WFRP – Kronika Akolity #3

Autor | 28 lutego 2015

Kolejny miesiąc, kolejna sesja za nami i kolejna przed nami, pora więc zapoznać się z kolejną częścią historii naszej wesołej kompaniji… Chociaż raczej już nikomu tak wesoło nie jest. Jak to w Warhammerze (a raczej u Pabla) bywa, między członkami drużyny można usłyszeć już jakieś oskarżenia, a chyba nie ma już nikogo, kogo nie można by o coś podejrzewać. Jak w takim razie uda nam się powstrzymać kult chałosu, który próbuje zdobyć artefakty i uwolnić potężnego demona? Ja też jeszcze nie mam pojęcia jak ;-)

Do naszej kompaniji gościnnie dołączył Bober, który wcielił się w postać przepatrywacza Siegfrieda. Jak na zupełnego nowicjusza wypadł naprawdę świetnie i mam nadzieję, że zagrzeje miejsce przy stole na dłużej.

Kronika Akolity

Rozdział V

Do doków wybraliśmy się w trójkę, ponieważ jak już wcześniej wspominałem, krasnolud smacznie chrapał w karczmie po popijawie, którą sobie urządził. Sam chętnie bym do niego dołączył, bo było co świętować, ale chałos ani nie śpi, ani tym bardziej na nas nie czeka.

Doki cieszą się parszywą reputacją i wygląda na to, że słusznie. Żadnych patroli straży miejskiej, szemrane typy spod ciemnej gwiazdy na każdym kroku, tu i ówdzie błysnął nóż czy inny kastet, tam sakiewka przeszła z rąk do rąk… to nie miejsce dla sług Ulryka. I nie, nie mam tu na myśli tego, że się boję, a każdy, kto posądza mnie o brak odwagi niech mnie wyzwie na pojedynek! Ulrykowcom nie godzi się spraw załatwiać potajemnie, knując i spiskując. Ale, jak to mawiają w Middenlandzie, jeśli wejdziesz między wilki musisz wyć jak i one. Na głowie mieliśmy ważniejsze zadanie i musiałem schować swoją dumę. Mam nadzieję, że Ulryk mi to wybaczy…

Zakręciliśmy się koło Pijanej Kaczki, która pasowała jak ulał do meliny łowców niewolników… jak co druga karczma w tej okolicy. Zaczęliśmy od obserwowania budynku z zewnątrz, co było ciut nudną robotą, dlatego gdy tylko zauważyłem walkę na pięści między miejscowymi, to czym prędzej podszedłem tam zaciekawiony. Po chwili pogratulowałem zwycięzcy, zgodnie z middenlandzkim zwyczajem, ale widać miejscowi nauczeni są inaczej i mężczyzna zechciał walczyć jeszcze ze mną. Pokazałem mu, że to nie był najlepszy pomysł i zadowolony wróciłem do Albrechta.

Postanowiliśmy w końcu wejść do tej speluny, bo po wizycie w środku nie śmiem jej nazywać nawet karczmą. Zakazane mordy od razu nas zlustrowały, ale chyba nie wykryły niczego podejrzanego. Zamówiliśmy piwo i Albrecht zaczął rozmawiać z karczmarzem. Ja za to bez trudu wcieliłem się w rolę osiłka, dając mojemu towarzyszowi wolną rękę. Nie do końca wiem, jak rozmawia się z takimi typami, zwykle obijałem ich mordy i dlatego wolałem się zamknąć. Póki co. Przyglądałem się jeno olbrzymowi, który pełnił rolę ochroniarza i pilnował pewnych drzwi. Raz, że to dziwna rzecz, widzieć wśród ludzi olbrzyma, a dwa, że pewno pilnował czegoś ważnego. Na przykład niewolników.

Albrecht wypytywał się o robotę dla nas, żeby dowiedzieć się, kto w tej karczmie jest grubą szychą. Karczmarz stwierdził, byśmy przyszli po północy, by spotkać się z niejakim Niko. Imię zdobyliśmy, a ponieważ od karczmarza nic więcej nie dało się już wyciągnąć, to wróciliśmy na ulicę, by raz jeszcze rozejrzeć się wokół budynku. Albrecht wypatrzył zakratowane wejście do kanału będącego odnogą rzeki, a który prowadził wprost pod karczmę. Tak, to zdecydowanie był trop warty sprawdzenia.

Wraz z niziołkiem rozstawiliśmy się w okolicy, by ubezpieczać Albrechta. Ten ściągnął wszystkie ciężkie rzeczy i zszedł do kanału, by w lodowatej wodzie podpłynąć do kraty. Chwilę przy niej pomajstrował i udało mu się! Otworzył ją i wszedł do środka. Długie chwile mijały bez żadnego poruszenia, kiedy w końcu pod karczmę zajechała trójka ubranych na czarno i zamaskowanych mężczyzn. Jeden z nich się mimo wszystko wyróżniał, pewno jakiś wysoko postawiony szlachcic, ale żadnych herbów na sobie nie mieli, ni innego znaku, który by mógł ich zdradzić. Najpewniej przybyli po niewolników z dostawą, którą podróżował uratowany mężczyzna. Dobrze, to oznaczało, że jeszcze nikogo się nie spodziewali.

Nim Albrecht wrócił, zdążyli jednak odjechać. Przyniósł nam jednak dobrą nowinę, bowiem faktycznie trafiliśmy na siedzibę łowców niewolników. Pozostało jedynie zadecydować, co robimy. Czy ratujemy tych kilku ludzi już dziś, czy, być może poświęcając kilka żywotów, próbujemy zdobyć informacje o klientach i innych osobach zamieszanych w handel? Moje serce skłaniało się ku drugiemu rozwiązaniu, chwasty powinno wyrywać się z korzeniami. Na decyzję zostawiliśmy sobie jednak chwilę czasu i postanowiliśmy obserwować na zmianę okolicę, czekając na rozwój wypadków.

W międzyczasie Hugo przyprowadził do nas Siegfrieda, przepatrywacza, z którym odbyliśmy podróż do Altdorfu. Jego głównym kontaktem w mieście był Ulwe, który zginął podczas tej wyprawy, sam więc nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić i postanowił zakręcić się wokół nas. Widać poczuł zew przygody, a może chciał się zemścić na sługusach chałosu za los jego przyjaciela… albo kierowała nim zwyczajna chciwość i chęć łatwego zarobku? To się dopiero okaże. Na razie ucieszyłem się, ponieważ dodatkowym ostrzem w bitwie nigdy się nie gardzi. A tym bardziej nie takim, które walczy w obronie twojego dobrego imienia.

Siegfried bowiem przybył do nas z ciekawą wieścią. Szukał nas wpierw w karczmie Pod Płonącym Stołem, którą sam nam polecił, ale na miejscu zamiast nas zastał dwójkę zabijaków, krasnoluda i człowieka, którzy przyszli do karczmy i zaczęli wygadywać o nas niestworzone rzeczy, próbując podważyć wszystko, co udało nam się już w Altdorfie osiągnąć. Siegfried słysząc takie kłamstwa sprał łotrów i przepędził ich z karczmy. Potwierdziło to tylko moje przypuszczenia, że nasz wróg w tym mieście czuwa i ciągle nas obserwuje. Jego szpiedzy ciągle nam towarzyszą, meldując o każdym naszym kroku… A w tym całym tłumie niemożliwym będzie ustrzec się przed tym zagrożeniem.

Najpierw jednak trzeba było zająć się sprawą niewolników. Przedstawiliśmy opcje Siegfriedowi, który zdecydował się nam pomóc bez wahania. Posprzeczaliśmy się trochę odnośnie najlepszego rozwiązania i stracilibyśmy na to jeszcze więcej czasu, gdybym nie miał już dosyć tego czekania i zmieniania planów. Przystałem więc na pomysł zaproponowany przez Albrechta. Chciał on potem dwa razy zmienić i na koniec jeszcze się z niego wycofać, co było trochę dziwnym zachowaniem, lecz zrzucam je na karb wymęczenia i wychłodzenia organizmu. Biedny Albrecht jeszcze się rozchoruje, jeśli przyjdzie mu kąpać się w tej wodzie kilka razy…

Owym pomysłem Albrechta, to znaczy tym, za którym on się najgoręcej opowiadał, było wejście tam i uratowanie niewolników za wszelką cenę. Plan godny każdego Middenlandczyka: prosty i dający rezultaty od razu. Choć, jak już wspominałem, lekcja, którą otrzymaliśmy w Middenheim nauczyła mnie, że czasem nie warto robić czegoś bez zastanowienia, ale jeszcze dużo wody w Reiku upłynie, nim zacznę sam z tej nauki korzystać… Decyzja jednak zapadła i w końcu wyruszyliśmy!

Do karczmy doszliśmy akurat wtedy, gdy przybył Niko z obstawą. Jako że mógłbym nas wydać podczas rozmowy z takim parszywcem, do środka na rekonesans udał się tylko Albrecht z Siegfriedem. Dostali od niego jakąś robotę, ale skutecznie wybiłem im z głowy pomaganie takiej szumowinie. Zabraliśmy się w końcu do właściwej roboty. Albrecht zdobył skądś łódź, wolę nie wiedzieć skąd, ale posłuży zacnemu celowi. Hugo miał zostać na zewnątrz i pilnować okolicy.

Wpłynęliśmy do kanału pod karczmą po cichu, nie zwracając na siebie żadnej uwagi. Ponieważ nie opanowałem, i nigdy nie zamierzam, sztuki skradania się, pozostać miałem na łodzi jako zabezpieczenie w razie wykrycia moich towarzyszy. Jakkolwiek wolałbym iść tam z nimi, to jednak powodzenie naszej misji było o wiele ważniejsze. Życie porwanych ludzi było w naszych rękach!

Siedziałem więc w łodzi i czekałem w napięciu, nasłuchując każdego szmeru z góry. Dłużyło mi się niesamowicie, bom nie jest stworzony do czekania, alem się w końcu doczekał! Moi towarzysze wrócili z trójką zaniedbanych i pobitych ludzi, szepcząc tylko, że wszystko poszło bez żadnych problemów. Nie pozostało nam nic, tylko wycofać się i odprowadzić ocalonych ludzi w bezpieczne miejsce. Tego zadania podjąłem się ja, jako najlepszy wojownik z obecnej czwórki, a towarzyszyć mi miał niziołek. Albrecht i Siegfried postanowili zostać jeszcze na miejscu i pilnować okolicy, na wypadek, gdyby coś jeszcze miało się zdarzyć.

Postanowiłem zakwaterować tych biednych ludzi w naszej karczmie. Podróż minęła nam bez żadnych problemów, nawet straż miejska o tak późnej porze nas ni razu nie zaczepiła. Niestety na miejscu czekały nas złe wieści… Gdy weszliśmy, karczmarz spojrzał na mnie udręczonym wzrokiem, a ja skądś wiedziałem, że to nie dodatkowi goście byli tego powodem. “Panie, okradziono was”, powiedział zwieszając głowę. Opanowałem jednak gniew, rzuciłem mu kilka monet, by zajął się naszymi nowymi gośćmi i zacząłem wypytywać o całe zajście. Niestety, nie był w stanie powiedzieć mi nic ponad to, że okradła nas najpewniej kobieta wtedy, gdy na dole karczmy Siegfried bronił naszego honoru. Czyżby te dwa oprychy zostały wynajęte przez złodzieja, by odwrócić uwagę ludzi? Będziemy musieli się tego dowiedzieć.

Na całe szczęście Imrakowi nic się nie stało, jak spał zarzygany, tak dalej spał na górze. Potrzebowałem wiadra wody, by go zbudzić na chwilę więc nie zdziwiło mnie, że nie usłyszał włamywacza. Kazałem więc przygotować miejsce do spania, zostawiłem Hugo, by pilnował wszystkiego, co zostało w środku, a że było tego niewiele, to spokojnie mogłem powierzyć mu te odpowiedzialne zadanie i udałem się w drogę do doków, by przekazać najnowsze informacje reszcie drużyny i sprowadzić ich do karczmy. Dość przygód jak na jedną noc w stolicy!

Rozdział VI

Poranek mijał sam spokojnie i leniwie, przy smacznym śniadaniu i nad wyraz dobrym piwie. Cóż to zmęczenie robi z człowiekiem… albo to karczmarz poczuł się odpowiedzialny za wczorajsze włamanie. Jedli z nami byli więźniowie, teraz uradowani i pełni życia, które im zwróciliśmy. Nie powiem, taki widok radować powinien każdego poczciwego człeka.

Nie pomnę już kto, albo był to Albrecht, albo nasz niski towarzysz Hugo, ale ktoś z naszej kompaniji zechciał się przejść na miasto, czy to, by rozprostować kości, czy by zasięgnąć języka… Kiedy jednak pierwszą nogą stanął na zewnątrz, w na wpół otwarte drzwi wbił się z potężną siłą bełt. Każdy z nas był zaskoczony, ale każdy zareagował tak samo – wyciągając broń i stając w gotowości do odparcia każdego zagrożenia. Na taki widok serce wojownika musiało wypełnić się dumą.

Nikt nas jednak nie zaatakował wewnątrz i jasne się stało, że zamachowiec albo zaczął uciekać, albo ciągle czeka na nas na zewnątrz. Nie zastanawiając się wiele, różnymi drogami wypadliśmy na zewnątrz, by jak najszybciej przebiec na drugą stronę i znaleźć tego psubrata! Niestety wypatrzył mnie, gdy przebiegałem z Imrakiem za jednym z budynków i tym razem oddał celny strzał, który na całe szczęście ześlizgnął się po kolczudze i nie zranił poważnie. Pozwoliło mi to jednak wypatrzyć zamachowca, o czym nie omieszkałem gromkim głosem powiadomić moich towarzyszy.

Raniony nie mogłem dotrzymać kroku reszcie grupy, ale z późniejszych rozmów wyłowiłem przebieg wydarzeń. Albrecht wpadł do budynku, z którego dachu strzelał do nas napastnik, natomiast Siegfried obiegł owy budynek i zaszedł od tyłu, na wypadek, gdyby chciał on uciec po jakiejś linie czy rynnie. Mężczyzna wybrał oczywiście ucieczkę dachami, a niestety miał sporą przewagę nad Albrechtem. Na nasze szczęście nie udało mu się sprawnie przeskoczyć między dwoma dachami, co dało Siegfriedowi doskonałą okazję, by oddać strzał. Celny strzał.

Upadek z wysokości trzeciego piętra okazał się dla kusznika śmiertelny, a do zwłok jako pierwszy dopadł krasnolud. Przeszukał każdą kieszeń, a nam powiedział, że niczego nie znalazł. Nie powiem, było to dziwne. Już pal sześć te złoto, które w Altdorfie trzeba przy sobie mieć na wszelki wypadek, ale że żadnego świstka, czy znaku, który zdradziłby z kim sprzymierzony był ten osobnik? Albo krasnolud chciał coś ukryć, albo nasi adwersarze gotowi są zapłacić każdą cenę, by zobaczyć nasze zwłoki. Obie opcje były równie przerażające…

Kiedy było już po wszystkim na scenie pojawiła się oczywiście straż miejska. Na całe szczęście ludzie w tej okolicy są nam jeszcze bardzo przychylni po tym, jak krasnolud jednym ciosem wybawił ich przed chałosowym plugastwem, dlatego wszyscy chętnie poparli naszą historię. Straży nie pozostało nic innego, jak spisać nasze zeznania i pouczyć nas, byśmy następnym razem nie dokonywali samosądu… Altdorf to dziwne miasto.

Po całym tym zamieszaniu udałem się do naszego znajomego medyka celem opatrzenia rany, a później wszyscy raz jeszcze zgromadziliśmy się przy karczemnym stole, by przedyskutować to, co się stało. W trakcie naszej narady do wnętrza wszedł nasz znajomy gwardzista hrabiego von Reinigera, który rzucił tylko okiem na bełt ciągle wbity w drzwi, po czym dosiadł się do nas, pytając o rezultat wczorajszych poszukiwań. Opowiedzieliśmy mu o wszystkim, a także przedstawiliśmy ocalone przez nas osoby. Mężczyzna był naprawdę zadowolony z tego, czego udało nam się dokonać. Zabrał ze sobą ocalonych ludzi, by zapewnić im bezpieczne schronienie, a nam zostawił sakiewkę pełną złota w ramach podzięki. Obiecał też, że uzyskamy informacje na temat poszukiwanej przez nas łowczyni czarownic jeszcze tego samego dnia.

Wszyscy postanowili więc zregenerować siły i czekać na dalszy rozwój wypadków, mnie jednak mierziło się dalsze bezcelowe siedzenie w karczmie. Udałem się więc w końcu w odwiedziny do miejscowej świątyni Ulryka, która znajdowała się na północy miasta. Niewielki budynek, surowy, a przez to kompletnie nie pasujący do całego miasta, był jednak zamknięty. Od ludzi dowiedziałem się jednak, gdzie mogę zastać kapłana, który powinien się nim opiekować. Do mieszkania brata Remigiusza trafiłem bez problemu, a ten, gdy tylko zobaczył mój medalion, ucieszył się i wpuścił mnie w swe skromne progi. Wyjaśnił, że ostatnimi czasy podupadł na zdrowiu, przez co, dopóki się nie wykuruje, świątynia pozostaje zamknięta, bo w Altdorfie nie ma nikogo innego, kto mógłby się nią zająć. Smutne jest to, że w stolicy naszego Imperium zapomniało się już całkowicie o kulcie Ulryka, którego wyznawcą był sam Sigmar, nim stał się bogiem. Korzystając z okazji Remigiusz poprosił mnie o pewną przysługę. Parę tygodni wcześniej zaniósł bowiem wszystkie złote naczynia i ozdoby do złotnika, by przywrócić im dawną świetność. Termin odbioru został już przekroczony, a po złoto nie miał się kto udać. Obiecałem więc pomóc.

Nie widząc powodów, by zwlekać, udałem się pod wskazany adres. Pokazałem złotnikowi kwit, a ten wyjął szkatułę. Przyjrzałem się zawartości i wiecie co się okazało? Ten psubrat chciał oszukać świątynię Ulryka! Próbowałem zmusić go, do oddania prawdziwego złota, a sam o całym problemie bym zapomniał, ale złotnik szedł w zaparte. Nie pozostało mi nic innego, jak pójść po kilku towarzyszy i przemówić mu do rozsądku w middenlandzki sposób. Wiedziałem, że Imrak jest zawsze skory do tego typu rzeczy, a jak się okazało i Siegfried postanowił mi pomóc. We trójkę wróciliśmy do złotnika.

Jego zakład był już jednak zamknięty, ale to nam nie przeszkodziło. Zaczęliśmy grzecznie pukać do drzwi jego mieszkania, ten jednak zaczął z okna wrzeszczeć i wzywać straż miejską, która wręcz natychmiast pojawiła się na miejscu. Ciekawe, że kiedy strzelają do człowieka z kuszy, to nie można się ich doczekać, a na wezwanie złodziei pojawiają się od razu. Próbowałem wyjaśnić całą sprawę strażnikom, ci jednak nie byli chętni do rozmowy i skuli nas. Możliwe, że na naszą niekorzyść przemówiła trochę próba ucieczki krasnoluda… Na całe szczęście strażnicy byli jednak na tyle uczciwi, że udali się do zakładu złotnika, by poszukać fałszywego złota, które próbował mi wcisnąć ten oszust. Póki co jednak maszerowaliśmy w kierunku posterunku straży, by najbliższy czas spędzić w celi…

Gotfried

2 komentarze do “WFRP – Kronika Akolity #3

Dodaj komentarz