WFRP – Opowieść Najemnika #1

Autor | 10 marca 2016

Coś się kończy, coś się zaczyna… Pablo, nasz dotychczasowy Mistrz Gry, zrezygnował z prowadzenia (nie wytrzymał z nami po tylu latach :P), a jego miejsce zastąpił pełen zapału… Młody! Pablo wcielił się w nową postać, najemnika z Tilei imieniem Isidore i widząc, że ostatnio lepiej mi idzie pisanie relacji z turniejów niż z sesji, postanowił zastąpić mnie w roli drużynowego kronikarza. Zapraszam więc do przeczytania opowieści naszego najemnika, z którym (mam taką nadzieję) przeżyjemy trzecią część kampanii.

Opowieść Najemnika

Ciepła bryza od strony zatoki Remas przyniosła otrzeźwienie dla znużonych i solidnie podpitych bywalców Roześmianej Mewy.

– Kapitanie, opowiedz świeżym śledziom o twojej wyprawie do Imperium.

Postawiony w centrum uwagi Isidore od razu nabrał werwy, na usta mimowolnie wkradł się uśmiech, a w jego oczach znów zagościł szelmowski błysk. Arcadio słyszał te historie już dziesiątki razy, ale zawsze ciekawiło go o ile kolejna opowieść będzie barwniejsza od poprzedniej. Rozlał wino do glinianych kubków, w tym czasie kapitan rozpoczął już swą opowieść:

– (…) Skoro zima przyszła, a sroga jakiej tutaj nawet nasi przodkowie nie oglądali, walki w pobliżu Wielkiego Miasta Białego Wilka ustały. Chaosyckie hordy pochowały się w puszczach, górach i twierdzach uprzednio zdobytych. Moja służba dobiegła końca, bo pan mój, graf von Stofenberg, znudzony wyraźnie północą postanowił wrócić na swe włości do Reiklandu. Odeskortowaliśmy go pod sam zamek, zainkasowaliśmy umówiony żołd i byłem wolny. Z kompanią zawitaliśmy do Altdorfu. Stolica Imperium na północy jest miastem jakiego nie zobaczysz nigdzie indziej. Tyle tam pokus i doznań, a wszystko na wyciągnięcie ręki. Nic dziwnego, że młody wojak, jakim wtedy byłem, od razu poszedł na całość. Jeśli masz złoto i chcesz się zabawić, to dobrze trafiłeś. A że miałem jednego i drugiego spore zapasy ruszyłem w tan. Ile wina wtedy wypiłem, a ile kobiet złamało mi serce już nie potrafię nawet policzyć, ale musiało to trwać blisko dwa tygodnie. Gdy w mojej sakiewce zostało już więcej powietrza niż monet trafiłem na Otto Hoefera – czarodzieja, który ocalił mnie gdyśmy do niewoli Archaonowej trafili. Gołowąsem był wtedy jeszcze, ale jaki zawzięty! Ilu to oficerów i rycerzy bojąc się o życie swoje rozkazów odmawiało, a ten sam się do zwiadów zgłaszał i za linię wroga chodził! Przebiegły był jak kot. A grzeczny jaki! Gładko mówił jakby spokrewniony był z Seneką.

W każdym razie ten Otto wiedząc, że mu życie byłem dłużny (com mu przysiągł spłacić, kiedy mi pęta rozcinał), już przy pierwszym kuflu piwa przeszedł do sedna. Opowiedział mi o księciu demonów z Dziewięciu Piekieł, którego okrutny Czarny Bóg rozdarł na trzy części i zaklął w trzech przedmiotach, aby ten dusił się po wsze czasy za swą pychę. Tyle że zło, jakie Archaon przyniósł z północy do Imperium, obudziło demona i napełniło go mocą. Chciał się wydostać. Pierwszy artefakt zwany Mosiężną Czaszką wpadł w ręce kultystów Krwawego Boga Khorne’a w Middenheim, którzy skrywali się za fasadą kapłanów Boga-Wilka Ulryka, w samym sercu jego świątyni! Dzięki przebiegłości i złowrogim zaklęciom podburzyli tłum mieszczan by obrócił się przeciw władzy i wiernym Sigmara, którzy wierzcie lub nie, siły w Middenheim nie stanowią. Obecność Demona Czaszki w mieście wpędzała ludzi w krwawy szał, a zbocza góry do dziś splamione są krwią tysięcy wymordowanych w bratobójczej walce. Na szczęście dla Middenheim i Imperium nim kultyści zdołali wyzwolić Demona z jego więzienia grupa bohaterów pokrzyżowała im plany. Zniszczyli Czaszkę i wyruszyli na poszukiwania pozostałych artefaktów z esencją Demona. Ślad po kolejnym z nich prowadził do Altdorfu. Właśnie wtedy Otto dołączył do drużyny. Jego opowieść o wydarzeniach związanych ze sztyletem pozostawiała wiele pytań bez odpowiedzi. On sam wyraźnie zirytowany mą dociekliwością mówił tylko, że gdybym przeszedł przez to samo piekło jakie zgotował im Demon Sztyletu w Altdorfie, to również nie miałbym ochoty o tym opowiadać. Pozostawiłem to, bo widziałem, że chłopak rzeczywiście wzdrygał się na samo wspomnienie tamtych wydarzeń.

Otto prosił mnie, znając mą sprawność w boju i męstwo niezrównane, o dołączenie do drużyny, której celem będzie odnalezienie i zniszczenie ostatniego artefaktu – Pucharu Gniewu. Czując zew przygody od razu się zgodziłem. „Ja nie pomogę przyjacielowi w potrzebie, który mi życie uratował? O nie! Isidore Mastrangelo spłaci swój dług jak na prawego Tileańczyka z Remas przystało.” Dałem mu słowo, a on nawet się nie poruszył. Jakby był pewny, że nie mogę mu odmówić. Wtedy powiedział mi, że nie może ruszyć ze mną, że jego zadaniem będzie przygotowanie rytuału zniszczenia Pucharu, które pochłonie wiele z jego czasu i zasobów. Będę za to towarzyszył czwórce śmiałków, którzy w Middenheim zniszczyli Czaszkę, a w Altdorfie Sztylet. Przyznaję, że trochę zeszło ze mnie początkowo powietrze, ale okazja poznania i podróżowania w towarzystwie tak zacnych postaci to kolejna wspaniała przygoda. Poznałem ich w starej, sypiącej się kaplicy Boga-Wilka Ulryka. Jeśli myślicie, że wyglądali jak herosi z tileańskich legend to się mylicie. Bohaterowie Imperium są ponurzy, pokryci bliznami, prawie karykaturalni. Otto powiedział, że poznał ich w najmroczniejszych chwilach, kiedy człowiek ujawnia całą prawdę o sobie. Tak więc przedstawili mi się jako Siegfried, Albrecht i kapłan Ulryka Gotfried. Wszyscy trzej pochodzili z Middenheim. Od razu polubiłem ich towarzystwo. Byli o wiele bardziej otwarci i zabawni niż wyglądali. Nieobecny był jedynie Hugo – niziołek, z którym mój przyjaciel miał największe nieporozumienia. Jak tłumaczyli pozostali, Hugo na jakiś czas opuścił Altdorf w poszukiwaniu samotności. Ponoć chciał udać się do Middenheim.
Otto opowiedział im o swych planach dotyczących przygotowania rytuału i od razu wywiązało się nieporozumienie. Widać, że między czarodziejem a resztą iskrzyło. Może nawet lepiej, że nie wyruszył z nami.

Naszym jedynym tropem były zapiski znalezione w starych księgach dotyczące dziwnego pucharu, jaki znalazł wiele setek lat temu młody mnich, na polanie niedaleko opactwa św. Abelarda. Puchar miał wg legend spoczywać wśród pomordowanych zwierzoludzi. Mnich uznał, że to relikwia Sigmara i zabrał ją ponoć w mury klasztorne. I tam ślad się urywał. Opactwo św. Abelarda miało leżeć w pobliżu Misthausen, mieściny kilka godzin w górę rzeki na południowy-wschód od Altdorfu, słynącej z dobrze prosperującej kopalni miedzi.

Wracając późnym wieczorem ulicami miasta padliśmy ofiarami najgorszego zamachu w historii zamachów. Otóż wyobraźcie sobie 4 debili wspinających się po spadzistym dachu, pokrytym lodem albo śniegiem, podczas zamieci śnieżnej, próbujących strzelać z felernych kusz. Z czterech bełtów tylko jeden sięgnął celu – Siegfried na szczęście dostał tylko w ramię, a większość impetu zatrzymała zbroja. Nie dość tego, ci durnie nie przewidzieli, że w każdej chwili mocniejszy podmuch może zrzucić ich na ziemię, co stało się dokładnie po tym jak wystrzelili. Nim zdołaliśmy się ukryć, czy choć zawołać po pomoc, zamach się skończył, bowiem nasi niedoszli zabójcy leżeli połamani na bruku. Wzięliśmy jednego do zaułka na spyty, ale wysypał jedynie tyle, że najęli go jacyś ludzie w gospodzie Złoty Bażant. Kto i dlaczego chciał nas, a raczej ich zabić, mogłem się jedynie domyślać. Moi nowi towarzysze ku mojemu zdziwieniu postanowili nie iść tym tropem dalej. Nazajutrz więc poczyniliśmy zapasy i ruszyliśmy rzeką do Misthausen.

Wiele podczas swych podróży widziałem, od wybrzeży Arabii do Tilei, byłem też w portach Albionu i Bretonii, ba! byłem nawet w Marienburgu! Ale tak jak w Misthausen to chyba nie ma w żadnym porcie w Starym Swiecie. Porcie? tfu! ledwie przystań na kilka łodzi. Na brzegu już mytnik zacierający ręce, bo pogłowne ściągał. 8 szylingów za postawienie nogi na suchym lądzie! Granda moi mili! Granda! Miasteczko na tysiąc mieszkańców, za to urządzone jak dwór arabskich książąt albo Marklowice jakieś! Porządek, wybrukowane place, wszystkie domy ceglaste i zadbane. A straże? chłystki młodsze jeszcze od Was, a każdy w lśniącej łuskowej tunice z pistoletem przy boku. Gospoda w jakiej nas ugościli to jak szlachecki salon prawie strojna była. Piwo i gorzałkę przednią serwowali, chociaż naszej Mewy na nic bym nie zamienił. Miejscowi za to piekielnie w kości oszukują – oskubali mnie niemal do nagości. W każdym razie, na zabawie spędziliśmy kilka ładnych chwil, nie zapominając jednak o misji. Gdy wypytywaliśmy miejscowych o klasztor, wszyscy nabierali wody w usta. Jeden, co z nami o tym chciał gadać był ich burmistrz. Markus Frohm mu było. Opowiedział, jak to blisko trzydzieści lat wcześniej wszyscy mnisi przepadli bez śladu, a opactwo spłonęło i popadło w ruinę. Zresztą mnisi, którzy niegdyś lubiani byli przez tamtejszą ludność i z produkcji wyśmienitego wina słynęli, przez lata stali się niedostępni, odstręczający, a nawet jak powiedział burmistrz „agresywni”. Stąd kiedy opactwo padło, nikt za braciszkami morza łez nie wylewał.

Droga do opactwa była więc zapomniana, a poza tym śnieżne zaspy miejscami wyższe niż dorosły mąż, znacznie utrudniały podróż. Potrzebowaliśmy przewodnika, który mógł nas bezpiecznie przeprowadzić pod bramy opactwa. Burmistrz zaproponował więc wymianę – wskaże nam i opłaci przewodnika, dołoży nawet solidną zapłatę, jeżeli uwolnimy go od sporego problemu jaki pojawił się w tutejszej kopalni. Od kilku tygodni w kopalni znikali górnicy. Kilku z nich słyszało jakieś zwierzęce pomruki i ujadanie, jeden nawet miał widzieć wielką bestię dwunożną, o zwierzęcej głowie i błyszczących krwawo ślepiach jak ciągnęła jakiegoś nieszczęśnika w głąb tuneli. Podejrzewaliśmy, że to skaveni, jako że tak jak i u nas, szczuroludzie drążą pod Imperium swe tunele i napadają na bezbronnych. W towarzystwie dowódcy straży i zarazem syna burmistrza Marco oraz kilku jego najlepszych ludzi wyruszyliśmy do kopalni by ubić bestię.

Jaki poczwara miała niefart, bowiem zdecydowała się na zuchwały atak, gdy tylko stanąłem u wejścia kopalni. Jej spojrzenie skrzyżowało się z moim, lecz nim zdołała umknąć, już kula z mego pistoletu tkwiła w jej piersi. Skowyt bólu jaki wydała był zmroził krew w żyłach wszystkich miejscowych, ale nie w naszych. Ruszyliśmy za nią w głąb kopalni. Dzięki memu bystremu oku i pewnej ręce bestia zostawiała krwawe ślady, które Siegfried od razu podjął. Uszliśmy chyba z cztery albo pięć poziomów, a na każdym znajdowaliśmy dowody okrucieństwa potwora. Oderwane od ciała członki i wyrwane wnętrzności do dziś śnią mi się w nocy. Ślady prowadziły na samo dno wyrobiska, mile całe chyba w głąb ziemi. Kilku strażników zostawiliśmy przy windzie, by mogli operować mechanizmem windy, sami zaś z z Marco ruszyliśmy w dół. Droga dłużyła się nieznośnie. Zjeżdżając w taką otchłań, oprócz skrzypienia łańcucha, słyszysz tylko rozpaczliwe kołatanie własnego serca. Modliłem się o odwagę do wszystkich bogów, a szczególnie by Myrmidia nie opuściła mnie w tej czarnej godzinie. Tuż przed dnem usłyszeliśmy krzyki ludzi daleko w górze. Po chwili ciało jednego z naszych dźwigowych rozbiło się o dach windy – bestia przechytrzyła nas. Poczekała aż się rozdzielimy i zaatakowała słabszą grupę. Wiedzieliśmy, że jesteśmy zdani na siebie. Tu na dole musiała mieć swoje legowisko, do którego na pewno wróci. Musimy je tylko znaleźć…

W chodnikach znaleźliśmy jeszcze więcej zmasakrowanych ciał. Aż trudno uwierzyć, że tyle przelanej krwi było dziełem jednej istoty. W jednym z nich odnaleźliśmy żywego górnika. Biedaczyna postradał zmysły – bredził o jakimś widmie pokrytym tatuażami… Nic z tego nie rozumiałem – ich mowa jest taka toporna i twarda, a poza tym staroświatowy ma wiele dialektów, więc musicie mi uwierzyć, że dla nawet dla takiego światowego Tileańczyka jak ja to było mylące. Wzięliśmy go ze sobą, niestety gdy jedna ze ścian runęła nieszczęśnik zginął. W jednym z tuneli odnaleźliśmy ukryte pomieszczenie, o którym Marco nigdy wcześniej nie wiedział. Tam znajdowały się zapiski bezimiennego krasnoludzkiego kronikarza, opisujące miejsce pochówku bohatera Grungnara, który zginął w bitwie z orkami. W narożnikach pokoju cztery wyryte w ścianie topory od razu wydały mi się podejrzane. Wcisnąłem jeden z nich, a w podłodze utworzyły się wąskie schody prowadzące jeszcze głębiej. Najwyraźniej kopalnia zbudowana przez krasnoludy wiele lat temu, wciąż skrywała przed ludźmi sekrety…

Schodząc po schodach Gotfried nieświadomie uruchomił pułapkę. Na szczęście bełt, który wystrzelił ze ściany w jego stronę był spróchniały i rozbił się o hełm kapłana-wojownika. Jednak precyzja tej pułapki była przerażająca. Ten, kto budował to miejsce wyraźnie nie życzył sobie nieproszonych gości. Schody przechodziły w tunel. Z każdym krokiem nasze nozdrza wypełniał coraz ostrzejszy smród – wiedzieliśmy, że zbliżamy się do legowiska bestii. Znów jednak daliśmy się zaskoczyć krasnoludzkim pułapkom – zawał stropu rozdzielił naszą kompanię. Ja wraz z Albrechtem i Gotfriedem zostaliśmy odcięci od Siegfrieda i Marco, którzy szli za nami. Nie mając innego wyjścia szliśmy do przodu. Dotarliśmy do dwóch krypt, w których w kamiennych sarkofagach spoczywali krasnoludzcy wojownicy. W pierwszej jedna ze ścian była zawalona, i otwierała wielką grotę – właśnie stamtąd dochodził intensywny fetor. Tam zapewne legowała bestia mordująca górników. Wierzcie czy nie, ale to nie było najgorsze co nas tam spotkało. W drugiej bowiem krypcie klęczał nagi mężczyzna wymalowany na ciele przedziwnymi znakami. Nad sarkofagami unosiły się powietrzu – jako żywo, nie łgam ani na jotę – unosiły się płonące świece a nad nimi duchy zmarłych krasnoludów. Półprzezroczyste, świetliste dusze dzielnych wojów, które ten czarnoksiężnik wyrwał ze snu wiecznego by mu służyły. Miałem go na celowniku i zakończyłbym to świętokradztwo, ale niestety wtedy imperialny szmelc odmówił posłuszeństwa. Pistolet zaciął się, co wykorzystał nekromanta. Jednym ruchem ręki zmusił duchy do wstąpienia do sarkofagów, a z nich wystrzelili nieumarli wojownicy. Odziani w resztki pancerzy, dzierżący przerdzewiały topory, skoczyli do nas szybciej niż mogliśmy zareagować. Było ich pięciu, a nas ledwie trzech. Zastawiliśmy się w korytarzu, by zawęzić pole – tak, by tylko dwóch z nich mogło walczyć przeciwko naszej dwójce. Moi dzielni towarzysze stanęli z przodu kiedy ja próbowałem naprawić pistolet. Jeśli uważacie, że miałem łatwo, to znowu się mylicie. Oto z tyłu z drugiej krypty nacierali na nas kolejni nieumarli – jeszcze więcej, chyba z siedmiu albo ośmiu. Cóż miałem zrobić… Pożegnałem się z życiem i stanąłem do walki. Bałem się jak nigdy dotąd, ale nie mogłem pozwolić sobie nawet na krztynę słabości. Jeden moment zawahania, jeden błędny ruch i zostanę w tym zimnym grobowcu na wieki jako sługa nekromanty. Rąbałem więc jak natchniony, a truchła nieumarłych padały pod naszymi stopami. Jak bardzo są przerażający, tak brakowało im rycerskiego kunsztu i techniki, jaka wyróżnia wprawionego żołnierza. Gdy ostatni padł, został jeno nekromanta. Sięgnąłem więc za pas po pistolet, który Myrmidia w swej łaskawości odblokowała i przestrzeliłem mu jego czarne serce…

Ledwo ciało nekromanty uderzyło o ziemię za plecami usłyszeliśmy ciężki odgłos przesuwanego kamienia. Z korytarza przybiegł przerażony Siegfried, który mówił, że odnalazł sekretne przejście, jednak gdy wchodzili zaatakowała ich bestia! Zabrała Marco. Siegfried wiedział, że czeka go pewna śmierć i słusznie postąpił, że uciekł. Razem mieliśmy szanse ją zgładzić – znacznie większe, niż ktokolwiek z nas w pojedynkę. Stanęliśmy zatem u wejścia do legowiska bestii. Nie czekała długo. Wystrzeliła z mroku szybciej niż rozpędzony rumak, od razu w moją stronę – najwyraźniej pamiętna rany jaką zadałem jej na górze. Uniknąłem jej szarży i uchyliłem się tak zręcznie, by wystawić ją plecami do moich towarzyszy. Niestety oni struchleli i stali tam sparaliżowani strachem. I nic w tym dziwnego. Gdybyście tylko widzieli tego potwora… Trzymetrowe cielsko, chude i żylaste, ale o twardych jak stal mięśniach. Łeb miało wielkości dużej beczki po winie, a zębiska długie jak nóż! Raz za razem zamachiwała się potężnymi pazurami, które kruszyły nawet kamień. Wiedziałem, że muszę przetrzymać do czasu aż moi przyjaciele opanują strach. Kilka minut trwał mój taniec z bestią. Frustrowałem ją jak tylko mogłem, skubiąc od czasu do czasu mieczem w odsłonięte ciało. Mimo, że zadałem jej z dziesięć ciosów, bestia wciąż parła do przodu. Gdy moi towarzysze odzyskali rezon, jej los został przypieczętowany. Bestia z natarcia musiała przejść do obrony. Krew, którą z niej wcześniej utoczyłem powodowała, że słabła z każdą sekundą. Przygwoździliśmy ją w końcu. Skoczyłem do przodu i precyzyjnym pchnięciem wbiłem stiletto w grdykę. Do teraz czuję smród jej ostatniego oddechu…

Isidore

Dodaj komentarz