Wyjście z szafy, czyli kilka słów o turniejowym graniu – Szorty #17

Autor | 14 lutego 2017

“E, turnieje nie są dla mnie, wolę bez spiny pograć ze znajomymi w domu” – to słowa, które każdy zainteresowany jakąkolwiek turniejową sceną usłyszał przynajmniej raz w życiu (albo wypowiedział, będąc po drugiej stronie barykady). W naszym pięknym kraju od wieków istnieje wyraźny podział na tak zwanych casuali (czyli osoby pochodzące do każdej gry na luzie i nie interesujących się specjalnie nowinkami z jej mikroświatka) i pr0sów (do których zalicza się między innymi każdy bloger piszący teksty do działu Kącik pr0). Pytanie tylko, czy ten podział ma jakikolwiek sens?

Na każualowych spotkaniach lokalnej sceny często można trafić na ciekawe inicjatywy, takie jak na przykład Dzień Weylanda

Wyjście z szafy, czyli kilka słów o turniejowym graniu

Inspiracją do napisania tego tekstu był pewien cudownie idiotyczny wątek na forum gry-planszowe.pl. Zaczęło się niewinnie, od marudzenia na ceny, ale w pewnym momencie ktoś zaczął narzekać na Śląską scenę Netrunnera i – jak się to mówi – striggerował mnie (lub po polsku wkurzył i zmusił do napisania o tym w internecie).

Wróćmy jednak do tematu. Skupię się oczywiście na scenie Netrunnera, bo ta jest bliska mojemu sercu, ale prawdy, które chce przekazać, powinny być dość uniwersalne. Zacznę z grubej rury – podział casual/pr0 jest kompletnie z czapy, bo jak wszystkie dwubiegunowe podziały, wycina to, co najlepsze – środek.

Turniejowa gra to nie tylko wygrana za wszelką cenę – choć jasne, wszędzie znajdzie się ludzi, którzy muszą być najlepsi, choćby nie wiem co (ale tacy też są potrzebni #kochajmywszystkich, bo mobilizują do pracy). Jest w niej też miejsce dla tych, którzy chcą po prostu pograć swoim ulubionym deckiem (i z czasem coś wygrać,  choćby nie wiem, jak bardzo hipsterski by nie był – serio!).

Turnieje (i towarzyszące im spotkania lokalnej grupy) dają coś, czego domowa gra nigdy nie zastąpi – różnorodnych przeciwników. Każdy z nich ma swoje indywidualne podejście do gry, a co za tym idzie rodzą się dyskusje, przemyślenia, zmiany i poprawki.

I właśnie o to chodzi w Żyjącej Grze Karcianej (LCG), a nie o format wydawania dodatków (dobra, nie zrozumcie mnie źle – wiem, że o to chodzi również w Magicu czy bitewniakach, ale dzięki temu brzmiało to bardzo podniośle :-P). Bez choćby okazjonalne wbicia na turniej nie widzę sensu wchodzenia w żadną grę tego typu. Coś o tym wiem, bo sam mam X-Winga i Przeznaczenie, kupione z myślą o domowym graniu. Ten pierwszy się kurzy na półce, bo gram od święta, tego drugiego ratuje prostota zasad i szybka rozgrywka, dzięki czemu idealnie się nadaje do popykania z drugą połową w wolnej chwili, ale to raczej chlubny wyjątek.

Granie z pr0fesjonalistami nauczy Cię, że taka ręka, to w zasadzie idealna ręka

Siedzenie i granie w domu z okazjonalnymi graczami w gry, w których podstawą jest składanie talii/armii szybko się znudzi i ustąpi miejsca planszówkom (albo innym rozrywkom, bo nie tylko na kartonie ten świat zbudowano). Znika bowiem wtedy największa zaleta tego typu zabawy, czyli konfrontacja własnego pomysłu i umiejętności z drugim graczem. Dlaczego? Bo jeśli tylko jedna osoba jest świadoma tego, co może druga strona (albo zna jej wszystkie sekrety, w przypadku, gdy sama składała obie talie), to taki test nigdy nie będzie miarodajny. Traci się ten kluczowy element sprawdzenia własnych sił. Jasne, są sytuacje, że w okolicy jest tylko dwóch fanów Netrunnera i grają ciągle ze sobą (pozdrawiam ekipę z Rzeszowa, czyli Comę i Siawqa!), ale założę się, że gdyby nie okazjonalne wyjazdy na turnieje, to rzucili by tę grę w kąt.

Jeśli podoba się wam tego typu gra to nie bójcie się, spakujcie talie, żetony i lećcie na spotkanie lokalnej grupy. Tam wam pomogą i powiedzą, kiedy najbliższy turniej. W końcu nic nie uczy tak dobrze, jak porządny oklep – byle wyciągnąć z niego wnioski i poprawić swoją grę. I czerpać frajdę z każdej partyjki!

Killian

Dodaj komentarz