Jesienno-wiosenny turniej Netrunnera – relacja

Autor | 5 listopada 2015

W Netrunnera wsiąknąłem już na tyle, że nie widzę niczego głupiego w wybraniu się na niewielki turniej do oddalonego od nas o ponad dwieście kilometrów Wrocławia. Dzięki temu jednak wy będziecie mogli zapoznać się z kolejną relacją,a ja będę miał kolejną okazję, żeby popisać sobie pierdoły o Netrunnerze. Win-win :-) Jeszcze słowo wyjaśnienia o tytule- we Wrocławiu mają ostatnio problemy z organizacją turniejów i dlatego dopiero teraz udało im się zrobić turniej o Spring Game Knight Kit. Mam nadzieję, że za niedługo zagramy o letni zestaw z Femmką :>

Powiększ

ANR_Wro_20151024-01
3... 2... 1... HACK THE PLANET

Jesienno-wiosenny turniej Netrunnera – relacja

Reprezentacja Śląska była bardzo monolokacyjna – wszyscy startowaliśmy bowiem z Tychów, bo reszta katowickich wymiataczy wymiękła (znaczy, mieli jakieś wymówki, no, ale to tylko wymówki). Na podbój (nie mylić z tą kiepską karcianką w świecie wh40k) Wrocławia wyruszyliśmy w składzie: Luinloth, Joan, Jander i, niżej podpisany, ja.

Podróż minęła nam dość spokojnie. Nie obyło się oczywiście bez wyprzedzających się tirów na dwóch pasach “autostrady”, licznych postojów na siku, dobrej muzyki i generalnie bardzo przyjemnej atmosfery podczas jazdy (ej serio, nie ma tu żadnego sarkazmu! No ja myślę! – Joan). Na miejsce zajechaliśmy tuż przed dwunastą, czyli godziną rozpoczęcia turnieju. To, co się stało później, zasługuje na osobny akapit…

Turniej odbył się w niedawno otwartej we Wrocławiu Cybermachinie. Swego czasu regularnie grywaliśmy w katowickiej i tym większe było nasze zdziwienie po wejściu. Spory lokal, duże stoliki, dobre oświetlenie, dużo miejsca i duże stoliki (tak, powtórzyłem się). Wow! Też tak chcemy w Katowicach!

Dalej, niestety, nie było już tak różowo – trójka miejscowych graczy odpadła w przedbiegach (pewnie się wystraszyli…) i ostatecznie skończyliśmy z siedmioma graczami. Tak, tylko trójka miejscowych odważyła się stanąć nam na drodze do promki :-( A to oznaczało potencjalnie dużo gier we własnym gronie… Ale po kolei. W roli organizatora, czyli głównie dostarczyciela promek, wystąpił Yarrow – dzięki za poświęcony czas i przyniesienie laptopa!

Turniej zacząłem od… pojedynku z godziną wolnego. Aplikacja wylosowała mnie do odsiedzenia bye’a. Taki urok turniejów z nieparzystą liczą graczy. Dzięki temu zrobiłem jednak kilka zdjęć więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło ;-) To tez w sumie dobry moment, by wspomnieć o deckach, które zabrałem ze sobą.

Ponieważ graliśmy bez proksów z Data and Destiny, to nie miałem żadnego pomysłu na runnera. Padło na Rihannę (Silhouette), która zdobyła trzecie miejsce na greckich nationalsach. Zmieniłem raptem trzy karty i zadowolony doszedłem do wniosku, że testowanie jest dla leszczy. Jeszcze gorzej było z korpem – przez brak absolutnie najlepszej agendy, czyli Global Food Initiative, nie bardzo wiedziałem, co zrobić z moim Gorgorinem. Skończyło się na tym, że wziąłem mało sensowną, wegańską wersję Gagarina. Nie byłem do końca z niej zadowolony i później mnie naszło, że mogłem wziąć Argusa, który od jakiegoś czasu znowu chodzi mi po głowie…

Pora na drugą grę, w której trafiłem oczywiście na swojego – sparowało mnie z Janderem. Whizzard z jego trzema kredytami na traszowanie PADów i innych assetów, to utrapienie dla każdego Gagarina, ale cóż poradzić. Deck mojego przeciwnika już dość dobrze znałem i wiedziałem, że bez szczęścia po mojej stronie niewiele osiągnę. Szczęścia mi oczywiście zabrakło ;-) Magik pozbawił mnie całej ekonomii, a że Jander jest zbyt dobry, żeby nadziać się na Archera, to skończyło się wtopą. Zalanie agendami też mi nie pomogło…

Do drugiej gry byłem zdecydowanie lepiej nastawiony – Jander grał Titsanem, a mój deck wydawał się być dość szybki, by sobie z nim poradzić.. Jasne, kryminaliści ostatnio sobie radzą dużo gorzej, ale dalej potrafią zaskoczyć korpa z opuszczonymi portkami. No i szczęście się odwróciło – tym razem trafiałem agendy bez multiaccesu jak jakiś snajper, a Janderowi ICE’y zdecydowanie nie podchodziły tak, jak powinny. Kiedy dobiłem do punktu meczowego, Jander zainstalował na swoim scorującym serwerze Oaktowna. Leżał tam jeszcze jakiś upgrade. Zakładałem, że to Ash czy inne pieroństwo, choć wcześniej straszowałem już jednego Troubleshootera… no i bum, Jander miał na tyle dużo kredytów, by podbić nim siłę Archera o tyle, że nawet Switchblade sobie nie poradził. A miałem Ghost Runnera na ręce :/ Dalej poszło już jak z płatka – bez dwóch łamaczy mogłem kolejne scorowane agendy oglądać przez szybkę, niczym biedne dziecko lizaka w sklepie. 0-2.

Trzeci mecz i jea, w końcu ktoś z miejscowych! Przyszło mi się zmierzyć z Sebastianem grającym Meh-Earth Hubem i Quetzal! Na pojedynek z tym drugim deckiem nie mogłem się doczekać. Strasznie podoba mi się te ID, ale jakoś nie potrafię złożyć z nią decka, który działał by w moich rękach (nie to, żeby było kompletnie z dupy, po prostu mnie nie słuchają – nawet taka byle jaka Faustal…).

J: Bo Quetzal lubi innych, taka sprzedajna!

Zaczęliśmy więc od pojedynku Rihanny z najbardziej chyba znienawidzonym przeze mnie ID korporacji. Sebastian dość szybko zrezował Turtlebacki, które powiedziały mi mniej więcej tyle: „wege NEH, przechodzimy w tag-me-mode” (no dobra, o tym, że to nie Butchershop wiedziałem ze scoutingu, który przypadkiem zrobiłem podczas sesji zdjęciowej – przepraszam ;-(). W moim małym decku szybko znalazłem wszystkiego, co było mi potrzebne do szczęścia: Desperado i Account Siphon, i zacząłem walkę o ekonomiczną dominację. Nie chcę się tu za bardzo przechwalać, ale zagrałem jedną z lepszych technicznie gier w moim życiu. Co znaczy mniej więcej tyle, że akurat zdarzyło mi się mieć szczęście i nie popełnić do tego idiotycznych błędów ;-) Legwork przy pięciu czy sześciu punktach dokończył sprawę.

No, w końcu Quetzal. To z drugiej strony była jedna z gorzej zagranych przeze mnie partii, z pojedynczym Ice Wallem chroniącym R&D. Przed Quetzal. Tak. Tanie ICE’y jak na złość nie chciały mi dochodzić na rękę, z ekonomią było średnio… aż w końcu dobiłem się od dna i w sumie nie pamiętam już dokładnie jak, ale w końcu wygrałem. W śmietniku runnera widziałem w międzyczasie jakieś Krakeny i w sumie nie pamiętam, by Sebastian miał zainstalowane jakieś breakery. Możliwe więc, że był to jakiś śmieszny build Quetzal bez łamaczy. Cóż,tak czy siak, brakło mu szczęścia, a ja źle się czułem wygrywając Weylandem inaczej, niż przez spalenie. 2-0.

No i tu się skończyła moja przygoda z wrocławskimi graczami. Mały spoiler – podobnie jak Jander, zagrałem z każdym z auta ;-)

W czwartej grze trafiłem na Sabinę, która tego dnia, ku zaskoczeniu wszystkich, wzięła… Hayley i Haarpsichorda. No dobra, kłamałem z tym zaskoczeniem. Zaczęliśmy od szybszego pojedynku, w którym wiedziałem, że najpewniej zginę potrącony przez samochód-pułapkę, który zdetonuje się potem pod jakimś budynkiem, który zawali się na moje dogorywające zwłoki… i ojej, dokładnie tak się stało. Przegrałem zarówno finansowy, jak i punktowy wyścig, co bez pancerzyka skończyło się Rihanną z jeszcze ciemniejszą karnacją.

Drugi mecz był dużo bardziej interesujący. Z racji braku Technical Writerów, w decku Sabiny zagościł stary dobry Personal Workshop, który jeszcze bardziej mnie ucieszył – nie ma to jak solidna ofiara dla Corporate Town. Poszedł też jakiś Aesop, ale wkrótce otwarł nowy lombard w dzielnicy obok i dalej handlował. Na szczęście zniszczenie szopy z warsztatem wystarczyło, bym kupił sobie wystarczająco dużo czasu, by w spokoju rozbudować swoje kosmiczne imperium. Hayley, jak to Shaper, jakoś radziła sobie z Archerami, ale pozostawione samym sobie PADy generujące piątaka co turę pozwoliły mi spokojnie scorować na serwerze z Ashem i Red Herrings. Na ukradnięcie finalnego NAPD potrzeba było grubych milionów, których Sabina nie miała i tak zakończyliśmy nasz mecz moim ulubionym turniejowym wynikiem – 1-1.

W finale wieczoru i jak się później okazało w meczu o Gordiana spotkałem się z moją dziewczyną i zarazem partnerką sparingową – Joan. Jej MaxX i HB: End the Fun znałem aż za dobrze więc wiedziałem czego się spodziewać. Do gry siedliśmy już głodni i zmęczeni więc błędy były nie do uniknięcia. Zacząłem od pojedynku z jej anarchem. W sumie niewiele z tej partii pamiętam poza tym, że Asia wbiła się nieprzygotowana w objęcia Archera i nie zdążyła się z tego odkopać.

J: Byłam tak bardzo głodna… następnym razem wezmę sobie jakieś jedzenie :D

Druga gra była o wiele ciekawsza. W pierwszej połowie gry szło mi fantastycznie – rig się rozwijał, a do tego kradłem agendy wykorzystując luki w obronie Asi. W okolicach moich 5-6 punktów udało jej się jednak ustabilizować sytuację – zarobiła miliony, w końcu oblodziła porządnie każdy serwer i zrobiło mi się ciepło. Miałem za słabą ekonomię, by przebić się na serwer z Ashem i jeśli dobrze pamiętam Dyrektorką, a Asia w tym czasie dogoniła mnie z punktami. Oboje kopaliśmy w R&D w poszukiwaniu agend, aż w końcu po jednej z tur, kiedy dobierała karty na potęgę, skoczyłem na HQ i szczęśliwie trafiłem w Witruwiusza. Na takie szczęście nie poradzi nawet Jander i Yarrow, którzy w połowie partii dosiedli się do Asi (nasz mecz trochę się przeciągnął :-P).

J: Ta ostatnia to była zbiorówka for fun :D. Jakkolwiek nie miałeś przyjemności grania z kolegą, który łamał milijard zasad turniejowych, trzymał pieniądze na ID, pokazywał karty do góry nogami i miał agendy na World Plazie… Szczęście głupiego lub nie, ale z tej wygranej byłam naprawdę dumna :D.

Kill: Oj tam, miałem radochę z pokonania Kolektywu :>

Ostatecznie zająłem drugie miejsce – tie-breaker rozstrzygnął remis z Yarrowem na moją korzyść i Gordian wpadł w moje łapki :>

J: i teraz będziesz nim grać po wieki wieków :D

Pomimo słabej frekwencji fajnie było pograć w turniejowych warunkach – zawsze to jakaś odmiana od standardowego grania, nawet jeśli zmierzyłem się w większości ze “swoimi” ;-)

Jeszcze kilka słów o deckach: Gagarin, choć nie byłem przekonany do tej wersji, nie zawiódł – wygrał 3 z 4 gier, co jest całkiem dobrym wynikiem. Natomiast Rihanna… cóż, blank ID. Jej zdolność niewiele mi dawała, a mniejszy rozmiar decku spokojnie mógłbym zastąpić startową ręką Andromedy (i miałbym w gratisie linka!). Zdecydowanie słabe ID w aktualnej mecie. Może jeśli na stołach zagości więcej pułapek… w co wątpię. Dużo lepiej by było, gdyby jej zdolność przenieść na jakiś tani hardware, może wtedy miałby jakiś sens.

J: MaxX była jak zwykle losowa, ale wiedziałam na co się porywam. Still – lubię ją, ale nie wiem czy zabiorę ją na kolejny turniej. Z drugiej strony, wzięłam ją sobie za cel jako moją turniejową talię, więc może poczaruję i będzie grzeczniejsza niż Killowa Faustal…

HB w sumie było OK, chociaż brakowało mi zabijania. To nie jest mój deck, z którym czuję się jak ryba w wodzie. Najpewniej gra mi się zieloną literką “W” i jej odmianami ;). Czy wybiorę się na kolejny turniej z nową talią korporacji i runnera, zobaczę. Wrocław był okej, choć nie wszyscy dopisali. Żeby Katowicom nie było przykro – przenieście Cybermachinę w większe miejsce, z większą ilością łazienek i stolików. ;) P.S. Tak naprawdę przegrałam, bo chciałam jeść! I zew pizzy wzywał…

Killian & (gościnnie) Joan

Jeden komentarz do “Jesienno-wiosenny turniej Netrunnera – relacja

  1. Pingback: GRY PLANSZOWE W PIGUŁCE #644 - Board Times - gry planszowe to nasza pasja

Dodaj komentarz