą pomiędzy wysokimi, kilkupiętrowymi kamienicami, stojącymi ciasno, jedna przy drugiej. Niektóre wyglądają jak wciśnięte pomiędzy inne budynki, zupełnie niewymiarowe i aż dziw bierze, że ktoś pozwolił je wybudować. Wiele kamienic posiada nadbudowy, które są szersze i wystają nad ulice zasłaniając niebo i odcinając światło dnia. Pomiędzy oknami i balkonami przerzucone są liczne kładki i mosty, tworząc nową płaszczyznę miejską nad ziemią.

Smród na ulicach jest odrażający. Są ulice i dzielnice lepsze i gorsze, ale w pobliżu garbarni, rzeźni i farbiarni nie da się wytrzymać bez zatykania ust. To nie pojęte, jak ludzie mogą żyć w takiej okolicy. Do tego dochodzi brak obyczajowości – lokatorzy wylewają swoje nieczystości prosto na ulice. Kolejną różnicą w porównaniu z Middenheim jest ludność. Bladych i surowych Middenlandczyków zastępują strojni Altdorfczycy dla których ubiór jest oznaką statusu i przynależności, południowcy z Tilei, Estalii, Bretończycy z Zachodu, Norsmeni z północy, Kislevici ze Wschodu, ciemnoskórzy mieszkańcy Arabii, i wiele innych narodowości z południa, z księstw Granicznych. Spotkać też można wielu niziołków i liczne krasnoludy. Są nawet olbrzymie ogry! Różnorodność ubiorów i języków czyni z Altdorfu wielki kocioł.

Nadbrzeże jest niesamowite. Wysokie żurawie rozładowują statki zacumowane przy brzegu. Widać okręty Norski, Estalii, Bretonii, Marienburga, cumują ram czasem nawet misternej budowy okręty Elfów z Ulthuanu. Dokowe tawerny i stragany są jeszcze głośniejsze, a smród ryb i ścieków jest równie odpychający co uroda tutejszych dziwek. Okoliczne mosty są szerokie na kilkanaście metrów i w Altdorfie żadna przestrzeń nie może się marnować, więc i na nich wybudowano kamienice, magazyny, sklepy i warsztaty. Wszystkie są co najmniej kilkadziesiąt metrów nad wodą by statki mogły przepływać pod nimi.

Arcykapłan Ranulf

Kiedy zbliżaliśmy się już do doków, bo to nieopodal nich znajdowała się karczma polecona przez Siegfrieda, stała się dziwna rzecz, niepojęta dla kogoś, kto wychował się w Delberz, jednym z większych miast Middenlandu. Z okna bowiem, tuż przed nami, wyskoczył dobrze ubrany mężczyzna, który jednym ruchem przeturlał się pod konia Hugo, odciął siodło i ukradł jego konia! Nikt z nas, nie licząc niziołka, nawet nie zdążył zareagować, kiedy ten już jechał między wiwatującym tłumem, a z okna inny mężczyzna darł się, że go okradziono. Hugo stał już wtedy z łukiem wymierzonym w tłum gapiów i nim ktokolwiek zdążył go powstrzymać, wystrzelił w kierunku złodzieja… i miał szczęście, że trafił go, a nie kogokolwiek z mieszkańców, choć mężczyzna i tak uciekł. Po tym jestem pewien, że niziołek sprowadzi kiedyś na nas spore problemy… Niepojęte było też dla mnie, by ludzie wychwalali postępki złodzieja. Zainteresowany takim zachowaniem zapytałem jednego z gapiów, dlaczego się cieszy, a ten krzyknął do mnie, jakbym był jakimś idiotą, „jak to dlaczego? Bogatych okrada, dobrze im tak!”. Naprawdę, dziwaczni ci Altdorfczycy.

Otrząsnęliśmy się jednak, Hugo złapał w końcu swojego konia i ruszyliśmy do karczmy, ale po drodze jeszcze jedno dziwo nie dało nam spokoju. W mieście sprzedawali bowiem, za kilka pensów, kartki papieru, które nazywali gazetami, a które zawierały wiadomości z miasta i okolic! Taka kronika dnia wczorajszego, ale dla pospólstwa, do tego drukowana przy użyciu maszyn, także nikt tego przepisywać nie musiał… Dziw nad dziwami. Jedna z tych gazet nazywała się „Głos Altdorfu”, a druga „Goniec Imperialny” i z tego, co na szybko przejrzeliśmy na wozie, nie różniły się niczym poza jedną rubryką, która zawierała opisy ataków pracowników jednej gazety na drugą. Jeszcze parę dni w tym mieście, a braknie mi słów, by to wszystko opisać normalnym ludziom.

Dojechaliśmy w końcu do celu, do karczmy Pod Płonącym Stołem, której właścicielem był niejaki Bergman. Wynajęliśmy pokój i miejsce w stajni na wóz, który zostawił nam Ralf, posililiśmy się i zaczęliśmy rozpytywać o to, co dzieje się w mieście. A właściwie to zaczął Imrak i Albrecht, ja bowiem czułem się bardzo nieswojo w tej metropolii. Krasnolud dowiedział się, że tym złodziejem był niejaki Tulipan, najbardziej poszukiwany łotr w Altdorfie. Albrecht za to wrócił z informacją o tym, jak trafić do hrabiego von Rainigera, a także, że w urzędzie miejskim wydają przepustki, które zwalniają z opłat za przejście każdym mostem. Czym prędzej postanowiliśmy się po takie udać, poza skąpym niziołkiem oczywiście, ale jako że było już po osiemnastej, to urząd był od dawna zamknięty, musieliśmy więc wrócić tu następnego dnia. Zapomniałem też wspomnieć, że na licznych wieżach w mieście umieszczone zostały zegary wskazujące dokładną godzinę! Niesamowite…

Wróciliśmy do karczmy i zdecydowaliśmy, że przyda się nam w końcu odpoczynek, a do hrabiego pójdziemy następnego dnia. Kiedy tak siedzieliśmy sobie przy piwie, dyskutując o planach, do naszego stolika podszedł jakiś dzieciak, położył na nim kopertę i zwiał. Spojrzałem jeno na Albrechta i sięgnąłem po list. Rozdarłem kopertę… i ze środka dmuchnął na mnie jakiś trujący pył! Na szczęście zareagowałem szybko i chyba nic mi się nie stało, ale szybko okazało się, że mamy większy problem. Z miejsca, na które upadł list, zaczął bowiem wychodzić pomiot, jakby spod podłogi! Na całe szczęście nie rozstajemy się nigdy z bronią i Imrak doskoczył jeno, i dwoma celnymi ciosami powalił bestię, której truchło wyniósł na ulicę, by spalić je w oczyszczającym ogniu. Po dzieciaku śladu nie było, ale zrekompensował nam to wiwatujący tłum. „Wybawca! Bohater!” krzyczeli mieszkańcy patrząc na krasnoluda, który z miejsca stał się czempionem uciśnionych, przynajmniej na parę chwil. W międzyczasie my przyjrzeliśmy się śladom pod stołem, ale niczego nie znaleźliśmy, nawet kawałka papieru… Nasi wrogowie wiedzą już, gdzie jesteśmy, a to znaczy, że zdrajcy ciągle są gdzieś wysoko w szeregach middenheimskich kapłanów Ulryka i Sigmara. Ale nie ma takiego chwasta, którego nie można wyrwać.

Reszta dnia minęła nam już spokojnie. Udaliśmy się na zasłużony spoczynek z myślą, że następnego dnia nasza przygoda w Altdorfie zacznie się na dobre… a wtedy może już nie być okazji do odpoczynku.

Po porannym posiłku udaliśmy się wraz z Imrakiem i Albrechtem do urzędu miejskiego po przepustki, które pozwolą nam uniknąć męczącego obowiązku uiszczania opłat na każdym moście. Hugo oczywiście wyłamał się i postanowił chodzić po mieście jak najmniej, by zaoszczędzić trochę grosza. Chciwość go kiedyś zgubi. W końcu, po kilku godzinach stania w kolejce, byliśmy gotowi wyruszyć na spotkanie z hrabią von Reinigerem.

Znaleźliśmy jego posiadłość po blisko godzinnej podróży przez miasto. Ogromny teren ogrodzony murem, a przy każdej bramie stała grupa strażników. Podeszliśmy do jednej z nich, przedstawiliśmy się i wręczyliśmy list polecający od Ranulfa i Voltza. Chwilę zajęło, nim gwardziści wpuścili nas do wojska, ale w końcu się doczekaliśmy i weszliśmy na posiadłość jednego z osobistych doradców Imperatora. Nieopodal pałacu stała czarna kareta z herbem rodu miłościwie nam panującego Imperatora, a i sam budynek był niesamowity i imponujący. Wrażenie bogactwa i potęgi właściciela dopełniał ogromny ogród i liczne, misternie rzeźbione, fontanny.

Zostaliśmy zaproszeni przez lokaja do rozgoszczenia się w pokoju wojennym, jak go nazwał, gdzie mamy poczekać na audiencję u hrabiego. W pomieszczeniu stał tylko jeden strażnik, choć z pewnością dałby sobie radę z wieloma zagrożeniami… przynajmniej na tyle długo, by nadciągnęła pomoc. Pokój udekorowany był licznymi trofeami z walk chałosem: głowami zwierzoludzi, sztandarami pobitych chorągwi i ich bronią. Nie brakowało też różnorodnego oręża z każdego zakątka Imperium i nie tylko. Do dziś nie wiem czym i skąd było kilka z nich.

Po jakichś piętnastu minutach do pokoju wjechał hrabia von Reiniger. Starszy, jakoś po pięćdziesiątce, otyły i schorowany mężczyzna, który najlepsze lata swojego życia miał już zdecydowanie za sobą – śmierdział od niego perfumami, które nieudolnie próbowały ukryć smród lekarstw, które ciągle trzymały go przy życiu. Chwała mu jednak, że dalej wspiera nasze Imperium cennymi radami. Niestety nam niewiele mógł doradzić, ale po wysłuchaniu całej historii, opowiedzianej od samego początku i ze wszelkimi szczegółami, obiecał, że postara się czegoś dowiedzieć i wesprzeć nas w miarę możliwości. Dowiedzieliśmy się też od niego, że Imperator zimę ma zamiar spędzić w Middenheim. Wyobraźcie sobie zawód, jaki musiał się wymalować na naszych twarzach – mogliśmy mieć szansę na spotkanie się twarzą w twarz z naszym znamienitym Władcą, Jego Wysokością Karlem Franzem… Niestety chałos nie śpi, a pokonanie go jest czymś ważniejszym, niż osobiste korzyści. To wróg, który zagraża przecież wszystkim istotom.

Pożegnaliśmy się z hrabią i wróciliśmy do karczmy z pustymi rękami, bez żadnych tropów i praktycznie bez pieniędzy. Zapowiadało się ciężkie śledztwo. Kiedy tak dumaliśmy nad następnymi krokami, podszedł do nas karczmarz z butelką wytwornego trunku: bretońskiej brandy. Był to podarunek od jednego z gości, do którego też od razu podeszliśmy, a który okazał się być miejscowym medykiem, którego rzekomo wczoraj uratowaliśmy… Czyli był to jeden z gości w karczmie, kiedy zaatakował pomiot. Podziękowaliśmy mu, wypiliśmy po jednym, dobra ta brandy, jak mało co. Ale rozmowa się jakoś nie kleiła, ci altdorfczycy jacyś bez charakteru są. Imrak jednak ucieszył się, bo miał w końcu towarzysza do picia. A spili się do upadłego. Najpierw wyszli gdzieś, Albrecht poszedł pilnować krasnoluda, ale udali się jedynie do gabinetu lekarza. Porobili jakieś badania podchmieleni i wrócili pić dalej. Nie trzeba było dużo czasu, kiedy krasnolud skończył śpiąc na stole. Nie przeszkadzaliśmy mu, po raz, że ciężko oderwać krasnoludy od picia, a dwa, należało mu się po powaleniu tego potwora. Przynajmniej według mnie.

W międzyczasie w karczmie zjawiła się jednak istotniejsza osobistość, a mianowicie osobisty strażnik harbiego von Reinigera. Podszedł do nas, położył sakiewkę na stole i powiedział, że przyszedł przekazać pewną prośbę jego pana. Byliśmy oczywiście zainteresowani pomocą szlachetnemu obywatelowi, a jak się okazało, pomóc mieliśmy w równie szlachetnej sprawie. Problemem byli bowiem niewolnicy sprowadzani do miasta, a niewolnictwo w Imperium jest bardzo, bardzo nielegalne. Jednemu z porwanych ludzi udało się zbiec i skontaktować z ludźmi hrabiego. Opowiedział swoją historię, o tym, jak porwali go i jego rodzinę ze Stirlandu i sprowadzili aż tutaj. Niestety jedynym tropem, który mieliśmy, była nazwa karczmy, którą podsłuchał w rozmowie jego oprawców – Pijana Kaczka. Niewiele więcej trzeba nam jednak było, byśmy zgodzili się pomóc. Udaliśmy się więc do okrytych złą sławą doków…

Gotfried

Dodaj komentarz