WFRP – Kronika Akolity #5

Autor | 20 maja 2015

Od ostatniej części kroniki upłynęło już sporo wody w Reiku… Zapraszam do lektury! (Pisanie wstępów o 23 nie jest najlepszym pomysłem.)

Kronika Akolity

Rozdział VIII

Bergman, nasz gospodarz i właściciel karczmy Pod Płonącym Stołem,  polecił nam jednego z flisaków, który za niewielką opłatą z pewnością przewiezie nas bezpiecznie do Westhelm. Cóż, nie mylił się, choć mamy chyba odmienne pojęcie o niewielkich opłatach, ale w końcu, po nudnej podróży, dotarliśmy do miasteczka, w którym czekała na nas robota zlecona przez hrabiego von Rainigera. Na miejscu spotkaliśmy się z dwójką zbiegów, czyli Imrakiem i Albrechtem, którzy poczynili już pierwszy rekonensans okolicy.

Zatrzymaliśmy się w karczmie, w której odbyć się miało przekazanie tytułów szlacheckich, wynajęliśmy ostatni wolny pokój i siedliśmy do śniadania, by przemyśleć nasz kolejny ruch… i spędziliśmy tak kilka ładnych godzin, nie umiejąc dojść do niczego sensownego. Coraz bardziej przekonany byłem, żeśmy nie są stworzeni do takiej pracy. Ubić kogoś, wytropić, zniszczyć kult chałosu, to tak. Ale polityczne rozgrywki? Niestety, musieliśmy jednak spłacić dług za wyjęcie nas z więzienia.

Dowiedzieliśmy się czegoś na temat okolicy, dokąd prowadzą wszystkie trakty, ilu strażników tu przesiaduje, gdzie wychodzą okna z pokojów gościnnych na piętrze… Tak, niestety, ale kradzież glejtów wydawała się najlepszym wyjściem z tej sytuacji. Do kupców nie przemówi rozsądek, jeśli widzą gdzieś zysk.

Nasze rozmyślania zostały przerwane przez barki, które wpłynęły do Westhelm, a z których wysypał się cały tłum sług, kucharzy i cyrkowców wszelkiej maści, którzy od razu zaczęli zabawiać miejscowych, przy okazji ćwicząc przed wieczornym pokazem. Bandzie sług przewodził człowiek nazwiskiem Dojczland, bardzo zabiegany i sprawiający wrażenie jeszcze bardziej zajętego niż faktycznie jest. Wszedł do karczmy i zaczął ustalać szczegóły wieczornej imprezy wraz z karczmarzem.

Niedługo po tym wszelkie nasze plany legły w gruzach, gdyż do portu, z południa, wpłynął elfi statek, z szóstką spiczastouchych na pokładzie: jedną niewiastą i piątką zbrojnych. Ignorując wszystkich ludzi po drodze, udali się prosto do karczmy, jak się okazało, by wynająć pokój. Wolnych miejsc w karczmie już nie było, a że z wszystkich gości to my wyglądaliśmy na pierwszy rzut oka na najmniej zacnych, to nie minęła chwila, kiedy karczmarz przyszedł do nas i zaczął wypraszać, ubierając wszystko w piękne, reiklandzkie słówka.

Pomimo sprzeciwu Imraka, który okazał się być ukrytym wielbicielem elfów, postanowiliśmy nie oddawać pokoju, za który w końcu już zapłaciliśmy. Tym bardziej, że elfy podróżowały do Altdorfu, od którego dzieliła je godzina drogi, albo i mniej, biorąc pod uwagę jakim statkiem przypłynęli. Skrócę w tym miejscu nieco swój wywód, bo nie zasługuje to na spisanie i przejdę do finału tej pożałowania godnej historii, gdyż nie chcąc wszczynać bójki ze strażnikami, zostaliśmy przegnani z miasteczka. To złamało ducha naszej kompaniji, który i tak już był w opłakanym stanie od kiedyśmy przybyli do Altdorfu.

Zaczęliśmy się błąkać po okolicznych lasach, szukając jakiegokolwiek rozwiązania, gotowi nawet napaść na barona i jego ludzi, by siłą wydrzeć im glejty. Wtedy ogarnęło mnie przeczucie, że nie jesteśmy sami w lesie. W swej pysze postanowiliśmy zignorować jednak ten znak zesłany przez bogów.

Teraz jednak nie wiem, czyśmy postąpili źle, czy może tak jednak miało być. To bowiem, co się stało w lesie, pozwoliło nam zrealizować zadanie zlecone przez hrabiego. Choć zrodziło to we mnie pewne wątpliwości…

Ale po kolei, bom wspomniał o konsekwencyjach, a nic o wydarzeniu. Kiedyśmy się tak błąkali po lesie bez ładu i składu, wypadła na nas banda mutantów, coś koło dwóch dziesiątek, na czele której stał rosły konioludź niczym z najgorszych koszmarów. Stanęliśmy z nimi w szranki, ale, co dziwne, stawiliśmy im czoła. Walka była zawzięta i wręcz do ostatniej kropli krwi. Małośmy tam nie padli w boju, a niektórzy spotkania z Morrem uniknęli o włos. O bestiach, które pokonaliśmy, nie godzi się wspominać w historii, którą obywatele Imperium, słudzy Ulryka i Sigmara, mają czytać, bo to bezbożne twory były, zrodzone niby z człowieka, ale skażone chałosem tak, że niewiele już go przypominały.

W zaciętym boju położyliśmy trupem prawie wszystkie plugastwa, a sami, jak jużem wspomniał, skończyliśmy w opłakanym stanie. Ale żywi, i to się najbardziej liczyło. Widać nie popadliśmy w niełaskę u bogów, inaczej nie dali by nam tego zwycięstwa, a które dawało nam nawet nową nadzieję na to, że uda nam się zachęcić kupców do głosowania za finansowym wsparciem kampaniji wojennej jaśnie nam panującego Imperatora!

Po walce w najlepszym stanie, choć też ranny, był Hugo, który też ruszył do osady po pomoc. Nim jednak zdążył wrócić, traktem nadjechała trójka zbrojnych, noszących herby, których wtedy nie rozpoznałem, a którzy później okazali się być strażnikami barona. Jako wierni słudzy Imperatora pomogli mi zebrać moich towarzyszy, którzy padli nieprzytomni z powodu ran i wycieńczenia, i ruszyliśmy do miasta, po drodze przerzucając się na wóz zdobyty przez Hugo.

Po tym, jak wróciliśmy do miasta i opowiedzieliśmy o tym co zaszło, wśród mieszkańców wybuchła panika. Posłano po posiłki do Altdorfu, ludzie powyciągali broń, zamknięto bramy. Nim ktokolwiek się spostrzegł elfy już pakowały cały swój dobytek na statek, z zamiarem odpłynięcia z Westhelm jak najszybciej. Zauważyliśmy okazję i w naszej historii nie pominęliśmy faktu, iż przybyliśmy tu właśnie, by zapolować na mutanty, a nic nie wspominaliśmy o tym, by nie wzbudzać niepotrzebnej paniki. Może i słudze Ulryka nie godzi się kłamać, ale w tym Altdorfie, gdzie mieszkają same szumowiny i krętacze bez honoru, nie da się przeżyć, nie czyniąc jak oni. Już raz w tutejszym więzieniu byłem i nie mam zamiaru trafić tam raz jeszcze…

W całym tym zamieszaniu do osady przypłynęli kupcy, którzy chyba nie do końca byli zadowoleni z obecnej sytuacji. Kiedy jednak dowiedzieli się, że posłano już do Altdorfu, postanowili nie odwoływać spotkania. Szczerze mówiąc, kiedy dojadałem posiłek przed pójściem spać w ponownie naszym pokoju, miałem już kompletnie gdzieś co zadecydują kupcy. Polityczne gierki to nie jest coś, czym powinni się interesować wojownicy.

Udaliśmy się w końcu wszyscy na zasłużony odpoczynek. Oczywiście niedługo po zamknięciu drzwi usłyszeliśmy pukanie, ale przyzwyczajeni do tego, że nie mamy okazji nawet na chwilę wytchnienia, wpuściliśmy gościa. Okazał się nim być strażnik jednego z kupców, który w jego imieniu prosił o możliwość spotkania się z nami. Nie widzieliśmy powodu, by odmówić.

Kupcem okazał się być Maksymilian Saer, ten sam, który o całym przekupstwie doniósł hrabiemu von Reinigerowi. Mężczyzna pogadał coś o pierdołach, że jak zwykle wpakowaliśmy się w tarapaty (skąd to wiedział?) i że jest już zbyt późno, by nie dopuścić do przekazania glejtów. Szczerze mówiąc, ci, którzy byli wtedy przytomni, mieli to gdzieś. Kiedy Saer wyszedł, Albrecht potwierdził moje wcześniejsze, bardzo niepewne przypuszczenia. Mu bowiem także wydało się, że jest to ten sam człowiek, który kilka nocy temu spotkał się z Niko, by kupić niewolników. To właśnie sprawiło, że teraz nie przejmuję się już jego historyjką o kupcach. Nawet jeśli nie kłamał, to robił to tylko w imię własnego interesu, a nie dobra Imperium. Byłem tego pewien.

Nim wszyscyśmy zdążyli zasnąć, do Westhelm dojechał oddział straży z Altdorfu. Nie byli to jednak zwykli żołnierze, jeno młodzi strażnicy świątynni, prowadzeni przez równie młodego kapłana. Nie mogło jednak zabraknąć wśród nich znajomych twarzy niziołka Teo i wielkoluda Arno, przybocznego wielebnej Klary Roban. Obaj stanowią część świty odrobinę szalonego łowcy czarownik, krasnoluda Gotriego.

Kapłan, który przedstawił się później jako Jurgen Stefens, prawie od razu udał się do naszego pokoju, by podziękować nam za nasz trud i dowiedzieć się więcej o tej bandzie mutantów. Opowiedzieliśmy więc wszystko co wiedzieliśmy, tłumacząc, żeśmy polowali na tę bandę jako na jedną z tych, które przywędrować miały z Middenlandu, a wszystko to, by zmylić nieco Teo. Po tym wszystkim kapłan pomodlił się, a łaska Sigmara i pozostałych bogów wpłynęła na nas. Od razu poczuliśmy się też lepiej. Czyliśmy jednak dobrze czynili, a bogowie nie odwrócili się od nas…

Większość oddziału wyruszyła jeszcze tego wieczoru do lasu, by przeszukać pole bitwy i odszukać ewentualnych niedobitków, przy okazji być może dowiadując się czegoś o zamiarach całej bandy. Nie często widzi się w końcu tak liczne i przypadkowe bandy. Wrócili po kilku godzinach i zgromadzili się w stajni z tym, co znaleźli podczas wypadu. Niedługo po tym przybył po nas Teo i poprosił, byśmy poszli z nim. Nie odmówiliśmy.

Wszyscy stażnicy i kapłan stali w półokręgu, obserwując jak Arne torturuje jednego z mutantów. Drugi leżał w pobliżu, najpewniej już martwy, a trzeci wisiał obok. Młodzi strażnicy sprawiali wrażenie obrzydzonych tym, co się tu działo. Jak mało jeszcze wiedzieli! Za tak haniebną zdradę swoich niegdysiejszych pobratymców, te kreatury nie zasługiwały na nic innego niż długa śmierć w męczarniach.

Gdyśmy weszli, leżąca istota odezwała się swoimi splugawionymi ustami, grożąc nam i obiecując rychłą śmierć z rąk sług Królowej Krwi. Teo wyjawił nam, że to nas szukała ta banda, a każdy z nich miał wytatuowaną czaszkę na plecach, dokładnie taką, jaką dzięki boskiej pomocy zniszczyliśmy w Middenheim. Kreatury te zostały powołane na służbę chałosowi przez Lepiącego z Ciała, który zostawił ich, gdy popadł w niełaskę u Królowej, sprzeciwiając się jej woli. Niziołek zaczął nas wypytywać, czy coś wiemy o owych czarnoksiężnikach, ale niestety nie mogliśmy mu pomóc. Sam dałbym wiele, by dowiedzieć się, komu pokrzyżowaliśmy plany… Teo wyjawił nam jednak, że mają pewien trop, mężczyznę zwanego Franz Keller.

Na tym jednak zakończył się ten kolejny, obfitujący we wrażenia dzień. Udaliśmy się w końcu na spoczynek, bo choć uzdrowieni kapłańską mocą, jeszcześmy do siebie nie doszli po starciu z bandą mutantów, a ciągle czekał na nas sztylet w Altdorfie… A wracając do tego tematu, tośmy nie uwolnili się od niego na długo. Następnego dnia z rana obudził nas nie kto inny, jak Gotri, który okazał się być spokrewniony z Imrakiem poprzez Karadin Złoty Palec… ale nie o tym miałem. Ważniejsze jest to, że Gotri dowiedział się o tym, co uczynili Imrak i Albrecht w obronie honoru krasnoludzkiego mistrza rzemiosła, ale co mógł i chciał wykorzystać przeciwko nam. Nawet pomimo tego, że jak to sam stwierdził, postąpiłby tak samo. Cóż, niestety nie byliśmy w pozycji, by z nim negocjować, a życzył sobie tylko jednego – byśmy przynieśli mu sztylet. Tylko tyle, albo raczej aż tyle, bo artefakt musi zostać zniszczony, a takiej pewności nie mieliśmy.

Najgorsze było jednak to, że Siegfried w rozmowie zdradził imię Ralfa, naszego znajomego maga, z którym podróżowaliśmy do Altdorfu, a który pozostał ostatnią osobą godną jakiegokolwiek zaufania. A biorąc pod uwagę zapiekłą nienawiść Gotriego do magów, mogło się to skończyć nie najlepiej. Trzeba było mieć nadzieję, że trafimy na niego pierwsi i ostrzeżemy go przed czyhającym niebezpieczeństwem. Po tym krótkim spotkaniu Gotri z jego ferajną udali się na poszukiwanie Lepiącego z Ciał, dając nam niewiele czasu na wyjście z tej opresji.

Nie pozostało nam nic innego, jak wrócić do Altdorfu. Postanowiliśmy wrócić tak samo, jak tu przybyliśmy, czyli barką, jednak zamiast spokojnej podróży, ledwośmy uszli z życiem. Jak się okazało, nasi wrogowie mają na swych usługach nawet siły natury. Wywołali wielką falę, która zmiotła nas ze statku. Cud, że nikt nie utonął! Straciliśmy jednak wtedy dużo dobytku, a, jakby to rzecz, i tak nie należeliśmy do najzamożniejszych obywateli Imperium.

W końcu jednak dopłynęliśmy do miasta, w którym na dobre rozpoczęły się już obchody Tygodnia Zwycięstwa. Oznaczało to oczywiście większe opłaty za podróżowanie po mieście, a pozbawieni przez rzekę naszych przepustek zostaliśmy zmuszeni, by sprzedać kilka naszych koni, by odbić się od dna. Jeśli mam być szczery, to nie po to opuszczałem moje wspaniałe wysypiska śmieci, by teraz być równie biednym, ale do tego jeszcze ciągle śledzonym przez sługusy chałosu… Ale widocznie bogowie tak chcieli. Jeszcze nie wiem, co planują, ale widocznie mają w tym jakiś cel.

Jakkolwiek wyposażeni poszliśmy do mieszkania Ralfa z nadzieją, że może akurat go tam zastaniemy. Pech chciał, żeśmy przybyli za późno. Kamienica została spalona! Oczywiście miejscowi nic nie widzieli, ani nic nie słyszeli, a w takiej okolicy mało kogo interesowały losy jakiegokolwiek budynku. Mogli go dopaść kultyści, ale nie mogliśmy wykluczyć ewentualności, że sam spalił swoje mieszkanie w wyniku jakiegoś eksperymentu. Z magami to nigdy do końca nie wiadomo.

Bez planu, bez żadnych wskazówek i bez sojuszników zrobiliśmy jedyną słuszną rzecz, czyli wróciliśmy do naszej karczmy, by w końcu usiąść na chwilę we względnym spokoju i zastanowić się nad kolejnym ruchem. Oczywiście nie obyło się bez gości. Około południa przyszedł Teo z informacją, że Gotri wyjechał z miasta na poszukiwania Lepiącego z Ciał, co da nam kilka bardzo cennych dni. Sam ma nas pilnować, ale nie ukrywał, że ma ważniejsze – i ciekawsze – rzeczy do roboty.

Kiedyśmy tak sobie dalej siedzieli, ciesząc się z tej chwili ciszy i spokoju, kątem oka zauważyłem jakąś zakapturzoną postać przyglądającą się nam przez okno, która zaraz potem zniknęła. To, co mnie zaniepokoiło jeszcze bardziej to fakt, że wydawała się chcieć być zauważona… Nie myśląc dużo złapałem za topór, wstając od stołu powiedziałem, com widział i wybiegłem na zewnątrz. Mężczyzna w zniszczonym płaszczu czekał na nas na końcu zaułka…

Gotfried

Dodaj komentarz