WFRP – Kronika Śmieciarza #2

Autor | 20 września 2014

Przed wami kolejna część Kroniki Śmieciarza. Kompanii udało się w końcu dotrzeć do Middenheim, stolicy najlepszej prowincji Imperium, Middenlandu. Nieśli ze sobą ikonę przedstawiają samego Sigmara, którą powierzył im zmarły w ataku goblinów ojciec Dietrich. Co postanowili z nią zrobić? Co spotkało ich w mieście? Ile kto zaliczył headshotów? Czy Mistrzowie Gry powinni mieć przygotowaną wcześniej obszerną listę imion dla losowych NPCów?

Kronika Śmieciarza

Rozdział III

O dziwnych imionach mieszkańców Middenheim

O prawdziwym losie Babuni opowiedzieliśmy tylko kapitanowi Schindlerowi, który poprosił nas o dochowanie tajemnicy, żeby jeszcze bardziej nie pogrążać ludności Utengardu XXX tym, że ich znachorka była wiedźmą. Nad ranem mamy wyruszyć więc w dalszą drogę, w jeszcze skromniejszym gronie. Mam nadzieję, że nic poważnego się nam nie przytrafi, bo nie został tu chyba żaden fleczer, ani nawet ktoś znający się na podstawach podstaw leczenia.

I nic poważnego się nam nie przitrafiło, aż do samej stolicy, której widok zaparł dech w piersiach każdego middenlandczyka. Middenheim, Miasto Białego Wilka, potężna forteca wybudowana na ogromnej skale, górowało nad całą okolicę… ale miasto to było też ranne. Inwazja armii chaosu, o której wszyscy słyszeli, a wielu w ten czy inny sposób spotkała, pozostawiła miasto w okropnym stanie, z wyburzonymi murami na wschodzie i zrujnowanymi budynkami wewnątrz. Smutny był to widok nie tylko dla wyznawcy Ulryka, ale także dla każdego człowieka, bowiem te hordy bestii mogły trafić do każdego miasta. Dobrze, że trafili na nas! Rycerze Białego Wilka zgotowali im zapewne godne powitanie!

Okoliczne tereny, zaatakowane przez armię uchodźców nie tylko z całego Middenlandu, ale również innych prowincji, prezentowały się jeszcze gorzej. Tysiące obdartych, wygłodzonych ludzi żyjących, w najlepszych przypadkach, w szałasach i namiotach, krzyczących, domagających się i nie robiących niczego, by poprawić swój byt. Tylko „wpuśćcie nas do miasta!” można było usłyszeć co chwilę. Przydałby im się trening, jak zapewnia Gildja Śmieciarzy. Mieszkańcy Utengardu rozbili tymczasowy obóz pod murami, a Kompania udała się do miasta wraz z kapitanem, by załatwić mu opiekę medyka. Ulokowaliśmy się w Kwitnącej Wierzbie, karczmie, której właścicielem jest dawny towarzysz Schindlera. Trochę się ceni, ale jadło dobre, a łóżka wygodne. Nocleg godny Krula Śmieciarzy.

Korzystając z okazji, postanowiliśmy udać się do Sigmarytów, by wręczyć im ikonę, którą otrzymaliśmy od ojca Dietricha. Zastanawialiśmy się nad tym, czy nie przygarnąć złotej ramki, w końcu tylko obrazek jest święty, le stanęło na tym, że lepiej nie zadzierać z żadną świątynią. Jest przecież tylu normalnych ludzi, na których można się wzbogacić, nie rozgniewując przy tym bogów. Jedynie Albrecht marudził pod nosem, ale ten to się bogów nie boi. Będziemy mieć przez niego kiedyś kłopoty… W świątyni Sigmara zostaliśmy skierowani do ojca Mortena, kapłana prowadzącego zajęcia na miejscowym uniwersytecie. Znaleźliśmy go bez żadnych trudności, wręczyliśmy ikonę i z nagrodą w rękach poszliśmy do karczmy zadowoleni, że problem z głowy, a bogowie nierozgniewani. Jakże się myliłem! Nie zdążyliśmy spożyć strawy i dopić piwa, kiedy do budynku wszedł cały oddział straży miejskiej, który od razu podszedł i otoczył stół, przy którym siedzieliśmy. „Jesteście aresztowani!” – warknął sierżant. Byliśmy lekko zdziwieni, żeby nie powiedzieć zszokowani. Odmówiono nam wszelkich wyjaśnień, a że strażników było dwa razy więcej niż nas, postanowiliśmy się podporządkować. Może to tylko pomyłka…

Kapitan straży był o wiele bardziej rozmowny i okazało się, że to jednak pomyłka, bowiem zamordowano ojca Mortena od ikony, my widzieliśmy go jako ostatni, ale po co mielibyśmy mieli najpierw oddawać mu ikonę, a potem go zabijać, żeby potem ją sprzedać… Pozostało tylko przekonać o tym straż. Z pomocą przyszedł nam kapitan Schindler, który poświadczył o naszej prawości. Kapitanowi nie pozostało nic innego niż… zakazać nam opuszczania miasta i rozkazać nam wykonanie jego roboty, czyli odnalezienie mordercy. Na szczęście dostaliśmy chociaż glejt, którego żaden z nas nie potrafił przeczytać, a który miał poświadczać o tym, że pracujemy dla straży. Nie pozostało nam nic innego niż pokornie współpracować lub spieprzyć, gdy tylko nadarzy się okazja. Doszliśmy do wniosku, że dobrze było by zacząć od rzucenia wprawnym, bohaterskim okiem na miejsce mordu. Udaliśmy się więc na uczelnię. Po pokazaniu mu glejtu, woźny był nam bardzo pomocny, powiedział nam między innymi, że chwilę przed naszym przybyciem u kapłana był jego nieuk siostrzeniec, który z powodu ustawicznych problemów na uniwerstytecie był hańbą dla rodziny Mortena. Świetnie, mamy morderce!

Dla świętego sumienia poszliśmy jeszcze przeszukać kwaterę kapłana. Po wnikliwych oględzinach, Albrecht dostrzegł małą strzałkę wbitą w szyję kapłana, a ja odkryłem zadrapania na framudze okna. Zaczęło mi to śmierdzieć, ale nie tak dosłownie, szczurami. Nie chciałem jednak tego za głośno mówić, bo wiem jak na takie rewelacje zawsze reagowali w miastach, a mieliśmy jeszcze do sprawdzenia tego młokosa. Nie pozostało nam nic innego, jak rozdzielić się i zbadać okolicę, ale nie dowiedzieliśmy się z tego niczego użytecznego. Owszem, zamordowano strażnika uniwersyteckiego parę dni temu, co znaczy, że ktoś mógł przygotowywać się do tego morderstwa, ale to była tylko poszlaka. Postanowiliśmy, że zapytamy o to później straży miejskiej.

Nadeszła w końcu pora, by ruszyć tropem siostrzeńca! Wypytaliśmy o niego kogo tylko się dało w świątyni i na uniwersytecie. Kapłani przydzielili nam jako przewodnika i tłumacza tekstów pisanych Osada Androida, pochodzącego pewnie z jakiegoś egzotycznego zakątka świata. Chłopak uczęszczał z podejrzanym na niektóre zajęcia i był bardzo chętny do pomocy. To od niego dowiedzieliśmy się o ukrytej pasji mordercy – teatrze. Nie trwoniąc czasu wyruszyliśmy pod wskazany adres.

Do elitarnego, a jakże, klubu, w którym odbywały się spotkania domorosłych aktorów nie chciano nas oczywiście wpuścić, ale po naszej stronie drzwi był Imrak, a po ich nie było żadnego krasnoluda. Wynik mógł być zatem tylko jeden – po chwili mieliśmy podejrzanych o współudziałowanie na tacy. Najbardziej interesującą osobą była zapłakana smarkula, którą Imrak chciał zmusić do mówienia absolutnie wszystkiego, ale przeszkodziliśmy mu w dalszym perswandowaniu, gdy tylko obiecała zaprowadzić nas do chłopaka. Pozostałym zgromadzonym doradziliśmy zajęcie się czymś bardziej pożytecznym, a sami udaliśmy się do meliny, w której ukrył się siostrzeniec Mortena.

Na miejscu okazało się, że ta żałosna osóbka raczej nie popełniła tego czynu, bo prędzej sam by się zabił tą igłą niż potrafił posłużyc się dmuchawką. Coś tam kwilił do nas pod nosem, gdy Imrak próbował doprowadzić go stanu przesłuchalności, ale szybko doszliśmy do wniosku, że to nie on. Oczywiście lepiej dmuchać na zimne, jak mawiała moja matka, choć to dziwne, bo w Middenlandzie wszystko jest zwykle zimne, no ale prewencencyjnie odprowadziliśmy parkę na straż.

Kapitan nie był zbyt zadowolony widząc takich podejrzanych, ale nic nie powiedział, gdyż od razu pokazaliśmy mu znalezioną w szyi Mortena strzałkę. Od razu się ożywił i poprowadził nas do magazynu. Jak się okazało, nie było to pierwsze niewyjaśnione morderstwo do którego użyto zatrutego pocisku. Pozostałymi ofiarami był strażnik uczelni, na wzmiankę o którym już trafiliśmy, krasnoludzki dozorca i niezjedentifikowany osobnik, którego znaleźli przy wejściu do kanałów. Czyli jednak ludzie-szczury! Miał on na sobie dziwny wisiorek, który kojarzył się z sigmarytami, ale był jakiś podejrzany. Zwinęliśmy go więc, by popytać w świątyni.

W tym miejscu rozdzieliliśmy się – część udała się do urzędasów, by zdobyć mapę kanałów, które chcieliśmy odwiedzić, podejrzewaliśmy bowiem, że tam znajdziemy rozwiązanie zagadki. Część udała się do sigmarytów, by spytać o medalion, kapłani nabrali jednak wody i zaczęli się dziwnie zachowywać. Ba, nawet nas wyprosili! Potem się im dobierzemy do tyłków, najpierw skaweny. No i wreszcie Imrak poszedł do krasnoludzkiej gildii, której odźwiernego sprzątnęli, nie dowiedział się tam jednak niczego konkretnego. Jego pokojowe metody perswanzji przydałoby się kiedyś poprawić.

Rozdział IV

O perfumach, szczurach i strzałach w głowie

Bogatsi w mapę kanałów, nie chcieliśmy jednak schodzić do ciasnych i śmierdzących podziemi w tak nielicznej grupie, tym bardziej, że niziołek się na nas wypiął i nie chciał iść do kanałów. Cóż, mniej osób do podziału, nie będę narzekał! Zwerbowaliśmy więc kilku ziomków z Utengardu korzystając z glejtu i ruszyliśmy pod Middenheim. Cuchnęło tam jak cholera, a nałaziliśmy się sporo nim dostrzegliśmy blask latarni w oddali. Nie mając za bardzo wyboru ruszyliśmy w tamtą stronę – oni z pewnością również nas dostrzegli, a nie mogliśmy pozwolić im uciec… chociaż o dziwota nie uciekali. „No, nareszcie jesteście” usłyszeliśmy. Pomylili nas! Albrecht, jako ten z najbardziej zakazaną mordą, spróbował przejąć inicjatywę i dobić targu z obcymi, na nasze jednak nieszczęście ci szybko połapali się, że nie mamy pojęcia o co chodzi. Wywiązała się krótka walka, w której ranny został Imrak, pozostali cudem nie zginęli od wystrzału z pistoletu, a ja trafiłem z mojego krótkiego łuku w głowy dwóch z trzech mężczyzn. Czasem cieszę się, że stać mnie było ledwo na taki łuk, zamiast tego pięknego długiego, dzieło rąk Nordlandzkich mistrzów… Marzenia na bok, zwinęliśmy wszystko, co było warto i spieprzyliśmy na powierzchnię, by opatrzyć Imraka i odetchnąć świeżym powietrzem.

Gdy krasnolud dochodził do siebie po otrzymaniu pomocy od babci-znachorki, my przeglądaliśmy wszystkie dobra pozostawione nam przez przestępców z podziemi. Oprócz pistoletu, którego każdy bał się dotykać, no, poza mną, ale szybko wybili mi to z głowy, bo niby wszystkich pozabijam i takie tam gadanie. Ja zaiwaniłem świetny płaszcz i butelkę perfum, żeby w końcu pokazać moje arystokraczne korzenie, reszta coś tam mniej istotnego, a wszyscy pochyliliśmy się nad nową, zdobytą mapą, na której jeden z rejonów w kanałach oznaczono jako „nie zbliżać się”. Tego oczywiście dowiedzieliśmy się dopiero w karczmie, bo my tam widzieli jeno zakreślony obszar i jakieś krzaczki, z których rozpoznałem jedną literę! Ha, wtedy już wiedziałem, że czytanie i pisanie są mi, no ten, pisane. Oczywiście zostawienie niziołka samego w mieście musiało się źle skończyć – bez naszej zgody sprzedał za śmieszne pieniądze kilka mieczy, które wcześniej udało się nam zdobyć. Z tymi złodziejaszkami zawsze są problemy, dobrze chociaż, że nie musieliśmy wyciągać go z pierdla.

Pojedli my, odpoczli my i odprawili my tych pachłków z Utergardu, bo jacyś tacy bezużyteczni byli, zresztą wzięliśmy ich tylko na jedno zejście. A umów trzeba dotrzymywać, przynajmniej zazwyczaj. No i ponownie ruszyliśmy w kierunku kanałów, tym razem jednak kierując się w stronę zaznaczoną na mapie pokonanych dzień wcześniej przestępców. Miałem przeczucie, że to dobry trop. Na miejscu kanały wyglądały jednak zupełnie tak samo, jak wszędzie indziej, ale zamiast ludzi dostrzegliśmy go! Szczura, który wyraźnie czegoś pilnował. Wybrali do tej roboty najgorszego, ta łajza nie usłyszała nas, jak się podkradaliśmy! Szybko rozprawiliśmy się ze strażnikiem, odsunęliśmy jego truchło na bok i zaczęliśmy szukac, czego pilnował.

Szczur stał na straży ślepej odnogi korytarza. Pomyśleliśmy sobie, że nie może tak być! Imrak zaczął badać ściany tunelu i dzięki krasnoludzkiej wiedzy o wszelkich podziemnych rzemiosłach, udało mu się odnaleźć ukryte przejście. Co za sprytne szkodniki. Przecisnęliśmy się niewysokim tunelem i weszliśmy do większej korytarzopieczary. Za dużo sobie nie popodziwialiśmy, bowiem szybko dostrzegło nas kilku skawenów, którzy najwyraźniej uczynili sobie z tego miejsca nowy dom. Spanikowały i rzuciły się na nas w szaleńczej próbie powstrzymania bohaterów! Gromiłem strzałami na lewo i prawo, i nawet nie dostrzegłem, gdy od celnego trafienia w głowę padł większy, paskudniejszy i zwinniejszy szczur, pewnie przywódca bandy. Bez trudności rozgromiliśmy wszystkie szczury i przystąpiliśmy do poszukiwań dowodów, że to te paskudy stały za morderstwami. Każdy bał się tknąć tego ścierwa, bo to szczury więc chore, do tego chaosowe i każdy bał się mutacyji. Albrecht w końcu odważył się przeszukać szefa, owijając rękę szmatą. Znalazł przy nim dmuchawkę i strzałki, pewnie dokładnie takie same, jak w szyjach ofiar. W sąsiednim pomieszczeniu, które zabójca uczynił swoim legowiskiem, znajdował się rozbity posąg jakiegoś boga, a także skradziona ikona i kilka innych religijnych rzeczy. Może ten szczur chciał się nawrócić? Nawet jeśli, to zasługiwał i tak jeno na oczyszczenie w ogniu…

Przed powrotem do tuneli odrąbaliśmy jeszcze głowę jednemu ze skawenów, żeby mieć dowód na straży. Oczywiście zawineliśmy ją w szmaty i nieśliśmy na ostrzu miecza, licho nie śpi przeca. Podróż na powierzchnię odbyła się już bez problemów, a my, jak prawdziwi bohaterowie, udaliśmy się najpierw do karczmy, by zmyć z siebie wszelkie gówno i zjeść coś, bo wyprawa była całkiem męcząca, jakby nie patrzeć. Wypoczęci, następnego dnia udaliśmy się do siedziby straży miejskiej, by oznajmić nasz sukces. Spodziewałem się wiwatów, wdzięcznych ludzi i bohaterskiego przyjęcia, dostałem tylko sakiewkę i uścisk dłoni. Też dobrze. Może następnym razem zrobimy coś jeszcze bardziej heroicznego niż uratowanie miasta przed skaweńskim zabójcą!

Gotfried

Dodaj komentarz