WFRP – Kronika Akolity #4

Autor | 26 marca 2015

Ponieważ przed wami długi odcinek Kroniki (bo z dwóch sesji), to wstęp będzie bardzo krótki. W sumie podkreślić chciałem tylko jedno – to wszystko działo się tego samego dnia w grze. Sami byliśmy tym zszokowani ;-) Jak widać stolica Imperium jest w stanie dostarczyć mnóstwo wrażeń. Strach pomyśleć co będzie, kiedy zaczną się obchody Tygodnia Zwycięstwa!

Kronika Akolity

Rozdział VII

Nim powrócimy do historii w miejscu, w którym ją ostatni zakończyłem, czyli w chwili, w której trafiliśmy do więzienia, chciałbym opowiedzieć wam o jeszcze jednym wydarzeniu. Umknęło ono mojej pamięci, lub sam chciałem, by umknęło, ale ocenę tego pozostawię wam. Nim trafiliśmy do chaty złotnika przyszło nam przejść przez jeden z licznych ryneczków Altdorfu. To, co tam zastaliśmy, nie było jednak tak często spotykane, jak rynki…

Tłum na miejscu był dziwnie podekscytowany, a nim się spostrzegliśmy, wszyscy obecni rzucili się na nas. Wywiązała się walka, nie bardzo wiadomo dlaczego i z tego powodu staraliśmy się jeno ogłuszać mieszkańców. W końcu dostrzegłem jednak powód tego chałosu, a była nim mała, zakapturzona kreatura, która parała się mroczną magiją. Po długim i wstydliwym boju, w końcu udało nam się ubić maszkarę, która, jak się okazało, samym dotykiem sprawiała, że umysł zachodził krwawą mgłą, a ofiara stawała się posłuszna woli kreatury. Wiem to niestety z własnego doświadczenia, gdyż zarówno ja, jak i Albrecht, padliśmy ofiarą tego przebiegłego stwora. Cała przygoda zakończyła się moim, Imraka i Siegfrieda pierwszym spotkaniem z miejscowymi łowcami czarownic, o których głośno w gazetach. Mało nie trafiliśmy wtedy do zakonnych cel dla heretyków, jako ci, którzy dali się omamić demonowi. Na nasze szczęście tak się jednak nie stało…

Wróćmy w końcu do właściwej historii. Ciężko powiedzieć ile czasu spędziliśmy w więzieniu. Na pewno dobrych kilka godzin, w trakcie których odwiedził nas zarówno urzędnik, jak i Albrecht, który wraz z Hugo próbował wyciągnąć nas z tarapatów, w które sami się władowaliśmy. W końcu jednak do naszej celi wszedł strażnik i kazał się nam wynosić. Dostaliśmy nasz ekwipunek, choć pozbawiony każdego pensa, a przed więzieniem czekali nas nas Albrecht, Hugo i gwardzista hrabiego, którego imię w końcu poznaliśmy, a nazywał się Moritz. Nie muszę chyba pisać w tym miejscu, jak bardzo był z nas niezadowolony? W końcu byliśmy jednak na wolności, gotowi, by dalej zwalczać chałos… i nie pomagać miejscowym kapłanom Ulryka. Sprawy w Altdorfie załatwia się zupełnie inaczej niż u nas, w Middenlandzie.

Udaliśmy się w drogę powrotną do karczmy, podczas której trafiliśmy akurat na uroczysty przemarsz orszaku wielebnej Klary Roban, wieszczki, o której przeczytać można było w każdym wydaniu lokalnych gazet. Towarzyszył jej rosły osiłek, jej wybraniec i czempion, jak się dowiedzieliśmy od ludzi. Powróci on jednak do naszej historii w stosowniejszej chwili, gdyż los chciał, byśmy spotkali się jeszcze raz. Klara wróciła do miasta z powodu uroczystych obchodów Tygodnia Zwycięstwa, któremu towarzyszyć miały liczne zabawy i turnieje. W mieście będzie, a właściwie już było, jeszcze tłoczniej, niż zwykle.

Wróciliśmy w końcu do naszej karczmy. Było już późno i wszyscy mieliśmy dość więc pora była udać się na spoczynek! Nie dane nam było jednak odespać trudów w spokoju… W nocy zaatakowała nas bowiem maszkara rodem z najgorszych koszmarów, a dostrzec ją można było jedynie w odbiciu lustra. Udało nam się ją jedynie odpędzić, a nie zabić, więc podczas kolejnych nocy będziemy musieli mieć się na baczności… Co ciekawe, istota ta uciekła przez lustro, w którym było ją widać więc od razu pozbyliśmy się go z pokoju.

Po takiej nocy postanowiliśmy, że jedyne, co możemy zrobić, to udać się do naszego znajomego Ralfa po radę i pomoc. Kto, jak kto, ale mag powinien coś wiedzieć o walce z demonami. Bez problemu trafiliśmy pod wskazany przez niego adres. Mag pomieszkiwał w dzielnicy biedoty, o czym świadczył też stan kamienicy, w której znajdowało się jego lokum. Nie na miejscu wydawały się jedynie drzwi, nowe i potężne. Po krótkiej chwili zostaliśmy wpuszczeni do środka. Ralf nie był zbyt zadowolony z naszej wizyty, ale w sumie nie ma się mu co dziwić, biorąc pod uwagę jakie licha się nas trzymały. Niestety zmarnowaliśmy u niego tylko czas, gdyż nie był w stanie nam w niczym pomóc, a z racji tego, że mogliśmy przyprowadzić do jego kryjówki wrogów, następne spotkanie mogło odbyć się w zupełnie innym miejscu. Nic tu po nas i ruszyliśmy dalej. Mnie jedynie nie dawały spokoju wypalone znaki na podłodze na parterze, które z pewnością były śladami jakiegoś rytuału, który niedawno się tu odbył…

Podczas gdy my byliśmy uwięzieni, Albrecht i Hugo nie próżnowali, i od hrabiego zdobyli informacje na temat miejsca, w którym znaleźć Teodorę, łowczynię czarownic, która może coś wiedzieć o poszukiwanym przez nas sztylecie. Ponieważ mag okazał się mało pomocny, uznaliśmy, że warto by ją nawiedzić. Mieszkanie Teodory znajdowało się w bogatej dzielnicy miasta. Nim jednak podeszliśmy do wejścia, tknięty przeczuciem rzuciłem okiem na dach jednego z pobliskich budynków, na którym dostrzegłem dziwną, skrzydlatą istotę, która z pewności nas śledziła. Hugo postanowił więc zostać na czatach, a my udaliśmy się na spotkanie z łowczynią czarownic.

Teodora mieszkała w apartamencie godnym szlachcica, a na usługach miała lokaja, przez którego przekazaliśmy prośbę o spotkanie. Na nasze szczęście nie odmówiła nam. Zastaliśmy ją w salonie. W powietrzu unosił się zapach opium, a obok jej fotelu leżała strzykawka i kilka innych przyrządów, którymi podawała sobie różne używki. Widać walka z chałosem tak ją wyniszczyła, że bez pomocy narkotyków nie mogła już funkcjonować. A to znaczy, że była za słaba. Niestety.

Teodora przyjęła nas bez specjalnego entuzjazmu, ale odpowiedziała na wszystkie nasze pytania i opowiedziała historię o jej spotkaniu z poszukiwanym przez nas sztyletem. Opowieść ta miała miejsce ponad dziesięć lat temu, kiedy Teodora aktywnie jeszcze walczyła z chałosem u boku krasnoluda Gotriego i czarodzieja Klausa. Polowali oni wtedy na Gaftera, przywódcę kultu Khorne’a, potężnego wojownika, który wałczył i składał ofiary wspomnianym sztyletem. Łowcom udało się go w końcu dopaść i pokonać, ale wtedy wydarzyła się przerażająca rzecz. Gotriego opętała jakaś żądza mordu i wyrwanym z rąk truchła sztyletem ugodził w pierś i tym samym ukatrupił swojego towarzysza Klausa. Krasnolud poprzysiągł wtedy, że nie spocznie, aż nie wyrżnie wszystkich plugawych, heretyckich magów. Takiego rozwoju wydarzeń nie spodziewała się Teodora, która zaraz po odniesieniu plugawego arfetaktu chałosu do altdorfskich białych magów zrezygnowała z dalszej służby i udała się na zasłużoną emeryturę. Gotri zaś dalej grasuje na ulicach Altdorfu, polując na wszelkie wynaturzenia. Teodora ostrzegła nas przed rzekomo oszalałym krasnoludem i na tym zakończyła swoją opowieść. Udało mi się jednak zdobyć jeszcze jedną informację, kiedy do pokoju wślizgnął się młody chłopiec. Coś mi w nim nie pasowało i przyparta do muru Teodora wyznała, że to Sewerin, syn czarodzieja Klausa, którego udało jej się ukryć i ocalić przed gniewem Gotriego. Powiedziała nam jeszcze, że krasnolud jest na służbie u wielebnej Klary i byśmy lepiej trzymali się od niego z daleka, gdyż nic dobrego ze spotkania z nim nie może wyniknąć. W zamian ostrzegliśmy ją przed wzrastającym zagrożeniem ze strony chałosu, szczególnie po spotkaniu z nami…

Nie pozostało nam nic innego, jak udać się do magów. Jeśli naprawdę dostali sztylet i jest to to samo ostrze, którego szukamy, to pozostanie nam jeszcze jedno, wcale nie takie proste zadanie, czyli zniszczenie go. Ale byłem dobrej myśli, Ulryk i Sigmar pomogą nam zmieść to zło z powierzchni ziemi!

Kolegium białych magów znajdowało się w centrum Altdorfu, nieopodal uniwersytetu. Kręciło się tu mnóstwo ludzi, młodych żaków, bogatych mieszczan, szlachciców, wszyscy omijali jednak jeden plac… Na jego środku znajdowało się i oszałamiało zarówno swoim rozmiarem, jak i kształtem, Białe Kolegium. Zbudowano je bowiem na podobieństwo nakładanych na siebie coraz mniejszych warstw, a ludzie zwali to piramidą. Wydawała się świecić własnym blaskiem, pokryto ją bowiem jakimiś dziwnymi materiałami, co to światło słońca odbijały tak, że aż ślepiło człowieka. Kiedy podchodziliśmy do drzwi Albrecht i Hugo zauważyli, że obserwuje nas jakiś niziołek. Nie było jednak teraz czasu przejmować się nim, bo i tak wiedział, gdzie idziemy. Zapukaliśmy więc do drzwi…

Długo nic się nie działo, jednak wiedząc, że do czynienia mamy z magami, cierpliwie czekaliśmy. W końcu na idealnie gładkiej przed chwilą powierzchni pojawił się judasz, zza którego usłyszeliśmy głos jakiegoś mężczyzny, wyraźnie przestraszonego i zmęczonego. Wyjawiliśmy mu, co dokładnie nas sprowadza, nie skrywając niczego. Po kolejnych, dłużących minutach, drzwi do piramidy otwarły się, a za nimi nikt nie stał. Zdziwieni, weszliśmy do środka.

Nad korytarzem znajdował się balkon, na którym stał mężczyzna, najpewniej ten sam, z którym rozmawialiśmy i młodsza od niego kobieta. Kazali nam zostawić broń i wejść do następnego pomieszczenia. Wiedząc, że broń nam w niczym nie pomoże, zrobiliśmy, jak chcieli. Sala, do której weszliśmy była przestronna, ale skromnie umeblowana. W pewnym momencie zacząłem czuć, jak w pokoju robi się na zmianę gorąco i zimno, i zaczęły targać mną nudności. Moi towarzysze czuli się podobnie, ale nikt nie spanikował, nawet Imrak. Każdy chyba zrozumiał, że magowie nas w jakiś sposób sprawdzają. W końcu dziwne uczucie ustało, a do pokoju wkroczył podstarzały mag w pokrwawionych szatach, który przedstawił się jako Konrad Mesner, najstarszy rangą mag Światła aktualnie przebywający w Kolegium.

Zostaliśmy wpuszczeni do środka, ponieważ, jak stwierdził, to nie przypadek, że szukamy sztyletu akurat teraz. Pół roku wcześniej obudził się bowiem demon, którego esencja zaklęta była w tym przedmiocie. Pół roku temu, czyli wtedy, kiedy obudziła się czaszka nieopodal Middenheim. Opętał wtedy ucznia, Johanna Schmidta, który zamordował jedynego arcymaga obecnego w Kolegium, Dietera Kemplera. Pozostali byli na wojnie wraz z naszym Imperatorem Karlem Franzem. Oprócz tego spalił też wszystkie księgi, które mogły zawierać wskazówki o tym, jak wypędzić demona z naszego świata. W tej chwili demon krąży w piwnicach Kolegium, otwierając przejścia dla swoich pobratymców, z którymi nieustannie walczą magowie. Związany ze sztyletem, nie może jednak samemu opuścić tego miejsca. Zapytany o to, czemu sztylet nie został zniszczony od razu, odpowiedział, że to zbyt potężny arfetakt i magowie zwyczajnie się bali. Woleli więc zamknąć go w bezpiecznym miejscu, licząc, że pozostanie uśpiony na zawsze…

Musimy znaleźć sposób na zniszczenie sztyletu, a także pomóc magom, których siły są już bardzo nadwątlone. Mesner ostrzegł nas jeszcze przed Gotrim, który tylko czeka, by wejść do Kolegium i ogłosić wszystkich, absolutnie wszystkich magów winnymi herezji, do czego nie możemy dopuścić. Biali magowie specjalizują się w walce z chałosem od wieków, a Imperium nie może sobie pozwolić na utratę takiego sojusznika. Nie wspominając już o tym, że krasnoludzki łowca czarownic wydaje się być opętany przez demona, podobnie jak wcześniej kapłan Odo i łowca Fischera. Obiecaliśmy pomóc magom i zostaliśmy wypuszczeni.

Naradziliśmy się w ustronnym miejscu nieopodal Kolegium i w końcu doszliśmy do wniosku, że trzeba zwrócić się do hrabiego, nawet jeśli nie chce nas widzieć po tym, jak musiał wyciągnąć nas z więzienia. Ta sprawa jest zbyt poważna, by przejmować się takimi rzeczami i jako wierny sługa Imperium, powinien to zrozumieć. Niechętnie, ale zostaliśmy wysłuchani i hrabia obiecał posłać list wzywający białych arcymagów do stolicy. Nikt nie wiedział, czy posłuchają oni kogoś spoza Kolegium, ani tym bardziej kiedy można się ich spodziewać, ale u hrabiego niczego więcej nie zrobimy. Pora było zacząć poszukiwania na własną rękę.

Skierowaliśmy się ponownie do Ralfa, który to mając szeroką wiedzę o arfetaktach i sposobach ich niszczenia, mógłby nam coś doradzić albo nawet i pomóc. Po drodze zgarnęliśmy nowe wydania gazet, by dowiedzieć się co słychać w mieście, a także zastanawialiśmy się, cóż uczynić z niziołkiem spod Kolegium, który zaczął nas śledzić. Od Mesnera dowiedzieliśmy się, że to jeden z towarzyszy Gotriego. Wpadliśmy na pomysł, by rozdzielić się niedaleko domu maga, tak, by szpieg go nie zobaczył, ale na tyle blisko, byśmy byli w stanie sobie pomóc w razie ataku. Hugo i ja mieliśmy zostać i porozmawiać z nim, i tak też uczyniliśmy. Zaszedłem mu drogę, jednak kiedy zaczęliśmy go zagadywać ten tylko błysnął zębami i krótkim mieczem wyciąganym z pochwy. Nie pozostało mi nic innego, jak pokazać znamię, który otrzymaliśmy w Middenheim i zapewnić go, że walczymy po tej samej stronie. Niziołek zapowiedział, że w takim razie wpadnie z kolegami nas odwiedzić i porozmawiać, obrócił się na pięcie i poszedł w siną dal. Ruszyliśmy do domu Ralfa.

Kiedy weszliśmy do kamienicy maga, do której wpuścił nas czatujący Imrak, przeczuwałem już, że coś jest nie tak. Z góry zeszli Albrecht i Siegfried, z przerażeniem widocznym w ich oczach, mówiąc, że maga nie ma w kamienicy. I lepiej, byśmy go tu nie szukali zbyt często, szczególnie na drugim piętrze, które oddzielone jest solidną kratą… Wolałem nie drążyć dalej tego tematu i poczekać na lepsze okoliczności, by spotkać się z Ralfem. Nie podobało mi się jednak, że moi towarzysze najpewniej się tu włamali. Nie mamy w tym mieście zbyt wielu sojuszników i lepiej by było nie stracić kolejnego.

Wróciliśmy do karczmy z pustymi rękoma, mając w planach, by odpocząć w końcu trochę i spróbować szczęścia jutro, o pełnych siłach i ze świeżymi pomysłami. To był dzień pełen wrażeń, a czekało na jeszcze spotkanie z Gotrim i jego banda. W karczmie dowiedzieliśmy się, że wypytywały o nas dwa rosłe ogry, a to wróżyło tylko jedno, czyli jeszcze więcej kłopotów. Widać Niko uznał, że policzy się z nami w inny sposób, niż ostatnio. Jeszcze trochę i będziemy musieli odwiedzić go i przekonać go, żeby poszukał sobie innego źródła dochodu. A najlepiej innego miasta. Siedliśmy w końcu do posiłku, ale w jego trakcie wpadł krasnoludzki łowca czarownic. Czy oni wszyscy nie dadzą nam chociaż zjeść w spokoju? Wraz z nim do środka wszedł inny, kompletnie pijany krasnolud uzbrojony w wielolufową rusznicę, poznany już przez nas niziołek, rosły wojownik, którego widzieliśmy wcześniej w orszaku wielebnej Klary Roban oraz starszy dziwak w czarnych szatach, najpewniej kapłan. Jego ludzie wygonili gości i obstawili karczmę, a on sam stanął koło naszego stołu, nie racząc usiąść koło nas.

Przed spotkaniem postanowiliśmy jeszcze, że będziemy grać zbyt pewnych siebie bohaterów z prowincji, którzy to niczego się nie boją i z każdym zagrożeniem sobie poradzą. Liczyliśmy, że w taki sposób krasnolud weźmie nas za amatorów i nie doceni nas. Nie chcieliśmy i nie mogliśmy pozwolić sobie w tej chwili na bezpośredni konflikt z nim. Gotri wypytywał nas o to, co robiliśmy w Kolegium białych magów i jakim cudem nas wpuścili, między słowami oskarżając nas tym samym o herezję. Co za tupet! Miałem go dosyć już po kilku minutach tej jego tyrady, ale w tym mieście to on był na lepszej pozycji… Zdaje się jednak, że łyknął naszą grę i uznał nas za wiejskich głupków, którym przypadkiem się coś udało. Jedną rzecz godną uwagi nam jednak powiedział. Otóż lata temu biały czarodziej Konrad Mesner i jego brat zostali oskarżeni o herezję. Jego brat czmychnął używając czarnoksięskich zaklęć, ale Konrada oczyszczono z zarzutów. Ciekawa była to informacja, ale jeszcze ciekawsze było to, skąd Gotri wie, że przywódcą magów jest w tej chwili Mesner, a nie Kempler? Może przechwycili jakieś listy, kto wie, a może Gotri, jak każdy zresztą, nie powiedział nam wszystkiego. Niemniej, niezadowolony, zebrał w końcu swoich ludzi i wyszedł, zostawiając nas w spokoju. Póki co.

Karczmarz był w szoku. W końcu nie każdego dnia ktoś wychodzi z rozmowy z szalonym łowcą czarownic o własnych siłach. Uspokoiliśmy go i wkrótce do karczmy zaczęli wracać ludzie, szepcząc między sobą i wskazując co chwilę na nas, patrząc z podziwem zmieszanym z przerażeniem. Wśród klientów był też pewien krasnolud, na widok którego Imrak ucieszył się, wstał i podszedł doń z otwartymi rękoma. Krasnoludy porozmawiały chwilę w swoim języku, po czym obaj usiedli przy naszym stoliku. Starszym mężczyzną był niejaki Karadin Złoty Palec, niezrównany rzemieślnik, który wiózł niesamowity dar dla samego syna Imperatora. Pancerz z Gromrilu! Takie coś wartę jest fortunę, o ile komukolwiek uda znaleźć się na nią kupca… Nie potrzeba było więcej pytań, by domyślić się, skąd smutek na twarzy starego mistrza. Pancerz został skradziony przez dwójkę młodszych krasnoludów, jego krewniaków, którzy towarzyszyli mu w podróży. Nie miał on niestety żadnego listu, niczego co potwierdziło by jego historię i wymusiło pomoc pałacowych sług. Naprawdę, już rozumiem, czemu krasnoludowie radzą sobie ostatnimi czasy dużo gorzej. Z takim podejściem do interesów w tym rejonie Imperium to do niego co tydzień coraz to inny syn Imperatora mógłby osobiście przychodzić po gromrilową zbroję! Niestety, honor dla większości mieszkańców tej niegdyś wspaniałej krainy to już puste słowo, czego krasnoludy nie potrafią się nauczyć. Rozumiem więc Imraka i jego decyzję, że za wszelką cenę musi pomóc swojemu pobratymcowi. Sam bym tak uczynił.

Nie dane nam było dłużej posiedzieć i to wcale nie przez to, że chciałem pomóc Imrakowi. Naprawdę, mam już powoli dość tego miasta, człowiek nawet na chwilę na dupie nie może usiąść, zawsze ktoś musi przyjść i robić problemy. Tym razem do karczmy wpadły trzy ogry, które na nasz widok wyjęły broń i rzuciły się do ataku!

Walka była dla mnie bardzo krótka, bo po wymianie kilkunastu ciosów z jednym z przeciwników zostałem powalony i ogłuszony stołem, ale dzięki temu Albrecht mógł położyć jednego z ogrów kilkoma celnymi i silnymi ciosami. Z pozostałą dwójką, w bitewnym szale, ścierał się Imrak. Wkrótce, jak mi powiedzieli, walka się skończyła i na nasze szczęście nikt poza Hugo nie został poważniej zraniony. Ten bowiem podczas ucieczki wyskoczył przez okno i tak niefortunnie wylądował, że na moje oko jeszcze przez kilka dni będzie mu doskwierał ból. Tak to jest, jak się ucieka!

Pozbieraliśmy jakoś siebie, a potem karczmę, przyszła oczywiście straż, oczywiście za późno… A żeby gości było mało, do karczmy wszedł Moritz, sługa hrabiego. Naprawdę, nie wiem, jak mamy zacząć szukać sposobu na zniszczenie zaklętego arfetaktu w takich warunkach. Moritz na szczęście miał dla nas tylko wiadomość o tym, że hrabia czeka na nas w teatrze przy ulicy Cegielnej. Nikt nie musiał wspominać głośno, że chodzi o spłatę naszego długu. To było wiadome.

Wbrew temu, co sobie wcześniej obiecaliśmy podczas rozmowy, w której Albrecht przypomniał nam, że jesteśmy jedną drużyną i byśmy pochowali urazy między nami, bo skończymy, jak Gotri i jego towarzysze, no więc wbrew temu co sobie wtedy obiecaliśmy, rozdzieliliśmy się. Imrak nie mógł zostawić pobratymca w potrzebie, i rozumiem go, ale by za bardzo nie nabroił, poszedł z nim Albrecht. Ja z Siegfriedem miałem iść na spotkanie z hrabią i wrócić jak najszybciej. Tako też uczyniliśmy.

W drodze do teatru tknęło mnie, że skądś znam nazwę tej ulicy. A i owszem, w gazecie pisano, że to przy niej miały miejsce dwa morderstwa przypisywane Nocnej Bestii. Będziemy musieli się temu przyjrzeć, bo seria morderstw rozpoczęła się niedługo po tym, jak przebudził się demon w sztylecie. Kto wie, może to nie przypadek i może jest to jakiś jego sługa? A poza tym nie możemy pozwolić, by po ulicach stolicy Imperium grasował jakiś demon! Wpierw trzeba było jednak spotkać się z hrabią.

Moritz czekał na nas przy bocznym wejściu i zaprowadził nas od razu do loży, w której siedział hrabia. Wyszedł z niej przed nami młody szlachcic, którego twarz była tak nie charakterystyczna, że nigdy bym go nie rozpoznał na ulicy… Gdyby nie jego dziwnie błękitne oczy, ale dość póki co o nim. Weszliśmy do środka, gdzie Hrabia uraczył nas wpierw opowieścią o tym, dlaczego tak upodobał sobie ten teatr w dzielnicy biedoty, który był otwarty wyłącznie dzięki jego mecenatowi, ale darujmy sobie tę historię. Jakkolwiek jego pobudki były prawe, tak nie mają one wpływu na tę historię. Przynajmniej póki co.

Von Reiniger przeszedł w końcu do sedna i zaczął opowiadać o losach pewnej ustawy, której odrzucenie zaowocuje mniejszymi funduszami na ciągle nie zakończoną wojnę z chałosem, która spustoszyła północne regiony Imperium. Południowcom, żyjącym z dala od zagrożonych terenów nie w smak był kolejny podatek, który uszczknął by nieco z bogactwa uzbieranego dzięki poświęceniu dzielnych żołnierzy na froncie. Kilku z nich miało zostać przekupionych nadaniami ziemskimi przez samego księcia-elektora Averlandu, Dessauera! O tym doniósł hrabiemu mężczyzna, jak się okazało kupiec, imieniem Maximilian Saer, którego minęliśmy w drzwiach do loży. By spłacić nasz dług mieliśmy uniemożliwić przekazanie glejtów kupcom. Co miało mieć miejsce następnego wieczora w tawernie Rzeczna, w Westhelm, godzinę drogi barką na południe. Uniemożliwić i nikogo przy tym nie zabić, gdyż wszyscy tam obecni to wysoko postawieni obywatele Imperium. Glejty miał dowieźć na miejsce hrabia Sigmund von Olhendorf. Po tym hrabia nas pożegnał, dając tym samym znać, że lepiej dla nas będzie, jeśli nie spartolimy tego zadania. Dla dobra Imperium…

Siegfried nie był zbyt przekonany co do intencji von Reinigera, ale starałem mu się wybić takie rozważania z głowy. Nie znamy tu nikogo wpływowego poza nim i póki co lepiej mieć kogoś po swojej stronie. A jeśli to jakiś przekręt? Okaże się. Póki co nic nie wskazuje na to, by hrabia nie był wiernym sługą Imperium, a takim trzeba pomagać. Naszym wrogiem jest chałos, a nie my sami!

Po wyjściu z teatru zaczęliśmy wypytywać miejscowych o Nocną Bestię. Kilka sztuk miedziaków dało nam trop, którym był Bełkoczący Franz, pijak, którego spotkać najczęściej można w Pełnym Kuflu. Ten trop musi jednak poczekać, wpierw musimy pomóc hrabiemu, ale wiemy już, gdzie zacząć. Wbrew pozorom słuchanie bezdomnych, śmieciarzy i innych tego typu ludzi ma wiele sensu. Sam najlepiej chyba wiem, jakie rzeczy widywało się na ulicach miasta…

Po powrocie do karczmy czekała nas niemała niespodzianka. Najwyraźniej próba pomocy krasnoludzkiemu kowalowi nie powiodła się naszym towarzyszom, którzy teraz, jak usłyszeliśmy po drodze, są poszukiwani w mieście za morderstwo dwójki krasnoludów. Biorąc pod uwagę to, jak skończyła się sprawa ze złotnikiem, to nie byłem specjalnie zszokowany, ale trzeba przyznać, mają chłopaki rozmach. Morderstwo w karczmie, w środku dnia! Na to, to chyba nawet ja bym nie wpadł. Teraz mieliśmy jednak dużo większy problem na głowie. Imrak i Albrecht musieli na jakiś czas uciec z miasta, co idealnie współgrało z robotą dla hrabiego, jedynym problemem pozostawał Karadin. Długośmy się naradzali, co uczynić i w końcu padło na to, że najlepiej będzie, jak rzemieślnik przyzna się do swego czynu. Ten wziął więc odzyskaną gromrilową zbroję i udał się w miasto, na poszukiwanie strażników. Wraz z Siegfriedem odprowadziliśmy go, by nikt nie napadał go po drodze, po czym wróciliśmy do naszej karczmy, gdzie Imrak i Albrecht szykowali się już, do opuszczenia Altdorfu. My mieliśmy dołączyć do nich następnego dnia.

Gotfried

2 komentarze do “WFRP – Kronika Akolity #4

  1. pablo

    Na pierwszej fotce mam podwójny podbródek jak jakiś tłuścioch. Nie jestem gruby :-(

    Odpowiedz

Dodaj komentarz