Splendor – Recenzja #26

Autor | 21 lutego 2015

Czym mógł być Splendor

– Zbiorę teraz czerwoną, czarną i białą manę, żeby w następnej turze przejąć kontrolę nad uroczyskiem, które później pozwoli przywołać mi bitewne słonie! Dzięki temu będę o krok od przeciągnięcia na moją stronę kapłana!
Turę później:
– Dlaczego on to zrobił?! ^*&%^$#!

Czym faktycznie jest Splendor

– Hm, jeśli teraz wezmę żółty, niebieski i czerwony, to potem wezmę tę kartę, na którą nikt się nie czai, a potem zarezerwuję tamtą i wezmę te żetony… To mi da dziesięć punktów, już blisko! Jeszcze tylko zdobędę tego dziada za trzy i wygram.
Turę później:
– Dlaczego on to zrobił?! ^*&%^$#!

Czym według autorów miał być Splendor

– ???
Turę później:
– Dlaczego on to zrobił?! ^*&%^$#!


Splendor

Splendor poznałem podczas grudniowego Pionka, o którym trochę się rozpisaliśmy tutaj. Macok, który grał już w ten tytuł, zaproponował nam partyjkę obiecując fajną i niby familijną grę (choć suchą niczym chińska zupka zaraz przed zalaniem wodą). Pokręciłem chwilę nosem na brak klimatu i zaczęło się tłumaczenie zasad… które równie szybko się skończyło. Są naprawdę proste i rozgrywkę można zacząć jakieś dziesięć minut po pierwszym otwarciu pudełka. Sama rozgrywka nie jest za to ani za prosta, ani za ciężka – to dobry tytuł na rozpoczęcie spotkania, dobicie go lub zwyczajnie do kawy. Takich tytułów jest jednak masa. Co takiego wyróżnia Splendor na rynku?

Odpowiedź jest krótka: żetony. Ale wyjaśnienie zabierze trochę więcej miejsca i wymaga ode mnie krótkiego przedstawienia, o co w tej grze w ogóle chodzi.

Wcielamy się w rolę, ummm, kogoś, kogo zadaniem jest zarządzanie wydobyciem, transportem, obróbką i sprzedażą cennych minerałów. Tak mi się wydaje, bo kompletnie tego nie czuć w grze. Zwykle mam alergię na gry na siłę wepchnięte w płaszczyk jakiegoś tematu, ale tu byłem to jakoś w stanie przecierpieć. Ba, tę historyjkę z początku akapitu sam wywnioskowałem na podstawie ilustracji na kartach! Prawie jak klimat.

W praktyce jednak, chodzi o zbieranie punktów. Na stole leżą sobie karty w trzech rzędach, podzielone według kosztu i liczby punktów, które dają. Karty kupuje się za minerały, które zdobywa się na dwa sposoby: po pierwsze, każda karta daje jeden z pięciu kolorów na stałe (nie traci się go po kupnie), a po drugie… na scenę wchodzą żetony! I gdyby nie one, nie wiem czy w ogóle spojrzałbym na tak pozbawioną klimatu i „suchą” grę, nawet, jeśli gra się w nią przyjemnie.

Żetony są fantastyczne, masywne i w ogóle zarąbiste. Podzielone są na pięć podstawowych kolorów i złote jokery. Kolory odpowiadają niby jakimś tam minerałom, ale kto by się tym przejmował – ja z rozpędu nazywałem je maną. Zasady precyzują ile i jakich żetonów możemy zgarnąć w swojej turze (o ile akurat nie kupujemy lub rezerwujemy karty), i w ten sposób zdobywamy coraz więcej zasobów, które wydajemy na nowe karty, dające coraz więcej zapasów, które… zapętlić aż do uzyskania przez kogoś piętnastu punktów.

Jest w Splendorze miejsce na trochę główkowania i dobrego planowania, ale nie oszukujmy się – to lekki tytuł, dobry na dobicie/do kawy/na spotkanie z rodziną. Można go wyjąć, poopowiadać coś o zasadach przez kilka minut i siadać do gry, a oczy każdego i tak przyciągną żetony. Gdyby nie one, tytuł ten utonąłby w zalewie dobrych gier w tej kategorii wagowej, bo nikt mi nie wmówi, że wyróżnia się klimatem. Jeśli chodzi o sam rdzeń rozgrywki, to jest – tylko lub aż – dobrze.

Splendor to tytuł, który podczas gry w trzy i cztery osoby budzi dużo emocji, kiedy ktoś komuś podkupi kartę. Cała interakcja jest tu bowiem pośrednia – można tylko komuś sprzątnąć sprzed nosa kartę czy żetony. Z drugiej strony takich sytuacji jest na tyle dużo, że jest się z czego pośmiać słuchając błagań współgraczy.

Pojedynki rządzą się ciut innymi prawami. Jasne, też towarzyszą im emocje, ale dużo rzadziej dochodzi do podkupienia komuś pożądanej karty, bo jest ich zdecydowanie za dużo dostępnych. Ich liczba nie zmienia się bowiem wraz z ilością osób. Gra przeradza się przez to niejako w wyścig zbrojeń, choć tak, jak wspomniałem – i tak w moich oczach bardzo dobrze nadaje się do kawy. No i nie zajmuje za dużo miejsca.

Rozgrywka nie jest zbyt długa. Trwa od dwudziestu (dwie ograne osoby) do maksymalnie sześćdziesięciu minut (cztery nieograne osoby). To bardzo dobry wynik biorąc pod uwagę czynnik losowy występujący w grze, a także jej familijny charakter. Jedna partyjka nie powinna więc zdążyć nikogo znudzić, a wręcz przeciwnie – zwykle pozostawia niedosyt i chęć odegrania się na zwycięzcy, szczególnie podczas gry jeden na jednego. Dla mnie jest to świetny tytuł do kawy. Jedyną jego wadą jest wysoka cena…

Zdaję sobie sprawę, że nie płaci się tylko za komponenty, ale kiedyś chyba wspominałem już, że to temat na Szorta. W końcu niektórzy potrafią wrzucić więcej dobrego za mniej blaszek. Mniejsza o to, wróćmy do pudełka i jego ceny. Co w nim znajdziemy? No właśnie, niewiele. Stos kart, owszem, ładnie zilustrowanych, choć i tak większość czasu patrzy się tylko na górny pasek z punktami i klejnotem. No i na koszt, i to po nim zwykle identyfikuje się kartonik, który chciało się włączyć do swojej puli, bo obrazki lubią się powtarzać (pierwszy stos to same powtórki…). Do tego mamy dziesięć żetonów z postaciami, których łaskę (i punkty) możemy zdobyć zbierając karty w określonych kolorach. Bober rozpoznał jedną z nich więc pewnie wszystkie z nich to jakieś historyczne postaci, dzięki którym gra jest bardziej klimatyczna… He he, nie, niczego to nie zmienia. Splendor jest suchy jak wiór. Plusem małej ilości komponentów jest jednak to, że gra nie zajmuje dużo miejsca i szybko się rozkłada.

Co ciekawe, choć wcześniej też graliśmy w polską wersję, to w najświeższym druku dodano pewną pierdółkę, która może ułatwić zabawę daltonistom. Obok wszelkich znaków, które wcześniej rozróżniał tylko kolor (np. koszty na kartach były tylko kolorowymi kółkami) umieszczono bowiem mały kryształek w kształcie pasującym do tego na żetonach. Szczerze mówiąc jest strasznie on maciupki, ale lepsze to niż nic.

No i żetony.

Żetony są ekstra i gdyby nie one, to gra byłaby nie dość, że dwa razy tańsza, to jeszcze do tego mniej interesująca. Dzięki nim bowiem niestraszna jest żadna dłużyzna – zabawa nimi podczas gry uspokaja i jest rozrywką samą w sobie. Wszystko dzięki ich idealnemu rozmiarowi i wadze… Chyba w końcu zrozumiałem, co może być tak bardzo uzależniającego w pokerze w kasynach :D Co ciekawe, naklejki na żetonach są odporne na odmładzające kąpiele w herbacie, bo jeden z zielonych przypadkiem wpadł do kubka i bez żadnego uszczerbku na zdrowi przeżył w nim dobre pół minuty. Nie obyło się oczywiście bez standardowego w dzisiejszych czasach robienia zdjęć w obliczu katastrofy, bo po co ratować. Możecie je podziwiać gdzieś tu w okolicy. Po przygodach ze Spells of Doom i teraz Splendorem, pora chyba pomyśleć o regularnych testach wytrzymałościowych nowych gier – tego jeszcze nigdzie nie było!

Niestety, jak zdecydowana większość wyprasek, również ta od Splendoru nie była planowana z myślą o koszulkowaniu kart, a szkoda, bo ma miejsce na wszystko… i jeszcze sporo luzu, bo pudełko jest zwyczajnie za duże. Podobnie, jak w Lords of Waterdeep, zawartość w rzeczywistości zajmuje raptem jego jedną trzecią, a nawet uwzględniając wygodną (choć brzydką i plastikową) wypraskę, to pudło mogło spokojnie być mniejsze, albo w jakimś bardziej standardowym rozmiarze. Bo tak, to pasuje jak pięść do nosa, podobnie jak otwierany niedawno Lords of Xidit. Potem te cholerstwa ciężko upchać na półce, albo dziwnie wyglądają…

Pozostał jeszcze jeden temat – popularność Splendoru. Tytuł ten został nominowany do najbardziej prestiżowej nagrody w planszówkowym świecie Spiel Des Jahres, zdobył sporo innych nagród, a Rebel postanowił nawet zorganizować w niego tegoroczne Mistrzostwa Polski. Wszystko to dla gry o dobieraniu żetonów i kupowaniu kart, o ile coś fajnego doszło… Jak to wyjaśnić (inaczej, niż fantastycznymi żetonami)?

Poszukałem w głębi własnego serduszka i znalazłem – Splendor to taka nowoczesna odpowiedź na Monopoly. To tytuł bardzo losowy (jak Monopoly), w którym można jednak obrać jakąś strategię (że się nie zawsze sprawdzają to inna sprawa, ale dają przynajmniej złudzenie), angażuje w każdej, nawet nie własnej turze, choć nie ma się na nie wielkiego wpływu – ciekawi tylko rezultat (jak w… Monopoly!). Nie zrozumcie mnie źle – to nie przebrane Monopoly (lol), to inna gra, która budzi podobne emocje i jest równie prosta do wytłumaczenia innym. Jej największą przewagą jest za to dużo krótszy czas gry.

Nie wróżę jej oczywiście przebicia popularności osiemdziesięcioletniego tytułu, bez przesady, ale to kolejny bardzo dobry tytuł, by pokazać zwykłym śmiertelnikom, czym teraz są planszówki i przy okazji nie zabić ich trzydziestostronicową instrukcją i trzynastoma akcjami do wyboru w każdej turze rundy, przy okazji samemu się dobrze bawiąc. No i ma żetony, które od razu przyciągają do niej uwagę, a bez nich… nie wiem, czy w ogóle zainteresowałbym się wtedy tym tytułem. Jest dobry, ale wyprany z klimatu, a dla mnie takie gry muszą się wyróżnić w jakiś inny sposób.

Estetyka: żetonowa

Splendor to żetony, koniec i kropka. Bez nich gra byłaby fajna i grywalna, ale nic by jej nie wyróżniało na sklepowej półce. A takich lekkich i wciągających tytułów jest cała masa. Żetony mają też jeszcze jedną zaletę – są pancerne. Nawet naklejki na nich, co udowodniły testy wytrzymałościowe w herbacie. Ilustracje na kartach są bardzo ładne, tym większa szkoda, że większość z nich się powtarza.

Bebechy: zgrabne i proste, ale…

Lekkie, proste i przyjemne, no ale właśnie to nieszczęsne „ale”. Mechanicznie Splendor niczym się nie wyróżnia (no, może tym, że nadaje się dla każdego i przy tym – wbrew powiedzeniu – nie jest do niczego). Jest dobry, ale są inne dobre tytuły. Nie wspominając już o tych bardzo dobrych. Z drugiej strony krótki czas gry i wyścigowy charakter powodują, że jak się już zagra, to chętnie zagra się i drugi raz. I trzeci. I…

Frajda:
Ta gra wciąga. Szczególnie, gdy gra się w czteroosobowym gronie – choć wtedy w grze króluje losowość, która z drugiej strony budzi sporo emocji. No i nie ma nic lepszego niż podkupienie komuś upatrzonej karty! To tytuł dobry do zagrania dla każdego, ale czy do kupienia przez każdego? Tego już nie jestem taki pewien. Na pewno jest to dobry tytuł, by wprowadzić nowych graczy (albo pograć z rodziną) – lekki, łatwy, przyjemny i bardzo ładny. No i te żetony ;-)

Killian

Jeden komentarz do “Splendor – Recenzja #26

  1. Pingback: GRY PLANSZOWE W PIGUŁCE #495 - Board Times - gry planszowe to nasza pasja

Dodaj komentarz