WFRP – Kronika Śmieciarza #1

Autor | 30 sierpnia 2014

W ostatnim czasie miały miejsce dwa ważne wydarzenia: wróciliśmy do grania w eRPeGi (to już jakiś czas temu) oraz moja postać, po wielu latach bycia analfabetą, nauczyła się czytać i pisać (to całkiem niedawno). W związku z tym, po raz kolejny wpadłem na pomysł prowadzenia drużynowej Kroniki, dzięki której będę moi współgracze będą mogli bez problemu przypomnieć sobie wydarzenia z poprzednich sesji, ja dam upust swojej żądzy twórczej, a wy – mam nadzieję, że przeczytacie coś ciekawego.

Ale pal sześć przyszłość, skupmy się na obecnej sesji. Gramy w drugą edycję Warhammer Fantasy Role Play, a mistrzuje nam sam Najciaśniejszy z Ciasnych Pablo. Póki co prowadzi zmodyfikowane przygody z podręczników, bo nikt ich nigdy nie czytał, a obecnie czasu tak jakby mniej (nikt nie napisał historii postaci – kiedyś nie do pomyślenia!). W każdym razie nikt na to specjalnie nie narzeka, dopóki wszyscy mają frajdę.

Dla tych, którzy nie znają Warhammera, króóóciutki wstęp. Mamy tu do czynienia z konwencją heroic dark fantasy, czyli „od zera do bohatera, ale prędzej zginiecie”. Świat wcale, ani troszkę, nawet w najmniejszym stopniu nie jest całkowicie zerżniętą wersją naszego średniowieczo-oświecenia z dodatkiem czaszek i mnóstwa innych pierdół (ale to czyni go takim fajnym).

No i przede wszystkim, Chaos.

Chaos to coś unikalnego. Coś, co ciężko opisać słowami, jeśli nigdy nie stanęło się w pobliżu stosu czaszek skąpanego w krwi przez kultystów Khorna; jeśli nigdy nie poczuło się smrodu gnijących ku chwale Nurgla ciał w dzielnicy poddanej kwarantannie; jeśli nigdy nie było się świadkiem obrzydliwej sadomasochisycznej orgii wyznawców Slaanesha; a w końcu, jeśli waszej ścieżki nie poplątał Tzeentch, Architekt Losu i Pan Zmian.

Chaos stanowi ciągłe zagrożenie dla wszystkich istot: kultyści realizują swoje niecne plany, poza miastami grasują dziwne dzikie bestie i bandy zwierzoludzi, a każdego może dotknąć mutacja, na którą jest tylko jeden ratunek – śmierć! Co jakiś czas wyznawcy Niszczycielskich Potęg robią sobie też mniejsze i większe zbrojne rajdy na tereny zamieszkane przez „normalnych” ludzi. I właśnie po jednej z takich inwazji, Burzy Chaosu, która przetoczyła się przez pół Imperium (najważniejszego królestwa ludzi) przyszło nam grać.

A ja, jak zwykle, mam drobny problem z „krótkimi” wstępami. Przejdźmy zatem bez żadnych ceregieli do krótkiego opisu bohaterów tego dramatu, jakim są przygody bohaterów w Starym Świecie. Chociaż nie, jeszcze jedno słówko o stylu kroniki – przygotujcie się na jeszcze gorszy szyk wyrazów, okazjonalne orty i jakieś inne błędy. Moja postać dopiero nauczyła się pisać, bądźcie wyrozumiali ;) Oczywiście w umiarkowanej ilości, żeby można to było jednak czytać bez specjalnych problemów.

Dramatis personæ

Hugo (Basia) – przedstawiciel „szlachetnej” rasy niziołków. Były węglarz, który z dnia na dzień, jak to niziołki mają w zwyczaju, rzucił pracę i ruszył w kierunku Middenheim, w którym chciał spotkać swojego brata. Lub siostrę. Lub kogoś tam z licznej rodziny. Po drodze dołączył do Wesołej Kompanii Gotfrieda, bo razem raźniej (i bezpieczniej). Jak każdy niziołek (kochane stereotypy!) lubi zakładać, że pożyczone mu lub pozostawione na chwilę przedmioty mogą stać się jego własnością. Co wyjątkowe, gustuje w bardzo egzotycznych, wręcz bluźnierczych, potrawach.

Albrecht (Macok) – pochodzący z Middenlandu przemytnik, przedstawiciel najlepszej i najbardziej podatnej na wpływy chaosu rasy – ludzi. Zna kogo i gdzie trzeba, a jak nie zna – to dobrze udaje. Z braku laku zdarza mu się stanąć w boju w pierwszym szeregu, chociaż bardzo ceni sobie swoje życie. Z drugiej strony, wydaje się, że nie przejmuje się zbytnio żadnym bogiem, co stoi trochę w sprzeczności z dbaniem o przeżycie. Najważniejsze jednak, że wie, jak ukryć cenne i nielegalne rzeczy przed okiem Prawa. Chociaż z drugiej strony, nikt nie wie jakie inne tajemnice ukrywa.

Imrak (Młody) – bezrobotny krasnolud ze skłonnością do wywoływania problemów u innych osób, a czasem również u siebie. Wykorzystuje ten talent, by parać się chwalebną pracą rzezimieszka, co od razu dostrzegł Gotfried i postanowił zatrudnić go jako Bajcepsa (jakieś krasnoludzkie określenie, którego nauczył się na wysypisku). W ten właśnie sposób powstała Wesoła Kompania. Imrak lubuje się w gromadzeniu dóbr materialnych i rozłupywaniu głów swoich adwersarzy.

Gotfried (Killu) – kolejny człowiek w drużynie, członek znanej i szanowanej Jednoosobowej Gildii Śmieciarzy a zarazem samozwańczy (choć nigdy się do tego nie przyzna, bo to zbyt trudne słowo dla niego) Krul Wysypiska w Delberz (jedno z większych miast Middenlandu). To ten, który niedawno na przyspieszonym kursie nauczył się czytać i pisać. Nie licząc korony z czaszki, niczym nie wyróżniał się spośród śmieciarzy, co miało swoje plusy. Jednak po kilkudziesięciu latach takiego życia postanowił spieniężyć cały dobytek i ruszyć w świat, by stać się przynajmniej tak znanym i bogatym, jak jego siostra – łowczyni nagród, o której ostatnio nie było żadnych wieści. Wózek i jego zawartość pozwoliły mu kupić łuk, ubranie i trochę żywności, by wyruszyć w świat. Początkowo swoje kroki skierował do Middenheim, stolicy prowincji, a jego droga prowadziła przez miasteczko Untergard.

Kronika Śmieciarza

Rozdział I

O tym, jak nadeszły panie

Jam jest Gotfried I z rodu Gotfrieda, który to będę spisywał te kronike dla potomnych, co by wiedzieli, jakie dziwy napotkaliśmy po drodze i cośmy chwalebnego uczynili. Przygoda nasza rozpoczęła się w Utergardzie, chociaż moja Wesoła Kompanija uformowała się już wcześnij. Jednak to dopiero tam braliśmy udział w czymś godnym wzmianki.

Kiedy doszli my do miasteczka, pół z niego, za rzeką, wyglądało jak ruina, a drugie pół niewiele lepij. Obrzeża były wyludnione, ale usłyszeliśmy jakiś gwar z centrum więc postanowiliśmy się tam udać. Na niewielkim placyku ( w mieście, z którego pochodzę, były większe) zebrało się mnóstwo osób. Zagailiśmy pierwszą lepszą, która powiedziała na, że jakiś kapitan Schindler ma ogłosić coś ważnego. Z mojego doświadczenia wiedziałem, że albo można liczyć na coś za darmo, albo będziemy musieli szybko się zmyć, w czym na szczęście jestem całkiem dobry, chociaż wiek już nie ten.

W końcu jakiś starszy wąsacz wspiął się na jakąś skrzynke, przywitał zgromadzonych, rozwinął kartkę i zaczął czytać, czego bardzo mu zazdrościłem. Jak się okazało, sam prawowity władca Middenlandu, książę Todbringer, w podzięce wysłał miastu, jakże potrzebne w czasach wojennej zawieruchy, zapasy żywności! Czyli jednak żarcie za darmo, odetchłem z ulgą. I w tym samym momencie, w którym sobie westchłem – nie uwierzycie! – ognisty pocisk ugodził kapitana Schindlera w bok! Ludzie stali jak słupy soli, ale kiedy straże krzyknęły, że mostem nadbiega banda mutantów, wszyscy wpadli w panikę i rzucili się do ucieczki. Tylko moja Wesoła Kompania i kilku strażników stało na drodze ohydnych bestyji – czwórki mutantów chaosu. Nie przyglądałem się im zbyt dokładnie, bo powiadają, że od samego patrzenia można się czegoś nabawić, a mnie się moje ludzkie ciało podoba… Jedyne, co pamiętam, to macki jednego i dziwna, bardzo dziwna twarz drugiego, którą wolałbym zapomnieć.

Niemniej, z tymi bestyjami się starliśmy w nierównej, o dziwo na naszą korzyść, walce, ale któż by potrafił zrozumieć stwory Chaosu. Bitwa pozwoliła mi pokazać wszystkim zgromadzonym, że życie na śmietnisku nie jest taki proste, jak im się wydaje, i hartuje zarówno charakter, jak i ciało. Tak wywijałem siekierką, że zawstydziłem nawet krasnoluda, bo pogrążywszy się w furii godnej wyznawcy Ulryka, sam powaliłem dwóch mutantów. Nawet strażnicy nie dowierzali, że tak sprawnie nam poszło i że nikt nie został nawet ranny. Słabi ciałem i wolą są ci wyznawcy Sigmara, a niby żyją w Middenlandzie, świętej ziemi Ulryka.

Po upewnieniu się, że nic nam już nie zagraża, wróciliśmy na plac, gdzie opatrzono już kapitana. Paskudnie dostał, ale nie pokazywał tego po sobie. Tym bardziej, że jako człowiek z największymi jajami w wiosce, został po cichu wybrany szefem – widać to było we spojrzeniach wieśniaków. Kiedy se tak staliśmy i podziwialiśmy przyrodę, na skraju placu zrobiło się jakieś zamieszanie. Wśród tłumu dało się usłyszeć ciche „Hans, to Hans!”, a po chwili na środku placu stanął jakiś półdzikus – pewnie miejscowy łowca. „Nadchodzą panie” rzekł, ale szybko zauważył, że nikt nie miał za bardzo pojęcia o co mu chodzi. „Kapitanie, zwierzoludzie, cała banda, nadciąga z południa w naszą stronę. Dwie setki przynajmniej. Musimy uciekać!” Tłum po raz drugi wpadł w panikę. Dało się słyszeć głosy niedowierzania ludzi, którzy nie chcieli opuścić całego swojego dobytku, byli jednak w mniejszości. Większość ludzi miała na tyle dużo zdrowego rozsądku, by bardziej cenić swoje życie. Możliwe, że spalona i zrujnowana część miasta tuż za rzeką pomogła im to sobie uświadomić.

Niemniej, przed moją Kompanią wybuchła gorąca i na szczęście krótka i owocna dyskusja. Na szczęście, ponieważ zgromadzeni ludzie dla własnej wygody ignorowali nas. Gościnni ci sigmaryci. Kapitan w końcu zadecydował, że trzeba uciekać do Middenheim, bo z taką bandą setka ludzi nie ma najmniejszych szans. Te liczby przemówiły do ostatnich niezdecydowanych. W końcu zwrócił się i do nas, dziękując za pomoc i uratowanie jego ludzi, w zamian zapraszając nas na posiłek zrobiony z zapasów wysłanych przez księcia-elektora. W końcu! Poproszeni też zostaliśmy o kolejną przysługę, korzystną również dla nas. Kapitan nie pogardzi bowiem ludźmi zdolnymi do walki, moglibyśmy więc wyruszyć z mieszkańcami Utergardu. Nie powiem, było to nam na rękę. Nie dość, że kierunek ten sam, to jeszcze czekała nas przeprawa przez dzikie ostępy Drakwaldu, a tam zawsze lepiej iść większą bandą. Nie naradzając się zbyt długo, uznaliśmy, że jutro wyruszamy z kapitanem.

Po pospiesznych przygotowaniach i zbyt krótkim śnie, wyruszyliśmy w podróż do Middenheim…

 Rozdział II

O tym, jak zakopaliśmy pod ziemią ponad setkę złotych koron

Wyruszyliśmy z samego rana, zaraz po błogosławieństwie udzielonym przez ojca Dietricha, kapłana Sigmara. Każdy, kto zdolny był do walki, osłaniał kolumnę, a nam w udziale przypadła straż niedaleko wozów. Na jednym z nich jechała miejscowa znachorka, podstarzała Babunia, tak na nią wołali, która zajmowała się sierotami. Kapitan, po naradzeniu się z Hansem, postanowił, że pójdziemy szlakiem niedaleko Grimminhagen, z którego przed laty uciekli obecni mieszkańcy Utergardu. Wsioki jak zwykle skarżyły się na podatki i szlachcica-tyrana. Spróbowaliby pożyć w mieście, tam to by dopiero dostali w kość!

Nikt z naszego pochodu nawet nie pomyślał o tym, by ostrzec swoich nie aż tak dawnych sąsiadów przed nadciągającą bandą. Ponieważ nasza kolumna poruszała się wolno, postanowiliśmy, że ostrzeżemy biednych, niewinnych wieśniaków, a przy okazji sobie pozwiedzamy okolicę. Zresztą, krasnolud zaczął narzekać na nudę, a na takie coś lepiej uważać, z nimi nigdy nie wiadomo. Wyprawa do Grimminhagen okazała się być jednak strasznie nudna i bezowocna. Na miejscu spotkaliśmy się z bardzo oschłym przyjęciem przez zarządcę Guntera, który w dupie miał nasze ostrzeżenie. Cóż, wioska i tak wyglądała już tragicznie, może kolejny najazd nie zrobiłby mu różnicy. Niemniej, do naszej kolumny dotarliśmy na długo przed nocnym postojem.

Póki co podróż była mało interesująca, aż do kolacji nic się nie wydarzyło. Za to w trakcie wydzielania racji na wieczorny posiłek, nasz towarzysz Hugo zasłużył sobie na uwiecznienie w mojej Kronice. Czym? Ano tym, że, nie oszukujmy się, jedzenia dla wszystkich było mało i musieliśmy je oszczędzać. Dlatego też niziołek, jako znawca kulinarnego fachu (jak każdy z pokurczy), zaproponował, ciut za głośno, by on zjadł jedno z tych wkurzających sierot. W końcu to nie kanibalizm. Udało nam się na szczęście wygadać z tej sytuacji, utrzymując, że Hugo nienawidzi dzieci z powodu jakichś traumatycznych przeżyć. Ale trzeba na niego uważać, skoro zjadł by se bachora, to kto wie, czy kiedyś nie obudzę się bez kilku smakowicie wyglądających palców…

To oczywiście nie był koniec atrakcji tej nocy. Pierwsze warty minęły oczywiście spokojnie, zawsze tak mijają te pierwsze, ale na jednej z późniejszych wart, jeden z bachorów Babuni zaczął beczeć, coraz głośniej. Wygramolił się w końcu z wozu i wtedy było już jasne, że starucha go nie uspokoi. Tak się złożyło, że to oczywiście ja byłem wtedy na straży, dzieciak podszedł więc do mnie i zasmarkany powiedział mi, że Babunia zniknęła. Nie zastanawiając się dużo rzuciłem okiem do wozu, żeby potwierdzić rewelacje Franka i pobiegłem budzić Hansa oraz moją Kompanię.

„Hans, Hans, Babunia zniknęła, musisz ją wytropić!” Tak mu powiedziałem, ponieważ żadne z nas nie potrafiło tropić. Łowca nie musiał się za dużo natrudzić, by odnaleźć ślady starszej kobiety. Jak się okazało, znachorka wymyśliła sobie, że pójdzie nocą pozbierać zioła lecznicze! Cóż za lekkomyślny i bardzo podejrzany pomysł. Od razu pomyślałem, że trzeba będzie mieć ją na oku… ale muszę zapamiętać, by zawsze mieć na oku najpierw swoje życie, bowiem żaden z nas nie zauważył ani jak, ani kiedy zostaliśmy otoczeni przez oddział spiczastouchych. Że niby Babunia jest mutantem, bo tylko mutanci łażą nocą po Drakwaldzie i takie tam gadki. Na szczęście rozumieli po ludzku i mogliśmy im wyjaśnić, że to stara znachorka zbierająca zioła. W takim wieku ludzie się w końcu dziwnie zachowują, przynajmniej niektórzy. Elfy to łyknęły, obiecaliśmy im, że będziemy lepiej pilnować Babuni. Cudem uniknęliśmy naszpikowania strzałami, dlatego bardzo się cieszyłem, kiedy do rana obyło się już bez problemów.

Oczywiście błogi spokój nie trwał długo. Kilka godzin po tym, jak wyruszyliśmy, natknęliśmy się na pobojowisko. Wywrócony wóz, kilkanaście trupów porozwalanych w okolicy… Taki opis otrzymaliśmy od zwiadowców. Konwój zatrzymał się więc, a cześć z nas ruszyła naprzód, dowiedzieć się, co się tam stało. A długo się nie trzeba było zastanawiać – każdy, kto choć przez chwilę mieszkał nieopodal dzikich ostępów Drakwaldu jest w stanie rozpoznań goblińskie strzały. Ciała niestety wyglądały na całkiem świeże, co źle nam wróżyło. I jak się okazało miałem rację, bo już po chwili zza drzew poleciały pierwsze strzały zielonoskórych maruderów! Grupa, która nas zaatakowała była na nasze szczęście całkiem mała, jak na goblińską bandę. Szkodniki musiały nie zauważyć, że nie mają dwukrotnej przewagi, albo były jeszcze ogarnięte żądzą mordu po poprzedniej walce. W takim stanie stanowiły jednak groźnego przeciwnika. Po naszej stronie mieliśmy jednak krasnoluda, który jak nikt inny nienawidził tych zdradzieckich poczwar. Walka, choć krwawa i okupiona ofiarami, nie mogła się jednak skończyć inaczej, niż naszym zwycięstwem.

Jak się jednak okazało, nasza radość z wygranej potyczki była jednak przedwczesna. W bitewnym zgiełku śmiertelnie ranny został bowiem ojciec Dietrich, który przybył na pobojowisko, by odprawić modły nad zmarłymi. Ostatnim tchnieniem z niewyjaśnionych powodów przywołał mnie do siebie, choć może to przez to, że byłem najbliżej, i poprosił, by wyświadczyć mu ostatnią przysługę. Ojciec miał bowiem przy sobie cenną ikonę, którą chciał dostarczyć do świątyni Sigmara w Middenheim, a mi, jako człowiekowi prawemu i wierzącemu, nie wypadało odmówić. Kapłan, choć innego boga, wyzionął ducha w spokoju, a wydarzenie to przyćmiło radość z naszego zwycięstwa.

Po bitwie uporządkowaliśmy pobojowisko, chowając ludzi i odprawiając skromny rytuał. Krasnoludowi, jako przedstawicielowi rasy jakże bliskiej samemu Sigmarowi, udało się przekonać wszystkich, z moją pomocą, że zabranie młota poległego kapłana nie będzie niczym strasznym. Jego kolczugę, wartą ponad setkę złotych koron, zmarły wziął jednak ze sobą w ostatnią podróż. A mogła dalej służyć ludziom, ku chwale Sigmara! Cóż, jeśli ktoś nie znajdzie się na samym dnie, to nigdy nie nauczy się doceniać każdego daru od kapryśnych czasem bogów.

Nim dotarliśmy do Middenheim spotkała nas jeszcze jedna, bardzo dziwna, wręcz plugawa, przygoda. Najchętniej to bym o niej zapomniał i nic tu nie wspominał, ale kronikarski obowiązek mi na to nie pozwala. No więc, po tym, jak uporządkowaliśmy pobojowisko, mieliśmy ruszyć w dalszą, krótką, drogę. Kapitan zapowiedział bowiem od razu, że jak tylko znajdziemy dobre miejsce na rozbicie obozu, to tak czynimy – na dziś koniec wrażeń, ludziom trzeba dać odpocząć po walce. Mądry z niech chłop. Nim jednak wybyliśmy, zauważyłem, że Babunia, którą przyprowadzili tu po walce, by opatrzyła rannych, stoi na skraju drogi w pewnym oddaleniu od naszej grupy. Podszedłem do niej, wiedziałem bowiem, że trzeba jej pilnować, jednak gdy byłem blisko, jak się okazało, skrzyżowania z zarośniętą drogą, usłyszałem jej cichy płacz. Na pytanie o to, co się stało, opowiedziała mi, że kiedyś mieszkała w wiosce do której prowadziła ta droga, jednak jej rodzinę spotkał ciężki los. Ojciec Babuni przed pewną zimą ukrył trochę jedzenia przed zarządcą, co niestety wyszło na jaw. Żołnierze miejscowego grafa, tego z nieprzyjemnej wiochy, wymierzyli „sprawiedliwość”, paląc go dla przykładu na stosie. Nieciekawy los…

Ten przydługi wstęp pozwoli wam jednak, tak jak i mi pozwolił, zrozumieć późniejsze czyny Babuni. W nocy bowiem po raz kolejny zniknęła. Tym razem jednak, tknięty przeczuciem, poprowadziłem grupę ratunkową w kierunku owego skrzyżowania. I nie zawiodłem się. Gdy tylko skręciliśmy w zarośniętą odnogę, poczułem się dziwnie, coś było nie tak. Za zakrętem dostrzegliśmy rozpalone ognisko, wokół którego tanecznym krokiem chodziła… nie, to nie mogła być ona, ale każdy wtedy ją widział… Babunia. Odprawiająca jakiś plugawy, czarodziejski rytuał. Chcieliśmy do niej podejść, chociaż nie, tak naprawdę nikt nie chciał zostać zamieniony w żabę, ale na naszej drodze stanęły cztery rosłe wilki, które wyraźnie pilnowały tego miejsca. Zaczęliśmy się szybko naradzać, a raczej próbować dowiedzieć, kto jest na tyle głupi, by rzucać się na wiedźmę. Ja jednak domyślałem się, co planuje Babunia – zemstę na tych, którzy zabili jej ojca w bestyalski sposób. Czasem bowiem, ludzie robią bardziej plugawe rzeczy bez pomocy Chaosu… Nie miałem zatem najmniejszej ochoty, by jej przerywać, zresztą, konsekwencyje i dla nas mogły by być, delikatnie to ujmując, nieprzyjemne.

Nikt zatem nie rzucił się do przodu, nie stanął przed wilczym pyskiem pełnym ostrych kłów. Babunia w spokoju dokończyła rytuał, a w ognisku pojawiła się plugawa, zrodzona z demonicznego ognia, istota. Usłyszeliśmy tylko rozkaz staruszki, która w końcu, po tylu latach mogła zemścić się za krzywdy wyrządzone jej rodzinie wiele lat temu. A my, my staliśmy w ciszy, przerażeni, dopóki żywy płomień nie wzbił się do góry, choć jeszcze długo po tym baliśmy się zbliżyć do przeklętego miejsca. Wilki jednak gdzieś czmychnęły, jakby trzymane na miejscu wolą Babuni, która leżała – wyczerpana lub martwa – na środku drogi do jej rodzinnej wioski.

Gdy w końcu zebraliśmy się na odwagę, by zbliży się do ogniska, dla staruszki było już za późno – choć mogło być już za późno, gdy rozpoczynała zaklęcie. Tego nigdy się nie dowiemy. Jedyne, co do czego możemy mieć pewność, to to, że zmarła szczęśliwa, z uśmiechem tryumfu i ulgi na ustach. Plugawą księgę, która leżała obok niej bez namysłu i jak najszybciej wrzuciliśmy za to do ognia, by zakończyć ten rozdział historii jak najszybciej…

Dodaj komentarz