WFRP – Kronika Śmieciarza #4

Autor | 16 października 2014

Podczas pisania Kroniki doszedłem do wniosku, że nasz mistrz gry ma rację – idzie nam tragicznie. Częściowo to na pewno wina skostnienia, mieliśmy w końcu strasznie długą przerwę od porządnego, kampanijnego grania w erpegi. Obyśmy się rozkręcili jak najszybciej, bo inaczej możemy długo nie pożyć…

Kronika Śmieciarza

Rozdział VIII

O Arturze Morlinie i Kasztanowej

Zebralimy się zatem ze świątyni, by odnaleźć trucicieli, bo jestem pewien, że nie mogła to być jedna osoba. Nie było nam dane nawet chwilę w spokoju pospacerować ulicami miasta, dopadli nas bowiem Sigmaryci, ci sami, co nam dupy od zwierzoludów wyratowali. Wypytywali nas o to, co działo się w świątyni, ciekawe, czemu ich to tak interesowało. W zamian wspomnieli oni nam o ich podejrzeniach w stosunku do Horsta Ziglera, garbarza, który siedzibę miał w dzielnicy kupieckiej. Nie ufaliśmy tym typkom za bardzo, ale postanowili my to sprawdzić. Tak najłatwiej sprawdzimy, po czyjej stronie stoją sekciarze.

Nie chcieli my zwlekać, dlatego od razu ruszyliśmy w kierunku dzielnicy handlowej. Stali my się jednak świadkami ciekawego wydarzenia. Główną ulicą miasta maszerował bowiem oddział straży świątynnej, gwardzistów Białego Wilka, odzianych jeno w wilcze skóry. Za nimi jechał kilkunastoosobowy oddział rycerskiej kawalerii. Przybyli pewno, by wspomóc miasto w kryzysie, ale jak na to patrzę z perspektywy czasu, to coś dziwnie szybko zostali wezwani. Przecież zatrucia wody zaczęły się jeno dzień lub dwa wcześniej.  Widok był to jednak imponujący i podbudował wszystkich, którzy stali na drodze przemarszu błogosławionych mężów.

Ruszylimy dalej w drogę, a im dalej od głównej drogi, którą przeszli strażnicy, tym sytuacja była gorsza i bardziej podobna do tego, co widzieli my wcześniej. Mijali my przerażonych, spragnionych i głodnych ludzi, którzy co chwilę krzyczeli coś o mutantach pojawiających się w coraz to innych miejscach. Jeden z takich samosądów natrafił się na naszej drodze i ruszylimy odruchowo pomóc tłumowi. Plugawiec, najpewniej właściciel zrabowanej i płonącej w tle masarni, miał na głowie dobrze widoczne rogi. To kara za dorzucanie do mięsa kości i gruzu!

Albrecht nagle z dupy zmienił zdanie i zaczął rozganiać tłum. Byłem lekko zaskoczony, czyżby mój towarzysz jednak sam był kultystą? Ale nie, nie mógłby być tak głupi więc szybko naprostowałem Imraka i zaczęliśmy pomagać Albrechtowi. Majestyczny to musiał być widok: dwóch obdartusów, z czego jeden kulawy i szpetny oraz krasnolud bez kilku palców w ogromnym, rycerskim hełmie. Poraziliśmy motłoch naszą dostojenością, a Albrecht dopadł do jak się okazało niewinnej ofiary i zdjął jej z głowy przywiązane sznurkiem rogi kozy. Ktoś jak widać miał chrapkę na jego kiełbasę… Pogoniliśmy tłum do gaszenia pożaru, a sami zajęliśmy się poobijanym Arturem Morlinem. Albrecht posłał jakieś dzieciaki po jego rodzinę, a gdy przybyli, ruszyli my w dalsza drogę. Niby małe miasto, a ile przygód. No i jak widać, nie trzeba mieć skazy chałosu, by zachowywać się jak podły kultysta. Martwi mnie, że tak wielu mieszkańców Middenheim to szumowiny, pewnikiem przybyłe z innych zakątków Imperium.

Ale w końcu my dotarli pod chatę tego garbarza. Ludu się tu trochę kręciło, ale straży za bardzo nie było widać. Kiedy my się tak rozglądali po okolicy, na ulicę wyskoczyła kolejna ofiara spaczonej wody, zmutowany pies, za którym wraz z Albrechtem i Imrakiem pobiegliśmy. Hugo wykorzystał ten czas, by przyjrzeć się chacie kultysty, a to, co zobaczył, było dość podejrzane. Zza zamkniętych okiennic wyglądało jakieś dziewczę, najpewniej córka plugawca, ale kto go tam wie. Może to jego jakaś niewolnica, albo uwiedziona kultystka… Tak czy siak, trzeba było wymyślić, jak się dostać do środka i dowiedzieć czegoś przydatnego.

Kiedy w okolicy uspokoiło się po spaleniu truchła zmutowanego zwierzaka, obstawiliśmy dom z każdej ze stron. Z Albrechtem zaszliśmy pod wejście od mniej uczęszczanej strony i zaczęliśmy majstrować przy drzwiach. Pech chciał, że z jednego z okien wychyliła się jakaś stara oma, która zaczęła drzeć ryja, ja to takie baby mają w zwyczaju. Ludzie zaczęli się złazić, ale Albrecht wykorzystał sytuację i zaczął wszystkim wmawiać, że widział, jak do środka wchodził jakiś mutant. Tłum, rozjuszony po polowaniu na psa, uwierzył mojemu towarzyszowi i rzucił się na drzwi. Ktoś też kazał się zamknąć Kasztanowej, babie z okna, która ciągle wrzeszczała.

Wpadliśmy z tłumem do środka i od razu zabraliśmy się do przeszukiwania mieszkania. Na przesłuchanie córek nie był teraz możliwości, skupiliśmy się więc na twardych dowodach. A okazało się, że Sigmaryci mieli rację i Horst kultystą jak najbardziej był. W jego zakładzie znalazłem schowane cztery skórzane maski z drewnianymi dziobami, pokryte jakimiś dziwnymi, plugawymi znakami. Chałosyckie twory jak nic! Pokazałem to tłumowi, a on od razu osądził córki. „Kultyści! Truciciele!” krzyczeli ludzie. Ojca jednak nie znaleźliśmy w środku. Zostawili my jedną maskę ludziom, a także córki, żeby zajęli się nimi nim przybędzie straż, a sami udaliśmy się dalej, nagleni przez Albrechta. W karczmie okazało się, że znalazł coś jeszcze ciekawszego – mapę z zaznaczonymi dwunastoma punktami. Wykonałem szybką kopię samych lokacji, bo mapę chcieli my zwrócić tam, kaj ją znaleźliśmy. Lepiej, żeby kultyści nie wiedzieli, że ktoś zna ich plany.

Było już późno, a ponieważ szeregi straży miejskiej zasilili strażnicy świątynni, to w mieście ustanowiono godzinę strażniczą. Nie mieli my tym razem żadnego glejtu, ani niczego, co potwierdzało by, że pracujemy dla kapłanów, ale wymagała tego sytuacja. Lepiej, żeby kultyści nie dowiedzieli się, że ktoś za nimi węszy, a wtyki w straży miejskiej zawsze łatwo zdobyć. Ruszyłem do punktów oznaczonych na mapie z Albrechtem, reszta bowiem wolała iść spać. Po drodze musieli my uważać na patrole, bo trzeba to było sprawdzić tak, byśmy sami nie zostali uznani za wyznawców chałosu. Na szczęście Albrecht jest urodzonym ulicznikiem, a mi moje doświadczenie śmieciarza pozwoliło bez trudu udawać żebraka bez dachu nad głową.

Przekradli my się w pierwsze miejsce na liście, które okazało się być oznakowaną studnią. Czyli tak jak my myśleli, to były kolejne punky, kere miały być zatrute spaczniem. Nie było czasu sprawdzić każdego miejsca, padło więc na środek listy, by sprawdzić na jakim jesteśmy etapie. Nie było źle, okazało się, że siódma i ósma lokacja nie były jeszcze splugawione, mieliśmy więc trochę czasu. Strażnicy jednak łazili coraz częściej, a ja ze sobą miałem maski wyniesione z chaty garbarza. Lepiej było nie wpaść w ich ręce, a do tego żaden z nas nie był jeszcze w pełni sił. Postanowili my wrócić do karczmy i następnego dnia wyruszyć w pełnym gronie.

Rozdział IX

O lochach bez smoków i dupie, w której jesteśmy

Nad ranem okazało się, że Hugo miał inne plany. Obudzony przez Albrechta zaczął się domagać, by go zaprowadzić w jedno z nieskażonych miejsc. Czemu nie poszedł z nami wcześniej? W każdym razie przed śniadaniem dowiedzieliśmy się, że we dwójkę złapali kultystę i zarżnęli go jak świnię bez żadnego przesłuchania, bo był opętany. Jestem pewien, że Imrak zna jakieś krasnoludzkie sposoby wyciągania informacji z takich splugawionych duszyszek, dlatego byłem bardzo zawiedziony takim obrotem sprawy, ale stało się i nie wrócimy już życia tej zakale ludzkości, by mogła sczeznąć w długich męczarniach, na jakie zasługuje taki pomiot.

Byliśmy więc w jeszcze głębszej dupie. Mieli my niby narzędzia zbrodni, ale nie wiedzieli my ani kto to zlecił, ani co w tym wszystkim robiły skaweny, od których przecież się to zaczęło. W końcu nie ma szczurów bez spacznia, jak to kiedyś usłyszałem w jakiejś karczmie. Hugo chciał, żebyśmy z tym poszli do świątyni Ulryka i w tamtej sytuacji to był jedyny dobry pomysł. Kapłani mogli nam pomóc w dalszym śledztwie. Ach, jakże my się mylili! Arcykapłan Liebnitz, owszem, był bardzo zadowolony z rezultatów naszego śledztwa. Wziął wszystko co znaleźliśmy, przekazał swoim sługom a nas… kazał wtrącić do lochu! Co za psi syn, bo wilczy to on na pewno nie jest. Współwyznawcę, bohater, który odzyskał arfetakt chałosu, a on mnie wtrąca do lochu?

W celi czekała nas kolejna niespodzianka, tym razem w postaci Hoffera, szefa tych sekciarzy Sigmara, co nas wyratowali przed zwierzoludźmi i co nas nakierowali na Horsta. Choć obecność sigmaryckiego psa tropiącego w lochach świątyni Ulryka mnie niespecjalnie zdziwiła, to ciekawiło mnie, cóż takiego opowie nam tym razem. W końcu przypadek Horsta chyba najlepiej pokazuje, że przynajmniej póki co stoimy po tej samej stronie. No i to, że stoimy po tej samej stronie drzwi w celi. Nie mieliśmy też za bardzo co robić poza rozmawianiem i oczekiwaniem na zbawienie. Przygody Hoffera i jego paczki miały jednak zgoła inny przebieg, i przede wszystkim cel, niż nasze. Jeden z nich bowiem, Fischer został opętany przez demona i wykradł naszyjnik z czaszką z podziemi świątyni Sigmara. Ha, czyli Odo też był opętany! Imrak może spać spokojnie, wyświadczył bowiem przysługę staremu kapłanowi, ale pieroństwo jak widać nie chce uciec do swych chałosyckich ojców i nie dało ludziom spokoju. Pozostali dwaj sekciarze udali się na poszukiwania. Bauer trafił do karczmy Pod Złamanym Mieczem, tej samej, w której spotkać się mieliśmy z najemnikami Dziakeriniego, których wyratowali my z opresji parę dni temu. Ciekawe, ciekawe, szkoda, że nikt nie uznał mojego pomysłu, by się tam wybrać, za wart realizacji. Bauer natrafił tam bowiem na kilku dzikich wojowników, besrekerów walczących z sagimi klatami. Został dotkliwie raniony i w takim stanie był łatwym celem dla kapłanów Ulryka, którzy zwinęli go podejrzewając, że też może być opętany, tak jak Fischer, o którym z pewnością dowiedzieli się od szpiegów. Inna sprawa, że sam bym go pewnie podejrzewał.

Hoffer postąpił oczywiście tak, jak my i udał się do arcykapłana. Tylko on polazł z pretensjami, a nie z dowodami, ale skończyło się tak samo, wylądowaliśmy przeca w jednej celi. Dowiedzieliśmy się jeszcze, że Liebnitz planuje oskarżyć Bauera o zatruwanie studni, a zgromadzone przez nas dowody tylko mu w tym pomogą i pozbawi się resztek konkurencji w mieście. Nie powiem, brzmi to groźnie i… bluźnierczo, ale zachowanie arcykapłana świątyni Ulryka jest… wydaje się być naznaczone chałosem. Świątyni powinno przecież zależeć na dobru mieszkańców, a nie narażać ich na jeszcze bardziej, ignorując prawdziwych sprawców zatrucia studni! Chyba że… Nie, nie chcę nawet myśleć o takiej możliwości. Ale w lochach do niczego niestety nie dojdziemy.

Na nasze szczęście nie tylko my zaczęliśmy kwenstionować poczytność arcykapłana Liebnitza, bowiem w pewnym momencie nasz błogi spokój przerywany jedynie próbami wyważenia drzwi przez Imraka, został zakłócony przez Ranulfa, który poprosił nas o powtórzenie naszej historii o spotkaniu z zatruwaczem. Niestety on wyszedł bogatszy o naszą historię, a my biedniejsi, bo nie dostali my nic w zamian… No, nie licząc wizyty brata Guntara, który był nam bardzo wdzięczny, że zwróciliśmy świątyni święty naszyjnik jego brata. Chociaż jeden, który okazał wdzięczność! Ale pal sześć wdzięczność, ktoś postanowił nam jednak pomóc! Po kilku godzinach usłyszałem bowiem otwierający się wizjer w drzwiach, a ktoś do środka wrzucił klucz! Straży w okolicy na szczęście nie było, a do tego drzwi do przywięziennej kapliczki zostały wygodnie otwarte, choć gdyby nie Hoffer, to byśmy nie trafili na tajne przejście, które się w niej znajdowało. Weszliśmy do tunelu, który doprowadził nas do znajomego miejsca: znajomo cuchnących kanałów pod miastem.

Chyba zyskaliśmy sobie potężnego sprzymierzeńca w walce z chałosem w mieście. Ale musieliśmy działać szybko, bowiem jak tylko Liebnitz dowie się o tym, że uciekliśmy, to będziemy w jeszcze głębszej dupie. Do tego czasu musimy dowiedzieć się jak najwięcej i przygotować jaki plan, by powstrzymać proces Sigmaryty i ujawnić prawdziwych kultystów-trucicieli…

Gotfried

Dodaj komentarz