WFRP – Kronika Śmieciarza #5

Autor | 23 listopada 2014

Przed wami ostatnia część kampanii Popioły Middenheim, w której w końcu się rozkręciliśmy, co dobrze wróży następnym przygodom. Wszystkim postaciom udało się dotrwać do samego finału (i go przetrwać), choć nie obyło się bez straty cennych punktów przeznaczenia. Zobaczymy, jak potoczy się następna kampania, pełna dużo trudniejszych wyzwań i generalnie bardziej wymagająca. Trzymam za słowo Pablo!

Samą historię spisuje już nie śmieciarz Gotfried, a akolita kultu Ulryka. Jak to mawiają, od zera do arcykapłana! Stąd też dużo lepszy styl – facet miał chwilę, by w końcu nauczyć się porządniej pisać. Jesteście ciekawi, co takiego spowodowało, że postanowił zmienić swoje życie? Zapraszam do lektury…


Kronika Śmieciarza

Rozdział X

O tym, że wszystko co złe, zawsze siedzi pod ziemią

Po opuszczeniu ulrykańskich lochów skierowaliśmy się do jedynego miejsca, w którym mogliśmy uzyskać pomoc – świątyni Sigmara. Hoffer był naszą przepustką za drzwi. Problemem było samo dostanie się do budynku, który otoczony był przez straż miejską i protestujących ludzi. Musieliśmy przesiedzieć pod ziemią ładnych kilka dni… Dzięki umiejętnościom niziołka Hugo i tego niewierzącego Albrechta przekradliśmy się jednak do celu bez problematycznego tłumaczenia się przed strażnikami. Po drodze natknęliśmy się też na ogłoszenie o nadchodzącym wielkimi krokami procesie Bauera, jednego z łowców czarownic, oskarżonego o zatruwanie studni i inne niecne czyny. Zachowałem je dla potomnych, by żaden ślad zdrady Liebnitza nie zniknął:

Wszystkich mieszkańców Middenheim, którym los naszego ludu, naszych dzieci i naszych domów nie jest obojętnych wzywamy do stawienia się na Placu Zamkowym by mogli na własne oczy zobaczyć i własnym sercem osądzić Jakoba Bauera – truciciela i wyznawcę Bogów Chaosu, zepsutego żołnierza i łowcę czarownic w służbie kościoła Sigmara. Niech sprawiedliwość zatriumfuje nad niegodziwością. Chwała Ulrykowi! Chwała jego wybrańcom!

Arcykapłan Karl Liebnitz

Hoffer miał całkiem niezłe znajomości, odpowiadał bowiem przed samym biskupem middenheimskiej świątyni Sigmara, niejakim Voltzem, starym, ale wysokim i szczupłym mężczyzną. Nieźle się trzymają w tych świątyniach. Podziękował nam za uratowanie jego sługi i streścił wydarzenia, jak się okazało, ostatniego dnia. W mieście zrobiło się gorąco z powodu nadchodzącego procesu domniemanego heretyka i ludzie zaczęli otwarcie atakować wyznawców Sigmara w mieście. A to wszystko za sprawką kłamstw Liebnitza, arcykapłana świątyni Ulryka, pełniącego obowiązki zwierzchnika pod nieobecność Ar-Ulryka.

Ani Albrecht, ani ja nie mogliśmy patrzeć, jak najwspanialsze miasto Middenlandu, z którego pochodzimy, ulega chałosyckiemu zepsuciu, Imrak nie godził się na krzywdy wyrządzane sigmarytom, dziwny z niego krasnolud, a Hugo i tak nie miał nic lepszego do roboty. Postanowiliśmy wiec skorzystać z pomocy oferowanej przez Voltza i stanąć po ich stronie w nadchodzącym procesie. Liebnitz oszalał i musi zostać pozbawiony władzy nad kultem Ulryka. Podejrzenia, które żywiłem wraz z Imrakiem, okazały się zatem prawdziwe…

Wzięliśmy cośmy tylko mogli ze świątyni, posililiśmy się szybko i poszliśmy pod Złamany Miecz, bo czasu było coraz mniej. Karczma, jak to zwykle w czasach zarazy i głodu, była prawie pusta, ale nie mogliśmy ryzykować frontalnego szturmu. Zaalarmowana straż mogłaby pokrzyżować plan. Zamiast tego postanowiliśmy spotkać się z naszym przyjacielem Dziakerinim, dowiedzieć się od niego ile tylko się da i poprosić o pomoc. Jako człowiek honoru nie powinien odmówić, chyba, że sam jest kultystą… Żeby nie ryzykować, Imrak wpadł na pomysł, że zostanie na zewnątrz i będzie obserwował okolicę. Napadł i skopał pierwszego napotkanego bezdomnego i za sztukę srebra wziął od niego pobrudzoną koszulę. W ten sposób nie będzie sie rzucał w oczy. Ma ten krasnolud łeb na karku… póki co. Hugo ruszył zaś na obchód terenu, żeby poszukać wejścia do piwnicy, o którym wspominał w swoich zeznaniach.

W głównej sali karczmy zastaliśmy kilku krasnoludów, parę zakazanych ludzkich mord, karczmarza za barem i jednego z towarzyszy Dziakeriniego, który spał na zarzyganym stole. Franczeska, bo tak mu chyba było na imię, swoją drogą dość babsko, musiał wczoraj trochę przesadzić… Ale w służbie miastu nie ma miejsca na odpoczynek, dlatego z zapasowym kuflem w rękach, zaczęliśmy go budzić. Nie ma w końcu nic lepszego ma kaca, niż kolejne piwo. Najemnik ucieszył się, powiedzmy, na nasz widok i po chwili zaprowadził do pokoju jego szefa. Przywódca najemników bardzo ucieszył się na nas widok, a po chwili wahania uległ naszej prośbie, by porozmawiać na osobności, bez dziewek, które jeszcze leżały w jego łożu. Wyłożyliśmy mu sprawę najszybciej, jak się dało i choć był przerażony faktem, że do czynienia mieć będzie z chałosem, zgodził się nam pomóc. Na początku nie chcieliśmy jednak zbyt wiele, jeno trochę hałasu by zagłuszyć majstrowanie przy wejściu do piwnicy i pomocy w otwarciu zamku, jeśli któryś z jego ludzi jest w takim kierunku uzdolniony.

W tym pierwszym pomogły nam krasnoludy, które nawet tuż przed świtem nie były jeszcze zmęczone piciem, a w drugim zadani swoje usługi zaoferował Mario Włamywacz. Ciekawe, że wcześniej nie wyłapaliśmy jego przezwiska. Niestety kultyści zabarykadowali drzwi po odwiedzinach Bauera i pomoc Tileańczyka nie zdała się na nic. Musieliśmy wymyślić coś innego, i to jak najszybciej. Zebraliśmy Imraka i w komplecie weszliśmy do knajpy, by napić się z Dziakerinim i pomyśleć nad następnym krokiem. Na nasze szczęście piły z nami krasnoludy, a je łatwo sprowokować, kiedy są pijane. A okazja, by wywołać karczemną bójkę nadarzyła się bardzo szybko, kiedy tylko jeden ze strażników karczmarza rzucił nieopatrznie obelgę w kierunku krasnoludów. Imrak rzucił się do obrony swoich pobratymców, a po chwili wszyscy zajęci byli laniem się po mordach, a Albrecht i ja z bronią w ręku rzuciliśmy się na karczmarza. Kto, jak kto, ale on na pewno będzie wiedział, co chowa się u niego w piwnicy.

Kiedy zaszarżowaliśmy we dwóch na karczmarza, ten zrobił jedyną mądrą rzecz i zaczął uciekać. Z moją kulawą nogą mogłem jedynie patrzeć, jak Albrecht do niego dopada, przewraca na ziemię i zaczyna się szarpać. Kiedy do nich dopadłem, to obezwładniliśmy karczmarza i zaciągnęliśmy go z powrotem do karczmy. Nikt nas na szczęście nie zauważył… albo nie chciał zauważyć. To niebezpieczna dzielnica i ludzie się chyba przyzwyczaili.

Sytuacja w środku została już opanowana więc zabraliśmy się za przesłuchiwanie karczmarza. Jak tylko spytaliśmy się go o kapliczkę w piwnicy, to nabrał wody w usta, a po chwili krwi, a nie wody. Żaden z nas nie zdążył bowiem zareagować, kiedy karczmarz wykorzystał sytuację i nabił się na przyłożony do jego gardła sztylet, krzycząc przy tym „krew dla boga krwi”. Plugawy heretyk, tak, jak podejrzewaliśmy. Na ręce miał też wytatuowaną czerwoną czaszkę, zapewne symbol jego kultu.

Hugo odnalazł jednak zakryte koszami zejście do piwnicy bez jego pomocy. Poprosiliśmy Dziakeriniego, by pilnował i nie wpuszczał nikogo do karczmy, a sami udaliśmy się pod ziemię. W zwykłej komórce na wino i mięso znajdował się wydrążony tunel, którym, nie wahając się ni chwili, ruszyliśmy. Prowadził on do dziwnej komory, jakby grobowca, ale widzianego od środka. A kiedy odsunęliśmy wieko i weszliśmy do kolejnej sali, widać już było, że to faktycznie grób, jeden z czterech w pomieszczeniu. Sądząc po zdobieniach, było to miejsce spoczynku zasłużonych miastu osobistości. Plugawcy!

Z pomieszczenia odchodziły dwie drogi. Jedna, schodami w górę, kończyła się zamkniętymi drzwiami. Najpewniej było to boczne wejście do piwnicy, którego nie potrafiliśmy sforsować, ale to chcieliśmy sprawdzić później. W drugą stronę prowadził bowiem ciasny korytarz, z którego dobiegały niepokojące dźwięki mlaskania, jęczenia i wycia… I tam się też udaliśmy. Naszym oczom ukazało się heretyckie miejsce kultu i kaźni. Wszędzie walały się, najpewniej ludzkie, szczątki, ściany pomazane były krwią… Widok był zaprawdę przerażający. A postaci w środku były wcale nie lepsze. Trójka półnagich mężczyzn, o których zeznał Bauer, torturowała powieszonego za ręce mężczyznę, a obok, przykucnięta, pożywiała się jakaś dziwaczna, okropna istota, jak nic demon! Oczywiście nie muszę tu wspominać, co było jej posiłkiem…

Bestia zwietrzyła nas jednak błyskawicznie i mrożącym krew w żyłach wrzaskiem zaalarmowała swoich towarzyszy. Stanęliśmy więc do nierównego boju, z którego niewiele pamiętam, bo wszystko działo się zbyt szybko. Walczyliśmy w korytarzu, by zminimalizować przewagę przeciwników, a i tak było ciężko – krasnolud nie zniósł tego wszystkiego i na jakiś czas był wyłączony z walki. Cud, że nie uciekł. Cóż, każdy ma chwile zwątpienia, gdy staje przed posłańcami bogów chałosu… Wracając jednak do walki. Na Albrechta zaszarżował demon, miejcie bogowie litość nad jego duszą! Nie było jednak czasu na modlitwy, bo byłem zajęty rozpaczliwą obroną i desperackimi próbami kontrataku. O dziwo, mimo mojego lichego wyszkolenia, parowałem większość ciosów niczym najznamienitszy szermierz, jakiego wydało Imperium. Nie trwało to może długo, ale dzięki łasce bogów wytrzymałem do chwili, w której opamiętał się Imrak… i wtedy padłem raniony sztyletem w bok. Jedynie cud ocalił moje życie, ale widać taki miał być mój los. Morr musi jeszcze na mnie poczekać.

Odzyskałem przytomność już po wszystkim, kiedy demon i kultyści leżeli martwi. Ktoś uwolnił też związanego mężczyznę, Johanna Opfera, miejscowego dekarza, który został porwany z ulicy przez czcicieli chałosu. Opowiedział nam o tym, jak to jakiś mężczyzna wtargnął tu kilka dni temu i próbował powstrzymać kultystów, nie dał im jednak rady i ranny uciekł z podziemi. Opis jak nic pasował do Bauera, więc nie dość, że Bauer nie kłamał o kapliczce, to jeszcze mieliśmy naocznego świadka całego zajścia. W zamian za uratowanie, Opfer zgodził się zeznać to, co powiedział nam. To pozwoli przynajmniej odroczyć ogłoszenie wyroku…

Wyjścia z tej sali tortur żadnego nie było, nie mieliśmy więc wyboru i wróciliśmy się do pomieszczenia z grobowcami. Mogliśmy w końcu sprawdzić, dokąd prowadziły schody… I dobrze, że to zrobiliśmy, bowiem było to wejście do, jak się okazało, świątyni Ulryka. Plugawcy! Heretycy! Co więcej, znaleźliśmy rozrzucony po podłodze ekwipunek… należący do strażników świątynnych! Jeśli Liebnitz ich krył, okłamując ludzi odnośnie tego, kto był prawdziwym trucicielem, to znaczyło to tylko jedno. Był przywódcą kultu chałosu i jedyne na co zasługuje, to śmierć. Czasu było coraz mniej, poszliśmy więc szybko do Dziakeriniego, by posłał jednego z ludzi do świątyni Sigmara, by przekazał Hofferowi, co znaleźliśmy. Imrak postanowił zostać w świątyni i pilnować, czy ktoś nie przyjdzie jej, jak to mawiają, posprzątać. Ja, wraz z Albrechtem, Hugo i Opferem, udałem się na proces, by powstrzymać knowania zdrajcy Liebnitza.

Rozdział XI

O finale tej przygody

Kiedy przybyliśmy na plac zamkowy, zastaliśmy już na miejscu istne morze ludzi, oczekujących zarówno z podnieceniem, jak i trwogą, na proces Bauera. Jeśli zostanie skazany, współczuję wszystkim sigmarytom losu… choć z drugiej strony wiedzieli, jakiego przyjęcia mogli się spodziewać w mieście Białego Wilka.  Ale pal to sześć, przynajmniej dzięki temu wyszło, kim naprawdę jest Liebnitz. Przepchaliśmy się do pierwszego rzędu i nie musieliśmy długo czekać na rozpoczęcie. Przybyliśmy więc w samą porę. Pozostało jedynie dać znać Voltzowi, który stał w otoczeniu sigmaryckich strażników nieopodal trybunału sędziowskiego.

Na ławie zasiadły takie znamienite osoby, jak Ulrich Schutzmann, namiestnik Middenheim, Ewina Krun, najwyższa kapłanka Vereny i trójka najsławniejszych prawników miasta, których imion nie pomnę. Oskarżycielem był oczywiście Liebnitz, a obrońcą Voltz. Chwilę po naszym przybyciu wyprowadzono spętanego Bauera i proces rozpoczął się przemową arcykapłana świątyni Ulryka. Pozwolę sobie przytoczyć tutaj jego wypowiedź, byście przekonali się do jakich kłamstw potrafią posunąć się zdrajcy ludzkości.

Drodzy rodacy, moi przyjaciele. Nasze miasto kilka tygodni temu oparło się największej od stuleci napaści sił nieczystych na nasze ziemie. Okupiliśmy naszą wolność krwią naszych ojców, braci i synów. Zło jednak nie znikło, ono ciągle czai się na nas. Przenikło do wnętrza miasta pod postacią sługi Sigmara, gdy plugawe demony nie dały rady skruszyć murów i bram. Jakob Bauer z powołania miał stać na straży ludzi takich jak Wy, tropić, ścigać i niszczyć wszelkie przejawy zła i niegodziwości. Sam uległ pokusie. Stał się jednym z legionów słabeuszy, którzy przeszli na stronę ciemności. Pozostałby pewnie w  ukryciu jednak zło przeciw sobie zawsze się w końcu obróci – rannego kultystę znaleźli w jednym z zaułków strażnicy miejscy, którzy poświadczą, że miał przy sobie zakazane księgi i artefakty oraz spaczeniowy proszek którymi zatruwał nasze studnie. O plugawej naturze tych przedmiotów poświadczą Wam uczeni z tutejszego Uniwersytetu. Bracia, nie możemy dać się zwieść. Musimy bronić naszego domu od wewnętrznego skażenia. Jakob Bauer jest winny okrutnej śmierci i potępienia dziesiątek jeśli nie setek mieszkańców tego wspaniałego miasta. I wierzę, że spotka go los na jaki zasługuje – niech spłonie na stosie! Oczyśćmy nasze miasto raz na zawsze z plugawicieli!

Liebnitz był niezrównanym mówcą, którego popierała zdecydowana większość mieszkańców miasta. o ile udowodnienie niewinności Bauera przed sędziami nie powinno być trudne, to przekonanie do tego tłumu okazało się być zadaniem o wiele trudniejszym. Najpierw jednak musieliśmy się dostać do Voltza. Z pomocą przyszedł nam Imrak, który przybył ze śWiątyni. Hoffer wysłał tam kilku strażników i krasnolud mógł bez przeszkód do nas dołączyć. Kiedy jednak my zastanawialiśmy się, jak zwrócić na siebie uwagę biskupa, on postanowił działać, a nie myśleć, i na pałę wybiegł przed tłum, prosto w ręce nadciągających strażników, wołając przy tym Voltza. Pomysł może i głupi, ale okazał się skuteczny – kapłan dostrzegł nas i w czasie, gdy Bauer zeznawał, zostaliśmy wprowadzeni na sądowe podwyższenie, gdzie wysłuchaliśmy przemowy biskupa i czekaliśmy, aż zostaniemy wezwani do złożenia zeznań.

Kiedy wezwano nas przed oblicze sądu, byłem, co tu nie mówić, przestraszony. Ten cały tłum, pałający wręcz żądzą krwi po przemówieniu arcykapłana, stał tam w dole przed nami, a my, do niedawna jeszcze nic nie znaczący podróżnicy, mieliśmy nad nim zapanować, uratować sigmarytę i dzięki temu uratować miasto. Zaczęliśmy więc opowiadać naszą historię, odpowiadając przy tym na pytania Voltza i odpierając oskarżenia Liebnitza. Trwało to i trwało, i muszę przyznać, że udało nam się część osób przekonać. Spora pewnie w tym zasługa Opfera, którego stan mówił więcej niż słowa, a który poświadczył prawdziwość zeznań Bauera.

Liebnitzowi udało się nas jednak zagiąć dwoma rzeczami. Po pierwsze, spytał o nasze powiązania z amuletem chałosu, a powiedzianą przez nas prawdę udało mu się wykorzystać na swoją korzyść. A po drugie, przedstawił nam ikonę, którą na samym początku naszej wizyty w Middenheim przekazaliśmy ojcu Mortenowi, a którą ukradły skaweny! Heretyk i plugawiec, zadający się ze szczurami. Kultysta i zdrajca ludzkości! Pokazał nam ikonę i spytał, czy to ta, którą odzyskaliśmy. Wprawne oko Albrechta dostrzegło jednak, że ramka była podmieniona i przypomnieliśmy sobie, że przecież połamaną oryginalną ramkę znaleźliśmy w kryjówce skawenów. Niemniej zdesperowany Liebnitz próbował przekrzyczeć nasze wyjaśnienia o tym i pokazał tłumowi tył ikony, pomazany symbolami chałosu. W odpowiedzi, próbując go przekrzyczeć i przemówić do jeszcze kilku osób, nim wybuchną zamieszki, wyjęliśmy naszego asa z rękawa, czyli płaszcze gwardzistów, które znaleźliśmy w kaplicy, ale było już za późno, zdrajcy udało się już podburzyć tłum. Schutzmann widząc co się dzieje, odroczył rozprawę i kazał wszystkim udać się do zamku, nim ludzie dokonają samosądu na Bauerze.

W zamku dane nam było chwilę odpocząć. Po całej nocy pod Złamanym Mieczem byliśmy już padnięci i potrzebowaliśmy choć odrobiny snu. Sędziowie mieli w tym czasie naradzić się, a namiestnik do tego musiał zapanować nad zamieszkami. Z wiadomości, które usłyszeliśmy po przebudzeniu wynikało, że przynajmniej częściowo udał nam się pokrzyżować plany kultysty. W mieście wybuchły bowiem walki, ale nie była to regularna rzeź sigmarytów. Co więcej, Liebnitz nie udał się z wszystkimi do zamku, tylko zbiegł najpewniej do świątyni Ulryka. Mniej więcej w tym samym czasie do zamku przybył Ranulf, który przyszedł nas przeprosić, że uwierzył arcykapłanowi. Dużo ważniejsze były jednak wiadomości ze świątyni, które ze sobą przyniósł, cudem uciekając w ostatniej chwili. Manuel Bernard, Mistrz Zakonny Rycerzy Białego Wilka, który przybył tu wraz z oddziałem, otrzymał rozkaz pozostania w świątyni, ale sprzeciwił się mu i wyszedł na ulice pomagać siłom namiestnika wraz ze sporą częścią jego ludzi. Przynajmniej on okazał się mężem prawego serca, którego udało się nam przekonać o niewinności Bauera. Liebnitz wyrzucił potem wszystkich pozostałych, nie oddanych mu całkowicie ulrykowców i zamknął bramy świątyni, z pewnością szykując coś plugawego. Jakby na potwierdzenie tych wniosków, podczas naszej rozmowy z Ranulfem, potężny piorun uderzył w najwyższą wieżę Wielkiej Świątyni Ulryka. To z pewnością był znak od niezadowolonego boga, który poganiał nas do działania.

Nie zwlekając, wraz z Ranulfem udaliśmy się do namiestnika Schutzmanna, by przedstawić mu sytuację w świątyni i przekonać go, że musimy działać natychmiast. Nie wiadomo, co Liebnitz próbował zrobić, ale czułem w kościach, że nie będzie to nic przyjemnego… Schutzmann zgodził się, że Liebnitza trzeba sprowadzić do zamku, by wyjaśnił swoje postępowanie, ale nie był w stanie dać nam więcej niż dziesięciu ludzi. Wszyscy żołnierze zajęci byli bowiem tłumieniem zamieszek. Dobre i tyle, dozbroiliśmy się więc między innymi w nowiutkie kusze i ruszyliśmy w kierunku świątyni, po drodze zgarniając jeszcze kilkudziesięciu strażników świątynnych, którzy widzieli, jak w wieżę uderzył piorun i odczytali ten znak dokładnie tak, jak my.

Nasz pierwszy plan zakładał, że do środka dostaniemy się tym samym przejściem, którym wcześniej wydostaliśmy się z lochów. Niestety było ono zamknięte, a według słów Ranulfa, świątynia została tak zaprojektowana, by być twierdzą nie do zdobycia i żadnego wejścia poza główną bramą nie ma. Trochę nas to przybiło, bowiem główna brama była masywna i sprawiała wrażenie rzeczy, którą tylko bogowie mogą poruszyć. Ale od czego mamy cudownych inyżynierów z Nuln, którzy projektują potężne armaty! Nim sprowadziliśmy je na miejsce, Hugo mało nie stracił życia, kiedy jeden z kultystów na murze celnie rzucił w niego toporkiem, ale poza tym ostrzał obu stron był nieskuteczny. Zabawa zaczęła się po pierwszym wystrzale z działa, który na tyle odgiął jedno skrzydło bramy, że można było wejść do środka. Kończył się nam powoli czas, nie czekaliśmy więc na przeładowanie i rzuciliśmy się do środka, a wraz z nami ruszyli lojalni Ulrykowi strażnicy i żołnierze. Rozpoczęła się bitwa o świątynię.

Choć serce domagało się, by rzucić się bój z toporem w ręku, mój stan jednak na to nie pozwalał. Rany, które zadali mi kultyści w piwnicznej kapliczce dopiero zaczęły się goić i każdy gwałtowniejszy ruch powodował rozrywający ból. Moich towarzyszy wesprzeć mogłem więc jedynie celnymi bełtami z kuszy, a że strzelcem jest niezrównanym, to i kilku kultystów trupem położyłem. Walka na placu była krwawa, ale wyrównana i przez długi, zbyt długi czas nie mogliśmy zdobyć przewagi, która pozwoliłaby nam na oderwanie się od bitwy i wtargnięcie do świątyni, gdzie najpewniej mogliśmy zastać Liebnitza. Albrech i Imrak walczyli dzielnie, inspirując naszych żołnierzy i motywując ich do zwiększenia wysiłków, kiedy Hugo, wykorzystując swoje umiejętności i niepozorne rozmiary, zaczął przekradać się w kierunku świątyni. Chwilę później wykorzystałem okazję i popędziłem za nim, a zaraz po mnie ruszyli pozostali członkowie Kompaniji. Nasze zadanie na placu świątynnym zostało spełnione, kultyści zostali zepchnięci do obrony i kwestią czasu było, nim nasi towarzysze odniosą zwycięstwo. Przyszła więc pora na wyrównanie rachunków z arcykapłanem…

Liebnitza zastaliśmy na środku wielkiej sali, w asyście dwóch strażników. Dookoła niego leżało mnóstwo zwłok ludzi, z których szaleniec upuścił krew, by nakarmić to coś… to plugawe, niematerialne coś, które z każdą kroplą spadającej do basenu krwi stawało się coraz bardziej przerażające i realne. To coś, co Liebnitz chciał wpuścić do najświętszego miejsca kultu Ulryka! Heretyk! W pomieszczeniu zostały jeszcze trzy żywe ofiary, zdążyliśmy w ostatniej chwili, by pokrzyżować niecny plan byłego arcykapłana. Bez zastanowienia, od razu po wtargnięciu do pokoju, Hugo i ja wycelowaliśmy i wypuściliśmy bełty w kierunku przywódcy kultystów chałosu, by odwrócić jego uwagę od słów rytuału. A najlepiej, zabić na miejscu, gdyż tacy zdrajcy nie zasługują nawet na proces. Bełty ugodziły heretyka, a jego strażnicy już zaczęli biec w naszą stronę. Dobrze, że do sali wpadli Imrak i Albrecht, którzy związali się w walce z dwoma berserkerami. Krótka wymiana ciosów, szybkie przeładowanie i wycelowanie, i nim Liebnitz zdążył się pozbierać po pierwszych trafieniach, oberwał z drugiej salwy, tym razem jednak śmiertelnej. Nie powiem, byłem przerażony eteryczną istotą, którą przywoływał i całe szczęście, że udało się go zabić, nim rytuał dobiegł końca.

W momencie, w którym ciało upadłego kapłana upadło, jak jego dusza, świątynię zalał oślepiający blask, którego dotyk spalił wszystkich kultystów chałosu, a który dla nas, obrońców świątyni, był kojący i uspokajający. Stałem tam, ale było to jakbym za życia trafił do krainy zmarłych, w której wszyscy dzielni wojownicy ucztują razem z Ulrykiem… Wtedy też wiedziałem już, jaki los mi jest pisany, i że wstąpię w szeregi kulty Ulryka, by wyrwać z niego wszelkie chwasty i przywrócić jej dobre imię. Każdy z naszej czwórki poczuł też zapewne to, co ja poczułem, palący, ale nie bolesny dotyk na ramieniu, który zostawił na nim znak w postaci wilka dzierżącego dwuręczny młot. Znak, że obaj bogowie są nam wdzięczni za pomoc ich kultom, i że udało nam się uratować Middenheim przed wewnętrznym wrogiem…

Gotfried

Dodaj komentarz