WFRP – Kronika Śmieciarza #3

Autor | 2 października 2014

Uf, zdążyłem. Kolejna sesja już w ten weekend, a do naszych szeregów dołącza Paździoch, który wcieli się w rolę Hansa, przejmując go od Pitera, który gościnnie wystąpił w siódmym rozdziale. Wypadałoby więc, żeby mógł sobie poczytać o tym, co działo się ostatnio. Również wy po lekturze tego tekstu będziecie już mniej więcej na biżąco z historią Gotfrieda i jego Kompaniji. A zaczyna się robić plugawie i niebezpiecznie – drużynę czeka bowiem pierwsze poważne spotkanie z chaosem. Czy wybrną z niego obronną ręką? Kogo spotkają na swojej drodze? Ile Punktów Przeznaczenia wydadzą?

Kronika Śmieciarza

Rozdział V

O tym, że nie warto pomagać kapłanom

Na czym to ja skończyłem? Ach tak, na sławie, bogactwie i chwale, które były naszym udziałem po znalezieniu mordercy ojca Mortena. A raczej stałyby się, gdyby straż miejska była trochę wdzięczniejsza za odwaloną za nich robotę. Musieliśmy się więc zadowolić wypchaną sakiewką i sytym posiłkiem w karczmie na nasz koszt. Nawet niziołek gdzieś się znalazł, dziwnym trafem jak szlimy po nagrodę, a nie jak bylimy rozwiązywać tajemnicze morderstwo. Pal go sześć, może się jeszcze do czegoś przyda.

Kiedy my sobie tak siedzieli w karczmie i napełniali puste brzuchy, przed karczmą zrobiło się jakie zamieszanie. Ktoś rzucił okiem na zewnątrz i szybko wrócił do patrzenia w swój talerz, szepcząc przy tym tylko z przerażeniem i nabożną czcią: „Czarna kareta!” To nigdy nie jest dobry znak, kiedy Ulrykowcy wożą się nimi w Twojej okolicy, pamiętaj o tym, drogi czytelniku. A, co oczywiste, kapłani szukali naszej kompaniji. Weszło ich kilku do środka, i to takich, że ja się ciągle dziwię Albrechtowi, że on niewierzący jest. Normalnie jak jakiś kiepsko ukrywający się kultysta chałosu! Tak bym se o nim pomyślał, gdybym go nie znał osobiście. Klechy podeszły do nas, zlustrowały nas i jeden w końcu rzekł „jedziecie z nami”. Dugnąłem tylko łokciem Albrechta, żeby nic nie kombinował, krasnalem się nie przejąłem, bo i tak niczemu bym nie zapobiegł, a nizioł pewnie pójdzie bez gadania. Jak co z wszystkiego się wykręci, jak zwykle. Muszę go kiedyś zapytać, jak on to się z tych wszystkich opresyj wywija. Może i ja bym się tak nauczył?

Zostaliśmy więc zaproszeni na przejażdżkę, której nie warto było odmawiać. Kapłani podwieźli nas do Świątyni Ulryka – tak, tej middenheimskiej Świątyni, gdzie czekał już na nas Ranulf, jeden z najwyżej postawionych kapłanów kultu. Pewnie tu teraz szefuje, kiedy Ar-Ulryk wozi się po Imperium razem z naszym panem, księciem-elektorem Todbringerem. Pogratulował nam sukcesu w śledztwie dla sigmarytów i straży miejskiej, i wtedy wiedziałem już, że to się źle skończy. Pomogliśmy przeca konkurencji, a nikt się nie przejmie tym, że wyboru za dużego nie mieliśmy…

Kapłan bez zbędnego zwlekania przeszedł do sedna sprawy. Życzył sobie, byśmy odzyskali pewien artefakt, artefakt pieprzonego chałosu! Jeden z ojców miał wizję jakiejś czaszki, która wypaliła mu oczy. Podczas wizji! Kierowany wizjami zsyłanymi przez Ulryka ma nas poprowadzić do celu, a naszym zadaniem miało być sprowadzenie artefaktu do świątyni, w której zostanie zniszczony. Starcowi coś się musiało pomieszać w głowie i sam sobie wydłubał, czy tam wypalił oczy. Fanatyk jakiś, albo opętany. Nikt się nie przejął naszymi zdumionymi spojrzeniami i zostaliśmy bezceremonialnie zaprowadzeni do komnaty, w której leżał ślepiec. Pieczę nad nim sprawował młody, barczysty akolita imieniem Guntar. Po krótkim przedstawieniu, Odo, bo tak było nazywał się starzec, który miał w przyszłości sprawić nam mnóstwo problemów, opowiedział nam o swojej wizji Płonącej Czaszki i kamiennym głazie na szczycie wzgórza, gdzieś w lesie na zachodzie. A wyruszyć mamy jutro z rana. Świetnie, po prostu świetnie.

Zwialiśmy stamtąd jak tylko mogliśmy najszybciej. Albrecht chciał zwiewać z miasta, ba, sam bym to najchętniej zrobił, ale podpisalibyśmy na siebie wyrok w całym Middenlandzie, a kto wie, czy nie dalej. Świątynia Ulryka pociąga za wszystkie sznurki w tej prowincji, a Sigmaryci próbują kilka z nich wyszarpać, dlatego też wpadliśmy w oko kapłanom. Nieciekawie, nieciekawie… Nie zrozumcie mnie źle, jestem wiernym sługą Ulryka, jak każdy na tych ziemiach, ale nigdy nie jest dobrze, gdy przyciągnie się wzrok takich kapłanów. Nie pozostało nam nic innego, jak zebrać zasoby i odpocząć przed podróżą. Postanowiliśmy wziąć ze sobą Hansa z Utengardu – przydałby się nam myśliwy, kery wie jak przeżyć w dzikim lesie. Na nasze szczęście myśliwy zgodził się na podróż z nami by pomóc świętym braciom.

Kapłan Odo i akolita Guntar przybyli skoro świt. Jak tylko pojedliśmy i załatwiliśmy ostatnie sprawy w mieście, wyruszyliśmy wspólnie w dalszą podróż, w kierunku pełnych zwierzoludzi dzikich ostępów Drakwaldu, na spotkanie z naszym przeznaczeniem. Nie muszę chyba wspominać, że humory mieliśmy nie najlepsze…

Rozdział VI

O gwizdkach, gongach i fontannach krwi

Pierwszy dzień podróży minął nam spokojnie, a według słów Odo, kierowanego wizjami zesłanymi przez Ulryka, następnego dnia mieliśmy być już blisko pomnika. Zatrzymaliśmy się przy dwóch zrujnowanych po wojnie budynkach, kere se stały u boku drogi. Pewno stary zajazd, albo chałupa jakiś farmerów. Nie nacieszyliśmy się jednak zbyt długo spokojem, bowiem z zachodu pędem jechało trzech jeźdźców i wóz, wyraźnie przed czymś uciekając. Pomyślałem sobie „szlag by to trafił” i wyciągnąłem łuk. Reszta kompanii również się uzbroiła i wszyscy stanęliśmy gotując się na najgorsze. Albo przynajmniej prawie najgorsze.

Kiedy podjechali bliżej nas dało się zauważyć ulgę na ich twarzach. „Gonią nas zieloni, pomóżcie!” krzyknął jeden z nich, najpewniej przywódca. Tak jakbyśmy mieli jaki wybór, czy im pomóc, czy ni, jak sprowadzili na nas wstrętne gobliny. Od razu poznać też szło, że to najemnicy z południa, po ich smagłych twarzach i dziwnym sposobie mówienia. Z wozu wyturlał się gruby bogacz z rodzinką, a woźnica odprowadził ich do jednego z budynków, by tam się schronili. Nie mieliśmy jednak czasu się bliżej zapoznać, gdyż drogą nadjechała wilcza jazda gobosów. Starliśmy się w nierównym, na naszą korzyść, boju, bowiem pierwsza z wystrzelonych przeze mnie strzał ugodziła zielonego szamana, zapewne przywódcę tej bandy. Wystrzeliliśmy raptem kilka kolejnych, celnych strzał, nim walka stała się bardziej bezpośrednia. Straciłem Hugo i Hansa z oczu, ale widziałem Imraka, Albrechta i Guntara walczących u boku najemników z przerażającymi wilkami, pobiegłem zatem im na pomoc, dzierżąc moją zasłużoną siekierkę. Walka nie mogła być inna, niż krwawa. Zęby wilków raz za razem próbowały rozszarpać kogoś z broniących, udawało się nam jednak jakoś bronić przed większością ciosów. Zmęczeni najemnicy radzili sobie trochę gorzej. Albrecht zręcznym manewrem wystawił gobosa wprost na cel zamykających się szczęk jego byłego wierzchowca, Imrak jednym potężnym ciosem w głowę wbił innego wilka w ziemię, a ja zamaszystymi ciosami dekapintowałem gobosy. Guntar również walczył dzielnie, ale mniej wyszukanie, powalając wilka i kilku zielonych. Wkrótce było po walce.

Jeden z najemników został ciężko ranny, ale ojciec Odo ustabilizował jego stan. Opatrzył potem także nasze rany, ale żadna z nich nie stanowiła zagrożenia dla życia. Kapitan najemników przedstawił się nam jako Dziakerini i poprosił o jeszcze jedną przysługę, jego ludzie stracili bowiem wszystkie zapasy i nie mieli co jeść. Chętnie podzieliliśmy się z nimi naszymi zapasami, a krasnolud wyciągnął jedną z jego prywatnych flaszek. Wieczór minął nam bez dalszych problemów na krótkiej rozmowie, po której udaliśmy się na spoczynek. Wszyscy byli bowiem przeraźliwie zmęczeni. Pech chciał, że podczas mojej warty starca ponownie nawiedziły wizje. Chciał już natychmiast ruszać dalej, ale z pomocą Imraka, z którym wartowałem i Guntara, którego obudziłem celnym kopnięciem, udało nam się zapanować nad kapłanem, który wpadł z powrotem w lekki sen. Było niewesoło, a pewnie im bliżej będziemy czaszki, tym gorzej z nim będzie. Dlaczego to wszystko musi zawsze spotykać nas? Reszta nocy minęła bez większych problemów.

Nad ranem Odo obwieścił, że już tutaj musimy udać się w las. Wozów nie mogliśmy więc ze sobą zabrać. Postanowiliśmy spakować najważniejsze rzeczy do plecaków i poprosiliśmy kapitana najemników o odstawienie ich do naszej karczmy. Chcieliśmy dać mu złoto na ten cel, ale odmówił, zaklinając się, że to on nam jest jeszcze wiele winny, i że mamy go odszukać w Middenheim, jak już wrócimy. Wspomniał coś o Pod Złamanym Mieczem, pewnie jakiejś karczmie w mieście.

A my, z wszelkimi potrzebnymi zapasami na plecach, no może poza łopatą, bo uznałem, że nie ma sensu jej nieść, ruszylimy w dalszą drogę, wprost do Drakwaldu, najstraszniejszego lasu w całym Imperium. Odo, pomimo bycia ślepym, szedł z minimalną pomocą Guntara. Byliśmy tym bardzo zdziwieni i nie powiem, ciut przerażeni. Im głębiej w lesie, tym było straszniej. Nie dość, że same drzewa napawały lękiem, to starzec wyraźnie przyspieszył, idąc już w ogóle bez pomocy akolity. Wizje wizjami, był to zasłużony kapłan Ulryka, ale miałem nieodparte wrażenie, że… że ojca coś opętało. Oczywiście jakakolwiek wzmianka o tym przy młodziku mogłaby się źle dla mnie skończyć, zresztą było to tylko podejrzenie nic nieznaczącego śmieciarza. Dotarliśmy w końcu w pobliże polany na szczycie wzgórza. Staraliśmy się iść ostrożnie, Odo jednak na nic nie zważał i brnął do przodu. Gdy tylko Hans dał znak, że przed nami jest jakieś niebezpieczeństwo, Imrak razem z Guntarem złapali kapłana i siłą zmusili go do zatrzymania się, a my usłyszeliśmy mrożący krew ryk zza wzgórza. Każdy szybko dopadł do jakiegoś schronienia, ale tak, by móc obserwować wzgórze. W końcu dobrze wiedzieć, kiedy brać nogi za pas. Chwilę później na wzgórzu pojawiła się sylwetka czegoś ogromnego, jakiejś potwornej, rogatej bestii. Strach wypełnił nasze serca. Bestia powęszyła chwilę, ale po chwili odeszła w inną stronę. Chyba ktoś wykazał się pomysłowością i rzucił gdzieś kamieniem, by odwrócić jej uwagę. Oddaliliśmy się wtedy na bezpieczną odległość.

Jedyne, co mogliśmy zrobić, to posłać niziołka Hugo i łowcę Hansa na zwiad, by sprawdzili, co nas czeka na wzgórzu. Po pełnym napięcia oczekiwaniu wrócili z ważnymi informacjami. Potwór, minetaur, jak nazwał go Hans, ale Hugo od razu przemianował go na bykoludzia, był sam i pilnował kamiennego pomnika, najpewniej tego samego, którego widział Odo w swoich wizjach. Bestia była sama, ale w pobliżu niej leżał gong, którego dźwięk sprowadziłby najpewniej posiłki z okolicy. Musieliśmy zatem działać szybko, nim na wzgórze wróci reszta. Albrecht zaproponował, że odciągnie uwagę minetaura, żebyśmy my mogli usunąć gong spoza zasięgu potwora, albo przynajmniej stanąć na drodze do niego. Ja, wraz z Hugo, miałem zapewnić wsparcie z dystansu, póki to będzie możliwe. Jak też postanowiliśmy, tak uczyniliśmy.

Niziołek trzymał się jak tylko najdalej mógł, ja jednak podszedłem bliżej, by w razie czego wspomóc towarzyszy moją siekierą. Wypalił jedynie wariant zastawienia drogi do gonga olbrzymiej kreaturze, bowiem ta bardzo szybko zwietrzyła, co się święci. Celne strzały to było jednak za mało, by ją powalić, doszło więc do brutalnej i nierównej walki. Bykoludź bez żadnej trudności przełamywał obronę Imraka i Guntara, którzy stanęli w pierwszym szeregu, sam też w swojej furii był trudny do trafienia bez ryzykowania własnym życiem. Nim Albrecht lub ja zdążyliśmy dobiec do walki, Guntar został powalony na miejscu potężnym ciosem maczugi, który praktycznie zmiótł mu głowę. Nie było dla niego żadnego ratunku… Imrak znalazł się o krok od śmierci, jednak jakimś cudem udało mu się sparować cios tarczą. Maczuga ześlizgnęła się po niej na bok, a krasnolud wyszedł z opresji jedynie z siną i obolałą ręką. Dopadliśmy do walki tylko po to, by odwrócić uwagę rozwścieczonego bykoludzia, dzięki czemu Imrak mógł wyprowadzić zabójczy cios młotem, który zmiażdżył czaszkę nieludzkiego przeciwnika.

Było już po wszystkim, choć zwycięstwo okupiliśmy straszliwym kosztem. Podszedłem do Guntara, by zdjąć jego naszyjnik, który złożyć chciałem później w świątyni, a jego ciało okryłem kocem. Tylko tyle mogliśmy dla niego teraz zrobić, nie było bowiem czasu na godny pochówek, tym bardziej, że Odo biegł już w kierunku kamiennego pomnika. „Kopcie tu” krzyknął do nas, nie zważając na to, że mogą tu być jeszcze zwierzoludzie. Albrecht, Imrak i ja do niego podeszliśmy, żeby się w końcu zamknął, a reszta obeszła teren, by upewnić się, że mamy chwilę spokoju. Po chwili kopania czym się tylko dało (czemu nie wziąłem tej łopaty?), odsłoniliśmy właz prowadzący do ciemnej groty. Przywiązaliśmy linę do kamiennego pomnika i zostawiliśmy Hansa na straży. Miał uderzyć w gong, jak tylko zbliżą się zwierzoludzie, a my mieliśmy zagwizdać, by jak co przywołać go pod ziemię. Nie pytajcie mnie skąd niziołek wytrzasnął gwizdek…

Wylądowaliśmy w jakimś przedsionku, który wyglądał całkiem przytulnie, biorąc pod uwagę wszystkie miejsca, które widzieliśmy przez ostatnie dwa dni. Niestety następna sala była już inna… niepokojąca. I to nie tylko dlatego, że z fontanny na środku ciągle lała się krew, czerwona krew, której w całym pomieszczeniu było po kostki, kostki we krwi… Uwierzcie mi, nie mam najmniejszej ochoty tego opisywać i z przyjemnością pominąłbym ten fragment, ale kronikarski obowiązek mi na to nie pozwala. Brodziliśmy więc przez krew w kierunku wyjścia z tego pomieszczenia, ale w każdym z nas narastał gniew na pozostałych. Nawet pisząc o tym teraz targa mną nienawiść… Narastał w nas gniew, aż rzuciliśmy się sobie nawzajem do gardeł. Wystarczy tylko najmniejszy powód, by rozpoczęła się bójka, która zakończyła się potężnym ciosem w brzuch, którym Albrecht mało nie zabił krasnoluda. Na całe szczęście opanowałem się jako pierwszy i krzyknąłem na Hugo, żeby pomógł mi ich rozdzielić. Zdziwiło mnie jedno – niziołek wydawał się być zdziwiony naszym zachowaniem i nie rozumiał do końca, co tu się wydarzyło. Zagwizdał jednak na Hansa, który mało sam nie wpadł w szał, ale w końcu udało się nam wydostać z tego plugawego pomieszczenia… Bogowie, miejcie nas w opiece!

Następne pomieszczenie było przestronne i zaskakująco puste, mogliśmy zatem pozwolić na chwilę wytchnienia, by zebrać siły. Ale tylko na krótką chwilę, bo to przebywanie w tym miejscu było bardzo, bardzo niebezpieczne, nie tylko dla naszych ciał, ale przede wszystkim duszy. Czuć tu było chałos, a my, przeklęci, wpakowaliśmy się w sam środek tego. Z pomylonym kapłanem Ulryka, ale przynajmniej z kapłanem. Może faktycznie nasz Pan chciał, byśmy wyrwali arfetakt z rąk wroga… Ruszyliśmy więc w kierunku kolejnych drzwi, po których otwarciu rzuciły się na nas dwa potworne, przerażające, demoniczne pająki, wielkie jak koń, no, może pół konia. Skakały po ścianach, a ich ciosy trudno było zablokować, no bo kto normalny zgadnie, jak takie cholerstwo będzie chciało ugryźć? Krasnolud, osłabiony zdradzieckim ciosem Albrechta, szybko przestał być przydatny w walce, a mnie jeden z pająków dopadł i ugryzł w twarz, odgryzając mi prawie pół szczęki! Cudem odrzuciłem go od siebie, ale od razu po tym padłem z wycieńczenia na podłogę. Reszcie drużyny, choć również ucierpieli, udało się pokonać oba demony. Kiedy zebraliśmy siły i wypiliśmy dziwne mikstury, które Hugo kupił kiedyś na wyprzedaży, ruszyliśmy dalej. Na nasze szczęście, za następnymi drzwiami znajdował się już grobowiec. Podważyliśmy płytę i szybko odskoczyliśmy porażeni plugawym widokiem martwego sługi chałosu. Na jego szyi zawieszony był przeklęty wisior, po który zostaliśmy tu wysłani. Odo, nic nie robiąc sobie ze swojej ślepoty zerwał go z szyi trupa i zawinął w jakieś szmaty. „Idziemy stąd” rzucił, choć nikt nie miał zamiaru zostawać tu zbyt długo… Oczywiście dopiero po ograbieniu tego miejsca z wszystkich cennych rzeczy. Najbardziej obłupił się Imrak, który spod ziemi wyszedł z rycerskim hełmem wysokim prawie jak on. Wygląda w nim jeszcze bardziej kurioznalnie niż zazwyczaj. Choć jeden pozytyw z tej przeklętej wyprawy.

Podążyliśmy wszyscy za Odo, który bez niczyjej pomocy narzucił zabójcze tempo przez las, wszyscy byliśmy jednak zbyt wykończeni, by czymkolwiek się przejąć. Musieliśmy jednak odpocząć i przespać, na co kapłan początkowo nie chciał się zgodzić. I szkoda, że go nie posłuchaliśmy, może dzięki temu arfetakt nie opętałby go do końca. Stało się jednak tak, że zatrzymaliśmy się na nocleg w lesie. Sen mieliśmy niespokojny i każdego nawiedzały koszmary, a tylko cud sprawił, że nic nas w nocy nie zabiło, nikt bowiem nie był w stanie pełnić warty. Kiedy obudziliśmy się nad ranem z jednej strony cieszyliśmy się, że w ogóle żyjemy, z drugiej jednak byliśmy przerażeni faktem, że starzec zniknął wraz z amuletem. Opętał go do końca! „Ślady są jeszcze świeże” powiedział po chwili tropienia Hans i wszyscy udaliśmy się w pogoń za Odem.

Traf chciał, że nie zdążył odejść za daleko. Kiedy tylko Hans go zauważył, zaczął biec w jego stronę krzycząc jego imię… Cóż za brak ostrożności! Łowca nie zauważył bowiem, że kapłan szedł wprost w łapy zwierzoludzi, którzy dostrzegli go zwabieni krzykami. Byliśmy zgubieni! Z wzgórza biegło na nas bowiem sześć, może siedem, zmutowanych bestii, a żaden z nas nie był w stanie walczyć zbyt długo. Hugo i ja postanowiliśmy wykorzystać łuki i kupić trochę czasu reszcie, która ogłuszyła ojca, a następnie próbowała go odciągnąć. Było jednak jasne, że ze starcem nie mamy szansy uciec. Imrak, w geście łaski, dobił kapłana, by nie dopadły go zwierzoludy, które zgotowałyby mu dużo straszniejszy los.

Szybko przekonaliśmy się, że i my nie mamy szans na ucieczkę. Stanęliśmy do ostatecznego boju. Walka nie była równa i choć udało się nam pokonać kilku przeciwników, to jednak byliśmy eliminowani jeden po drugim. Witałem się już ze śmiercią, gdy cios topora prawie odrąbał mi nogę i szybko straciłem przytomność z utraty krwi. Nie wiem więc jakim cudem kilka godzin później obudziłem się cały obolały, ale zabandażowany…

Rozdział VII

O herezji

Z późniejszych opowieści dowiedziałem się, że uratowali nas członkowie dziwnego bractwa wyznawców Sigmara, na których, jak się okazało, natknęliśmy się podczas śledztwa w sprawie ojca Mortena. Trzech uzbrojonych po zęby i opancerzonych bardziej niż my wszyscy razem wzięci fanatycznych wyznawców Sigmara wzięło nas w niewolę, zabierając naszyjnik, po który wysłali nas kapłani ze świątyni Ulryka. Albrechta za to, który przechowywał ten arfetakt, oskarżyli o bycie chałośnikiem! Nie, żebym im się jakoś specjalnie dziwił, bo sam bym go podejrzewał w takiej sytuacji, ale te sigmaryckie psy trochę przegięły. Niestety wdanie się w jakąkolwiek dyskusję z tymi fanatykami nie wchodziło w grę, o czym przekonałem się bardzo boleśnie. Więcej z tej nocy nie pamiętam, leżałem bowiem zakuty i pobity marząc jedynie o tym, by obudzić się w wygodnym łóżku i móc zjeść ciepły posiłek. Niestety, obudziłem się przemarznięty na obrzeżach Drakwaldu, ale przynajmniej cała kompanija była żywa i rozkuta. Hugo udało się chyba przegadać trochę do rozsądku tym sigmaryckim psom na posyłki, którzy byli chociaż na tyle mili, że odprowadzili nas do miasta. Rozstaliśmy się we wrogiej atmosferze, a ja obiecałem sobie, że jeszcze kiedyś się spotkamy i wyrównamy rachunki.

Najpierw jednak udaliśmy się, a właściwie reszta kompaniji zaprowadziła mnie do medyka. Z moją nogą było coraz gorzej i wypadało się pospieszyć. Pod wpływem ziół i alkoholu byłem pół przytomny, byłem w stanie dostrzec i usłyszeć tylko ogólne zamieszanie. Ludzie zaczęli się nagle zmieniać, niby jak pod wpływem magiji chałosu, czy coś takiego, tak mi potem towarzysze powiedzieli. Ukrócili oni łaskawie życia tych biednych kreatur, a mnie wynieśli w bezpieczne miejsce. Hugo w międzyczasie pobiegł zapowiedzieć nas do świątyni Ulryka. Następne co pamiętam, to kolejna podróż czarnym wozem. Zaczynałem się już powoli otrząsać po lekach, operacji, szoku i tym wszystkim innym, co spotkało mnie po powrocie do Middenheim. Na miejscu obejrzał nas kolejny lekarz, dostaliśmy coś do żarcia i w ogóle zostaliśmy podejrzanie miło przyjęci. Ciekawe, co niziołek im tam nagadał, chociaż nie, chyba wolę nie wiedzieć. Główny kapłan, którego imienia nie pomnę, nie był zbyt zadowolony ze śmierci swojego przyjaciela Odo, ale miał na głowie większe zmartwienie. Ktoś bowiem zaczął zatruwać studnie w różnych częściach miasta spaczeniem, który powoduje mutacje ludzi. To jakiś chałośniczy kamień, czy proszek, o którym szczerze mówiąc wolałbym nigdy nie wiedzieć. No ale spartoliliśmy jedną robotę więc musimy odkuć się następną. Było zostać na swoich śmieciach, spokojniej tam był i wszystko jakieś takie bardziej przyjazne człowiekowi.

Kapłani posłali po jakiego alchemika, co to się niby na takich substancjach zna, ale mało był nam pomógł. Wiedział jeno tyle, że jeśli już to niewiele tego spacznia trzeba, żeby zatruć studnię. I może to zrobić każdy, wrzucając coś po prostu do świątyni. Czeka nas szukanie igły w stogu siana, ale tym razem mamy większą motywację. Nikt nie chce bowiem, by padło najważniejsze miasto Imperium, prawda? Wyruszylimy zatem na miasto, by rozwiązać kolejną, śmiertelną zagadkę…

Gotfried

Dodaj komentarz