WFRP – Kronika Akolity #6

Autor | 25 października 2015

Jeśli myśleliście, że przestaliśmy grać w erpegi, to żyliście w błędzie. Przez ostatni czas grywaliśmy rzadziej, ale nie porzuciliśmy tej wspaniałej rozrywki – ba, szykują się kolejne kampanie, osadzone w innych światach (Deadlandsy i Neuroshima – tylko kiedy my w to wszystko zagramy?). Ten odcinek Kroniki był opóźniony jednak z pewnego dość prozaicznego powodu… wena gdzieś mi uciekła i przez to przelewałem słowa na ekran w żółwim tempie. Tę historię mam jednak zamiar (i chęć) doprowadzić do końca więc nie traćcie nadziei – kolejne odcinki jeszcze się pojawią. A tym czasem, zapraszam do lektury…

Kronika Akolity

Rozdział IX

Na końcu ciemnego zaułka czekał na mnie zakapturzony mężczyzna, którym okazał się być Ralf – mag, który miał nam pomóc w zniszczeniu sztyletu. Zamieniliśmy raptem kilka słów nim znowu zniknął i dowiedziałem się jedynie, że znalazł opis odpowiedniego rytułału. Do jego przeprowadzenia potrzebny mu miał być tylko jeden składnik, który w swoim czasie mieliśmy dla niego zdobyć.

Wizyta maga nie pomagała nam jednak w podjęciu decyzji, cóż mieliśmy czynić w tej chwili. Jakże często powtarzałem te słowa w Altdorfie! To nie jest miejsce dla prawych ludzi… W międzyczasie jedynie Imrak przyniósł nowinę o tym, że Niko zniknął, co nikogo specjalnie nie zdziwiło. Najpewniej zniknął, by uciec przed karzącą ręką sprawiedliwości. Wiedział w końcu, żeśmy poznali, czym się zajmuje i przeżyliśmy na tyle długo, żeby z tej wiedzy skorzystać.

Kiedyśmy tak radzili między sobą o dalszych planach, karczmarz, którego obowiązki pełnił tego dnia zięć Bergmana, polewał nam kolejkę za kolejką. Kiedyśmy się mieli już zbierać, zaproponował nam na wychodne jakiś dobry, egzotyczny trunek. Wraz z Imrakiem i Siegfriedem bez chwili wahania zdecydowaliśmy się golnąć po kilelichu i iść spać… I wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby ten kurwi syn nas nie otruł! Wylądowaliśmy bez sił w łóżkach, majacząc i cierpiąc z bólu…

Następne, co pamiętam, to pobudka z ciężką głową, ale już bez tego uczucia paniki i zbliżającej się śmierci. Pozostała część grupy zdobyła dla nas antidotum za cenę krwi prawdziwego szczuroogra i chyba wolę nie wiedzieć kto i po co jej potrzebował. Wystarczy mi wiedza, że był to ktoś z polecenia Ericha, naszego miejscowego konowała. Bergman przyszedł nas przepraszać za głupotę jego zięcia, ale dla zdrajców nie ma litości. Podnosząc rękę na nas, podniósł ją na wszystkich mieszkańców tak Altdorfu, jak i całego Imperium! Przesłuchaliśmy zięcia, lecz dowiedzieliśmy się jeno, że do podania nam zatrutego trunku zmusiła go tajemnicza kobieta, grożąc mu i jego rodzinie śmiercią, jeśli nie wypełni polecenia. Podejrzewaliśmy, że była to sprawka Królowej Krwi, która przez swoją agentkę próbowała pozbawić nas życia… Ostatecznie zięcia wydaliśmy straży miejskiej. Oni w końcu najlepiej wiedzą, co zrobić z trucicielami.

Nauczeni doświadczeniem dalej nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić. Poszliśmy więc po nowe winiety, bo stare utonęły w Reiku, kiedy zmyła nas fala, a potem Hugo i Imrak zapisali się na zawody. Niziołek miał w planach zwyciężyć w turnieju łuczniczym, a krasnolud w pokazowych walkach. Turnieje miały się jednak zacząć dopiero w najbliższych dniach. Kiedyśmy zawitali z powrotem do karczmy, czekał tam już na nas powóz wysłany przez hrabiego von Reinigera…

Hrabia miał nam do przekazania ważne wieści z północy, z samego Middenheim, gdzie przebywał wtedy miłościwie nam panujący Imperator Karl Franz. Otóż odnalazł się Wielki Teogonista Volkmar zwany Ponurym, który porwany został przez siły Chałosu podczas jednego ze starć z siłami przeklętego Archaona! To z pewnością cud, że udało mu się uciec… albo kolejny podstęp złowrogich potęg. Nawet jeśli nie złamali go torturami i uciekł z pomocą Sigmara, by kontynuować walkę z siłami ciemności, to jego powrót może spowodować rozłam w kościele Sigmara. Na miejsce Volkmara wybrano już bowiem dawno temu Arcykapłana Esmera. Obawiam się, że skończy się to jeszcze gorzej, niż konflikt między ulrykowcami a sigmarytami, do którego przyczynił się plugawiec Liebnitz, zdrajca ludzkości i hańba na honorze kultu Ulryka. Hrabia porposił nas, byśmy jednak nie rozpowiadali póki co o tym wydarzeniu. Kłótnie w mieście to ostatnie, czego w tej chwili potrzebujemy…

Miał on do nas jeszcze jedną prośbę, dużo istotniejszą w tej chwili. Na jego życzenie mieliśmy się udać do Wyjącego Boru, osady nieopodal Altdorfu, niedaleko której znajduje się posiadłość Maksymiliana Saera, czyli człowieka, który ostrzegł o kupowaniu głosów radnych przez Księcia-Elektora Averlandu, ale także będącego podejrzanym o udział w handlu niewolnikami w Altdorfie. Jak widać von Reiniger miał już wobec niego na tyle złe przeczucia, że poprosił nas o wtargnięcie na posiadłość szlachcica i rozejrzenie się tam w poszukiwaniu… czegokolwiek podejrzanego. A ponieważ nikt z nas nie ufał Saerowi, to zgodziliśmy się na to zadanie bez żadnego wahania.

Ponieważ podróż do Wyjącego Boru miała zająć raptem kilka godzin, a wszelkie włamy najlepiej robi się nocą, to mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu do spożytkowania w mieście. Tego dnia miała się też odbyć pierwsza walka Imraka w Wielkim Turnieju, na której mieliśmy zamiar stawić się wszyscy i kibicować naszemu kompanowi.

Turniej obdywał się na wielkiej arenie, cyfilizofanej odmianie bitewnych kręgów, w jakich ścierają się middenlandzcy czempioni. Zasiedliśmy na trybunie, obstawiliśmy wynik walki, oczywiście wierząc w sukces naszego kompana. Jego przeciwnikiem miał być kislewczyk, który nie wydawał się być jakimkolwiek wyzwaniem dla Imraka. I nic się nie pomyliliśmy! Krasnolud trzy razy zapunktował swego oponenta, nim zdążylibyście odmówić modlitwę do Morra! Dzięki wspaniałemu występowi krasnoluda zarobiliśmy trochę grosiwa, a co ważniejsze – Imrak zyskał sobie grono fanów, którzy już nie mogli się doczekać jego jutrzejszej walki z kolejnym przeciwnikiem.

Po skończonej walce udaliśmy się uzupełnić zapasy, a potem, wieczorem i już na wozie, wyjechaliśmy przez bramy miejskie w kierunku wsi Wyjący Bór, do posiadłości Saera.

Rozdział X

Jak się okazało, nie byliśmy jego jedynymi gośćmi tego wieczoru. Kiedy bowiem schowaliśmy nasz wóz w pobliskim lesie i zaczęliśmy przygotowania do odwiedzin u kupca, na dwór zajechał czarny powóz bez żadnych herbów. Bramy zostały za nim szybko zamknięte, toteż nie mieliśmy możliwości dojrzeć, któż z niego wychodzi, ale Albrecht i Hugo, którzy mieli po cichu wejść do środka, z pewności się tego dowiedzą. Imrak, Siegfried i ja mieliśmy pozostać poza murami rezydencji, by w najgorszym razie służyć zbrojną pomocą w wydostaniu naszych towarzyszy. Nie lubię planów, które każą mi siedzieć na zadku i czekać, ale nawet ja nie jestem tak głupi, by z okrzykiem na ustach szturmować dobrze chronioną chałupę jednego z bardziej poważnych altdorfskich kupców.

Nie bez kłopotów, ale naszym kompanom udało się w końcu wydostać z cennymi informacjami. I jeśli mam być szczery, aż boję się je tu spisywać. Jeśli ta wiedza wypełznie do ludzi, to może wywołać w Altdorfie podobne zamieszki, jakich byliśmy świadkami i uczestnikami w świętym Middenheim. Szczególnie, że po wieści, iż poprzedni Wielki Teogonista żyje wystarczy iskierka, by wywołać konflikt. Lepiej jednak, by potomni, którzy trafią na te zapiski, znali prawdę… W posiadłości Saera, Albrecht odnalazł plugawą kapliczkę z głową byka, takiż medalion i dziwne zapiski. Był też świadkiem dziwnego zachowania wszystkich kobiet w budynku, które sprawiały wrażenie bezgranicznie zakochanych w przeciętnie wyglądającym kupcu… wszystkich kobiet, czyli również wielebnej Klary Robens, która okazała się być tajemniczym gościem i kochanką Saera. Nie mogę zaprzeczyć – kapłani też miewają słabości – sam w końcu coś o tym wiem, ale z relacji Albrechta i zgromadzonych dowodów jasno wynikało, że Saer dokonał tego wszystkiego przy pomocy zakazanych sztuk.

Ze zdobytą wiedzą i dowodami postanowiliśmy wrócić do Altdorfu, by z samego rana odwiedzić hrabiego. Nim dane nam było położyć się i zmrużyć choć na chwilę oczy. Do naszego pokoju zawitał niziołek z bandy Gotriego, Teo. Wyraźnie się spieszył, dlatego od razu przeszedł do sedna mówiąc, że Lepiący z Ciał jest jednak w Altdorfie, a Gotri dał mu się wymanewrować. Łowcy czarownic potrzebowali naszej pomocy, a że mieliśmy sobie coś do wyjaśnienia z Lepiącym, to wzięliśmy broń i ruszyliśmy na miejsce zasadzki.

Teo po drodze wyjaśnił nam, że kultysta zaczął odprawiać jakiś plugawy rytuał w altdorfskich dokach. O tym, co wydarzyło się później, dowiecie się ze słów mego towarzysza Imraka, który, jak to krasnolud, zapamiętał więcej z bitewnego chałosu, który wkrótce zapanował nad wybrzeżem Reiku.

Kiedy dotarliśmy na miejsce zaczęliśmy odczuwać wpływy czarnej magii, która plugawiła to miejsce. Obraz jaki zobaczyłem był najgorszym w całym moim życiu. Widziałem drzewa które schylały się i wiły z bólu, odniosłem wrażenie jakoby chciały uciec z tego miejsca. Budynki doków zmieniały swoje kształty w nienaturalny sposób: wykrzywiały się, zmieniały swoją wysokość. Z okien głównego budynku tryskały kolorowe ognie, podobne jak podczas rytuału Babuni kiedy jechaliśmy do miasta Białego Wilka.

Nagle zobaczyłem jak moi towarzysze, poza niziołkami Teo i Hugo, zaczynają się zwijać z bólu, krwawić z nosa i uszu. Kiedy dolegliwości minęły, ruszyliśmy na spotkanie z Lepiący pewnym krokiem, zdeterminowani aby pozbyć się tego plugawca. Parliśmy naprzód kiedy to ni stąd, ni zowąd jakaś postać ruszyła na mnie z ciemności i obaliła mnie, przystawiając mi nóż do gardła. Okazało się, że był to Jonas, jeden z łowców czarownic, który miał tu czekać. Powiedział żebym nie wstawał i obrócił głowę. Zobaczyłem wtedy mackę z okiem która wyłoniła się z ziemi i zaczęła się rozglądać, a potem ponownie się schowała. Wraz z Jonasem wstaliśmy i ruszyliśmy do wejścia inną drogą.

Zaczęliśmy się naradzać co czynić, lecz wtedy ujrzeliśmy piekło. Wielki stwór chodził pomiędzy zdeformowanymi ludźmi (a przynajmniej kiedyś nimi byli) i inkantował  przy tym czarnoksięskie zaklęcia. Przed Lepiącym z Ciał kroczyła, tak, kroczyła!, dziwna księga z oczami. Nagle Lepiący z Ciała wrzucił jednego z kultystów do wielkiego gara z czymś, co wyglądało jak smoła, by po chwili wyszedł z niego ognisty, plugawy demon, skaza dla tej ziemi.

Bez zawahania Jonas kopnął w drzwi i oddał dwa celne strzały w Lepiącego, który padł i próbował się pozbierać. Reszta łowców ruszyła za nim i rozpoczęło się starcie z wyznawcami chaosu. Albrecht wraz z Teo dostali się bocznymi drzwiami i dobili Lepiącego, a ja, jak to miewam w zwyczaju bałem się poruszyć. Po chwili opanowałem się jednak i zacząłem robić to co lubię najbardziej, czyli rąbać toporem na lewo i prawo. Nasz dzielny niziołek Hugo, który zwykle nie grzeszył odwagą, wszedł na dach i zaczął ostrzeliwać nieprzyjaciół z góry, ale wtedy ognisty demon wzbił się w powietrze i dopadł do niego. Oplótł go swoimi ognistymi mackami i strącił z dachu, by ten dogorywał dalej w męczarniach.

Gdy demon zajęty był niziołkiem, szala zwycięstwa przechyliła się na naszą korzyść. Plugawi wyznawczy padali jeden po drugim pod ciosami mojego topora i oręża moich dzielnych towarzyszy, aż w końcu został tylko ognisty demon. Dopadłem do niego i w mgnieniu oka powaliłem dwoma celnymi uderzeniami. Próbowaliśmy jeszcze szukać księgi, która towarzyszyła Lepiącemu. Ta jednak uratowała się wskakując do Reiku. Łowcy czarownic będą musieli jej poszukać następnego dnia.

Po powstrzymaniu Lepiącego nie pozostało nam nic innego, niż opatrzyć rany i iść na krótki spoczynek. Nad ranem, wciąż obolali, udaliśmy się do hrabiego von Reinigera, by zdać relację z naszego wypadu do posiadłości Saera. Zarówno hrabia, jak i jego wierny sługa Moritz wyglądali, jakby spodziewali się wieści o naszej porażce, dlatego dobrze było ich zaskoczyć informacyjami, które zdobył Albrecht. Obaj byli zszokowani tym, co im przekazaliśmy, a hrabia wymusił na nas obietnicę, że niczego póki co nie wyjawimy, żeby nie doprowadzić do zamieszek w mieście. Opuściliśmy posiadłość hrabiego bogatsi o sakiewkę pełną złota i bez żadnego nowego zadania. Hrabia musiał przemyśleć, co uczynić z wiedzą, którą dla niego zdobyliśmy.

Zgodnie z dobrym zwyczajem postanowiliśmy się podzielić. Większość drużyny udała się do siedziby straży miejskiej, by dowiedzieć się czegoś więcej o Nocnej Bestii, która daje się we znaki mieszkańcom zepsutego Altdorfu, a ja natomiast ruszyłem tam, gdzie mnie już dawno nie było: do świątyni Ulryka.

Tak, jak poprzednim razem, budynek był zamknięty. Udałem się więc do domu brata Remigiusza, by z nim porozmawiać i przeprosić za problem ze złotnikiem, którego nie udało mi się rozwiązać… Nikt nie odpowiadał na pukanie, a kiedy złapałem za klamkę okazało się, że drzwi do jego mieszkania nie były zamknięte na klucz. Zaniepokojony złapałem za topór i wszedłem do środka tylko po to, by… przekonać się, że zagrożenia już dawno tu nie ma. Za biurkiem siedział na swoim krześle zamordowany kapłan, sądząc po stanie zwłok przynajmniej od kilku dni. Niezwłocznie zawołałem straż miejską, by uniknąć fałszywych oskarżeń, a potem przyjrzeć się miejscu zbrodni. Nie trzeba było wyśmienitego tropiciela, by zauważyć wycięte na ciele kapłana znaki, które jednoznacznie wskazywały na robotę sług Krwawej Królowej. Przynajmniej pomściliśmy jego śmierć.

Jako najpewniej jedyny kapłan Ulryka w Altdorfie, poczułem się odpowiedzialny za dalsze losy kaplicy. Dałem znać miejscowym wyznawcom, zarządziłem porządki i zorganizowałem pogrzeb mojego poprzednika. Świadomy jednak swojej misji posłałem list do Middenheim z prośbą, by przysłano tu kogoś… nawykłego do siedzenia w miejscu, zarządzania i opiekowania się wiernymi. Zajęło mi to kilka godzin, a kiedy wróciłem do naszej karczmy, pozostali byli już na miejscu. Opowiedzieli mi, czego się dowiedzieli o Nocnej Bestii od Jonasa, łowcy czarownic, u którego boku walczyliśmy z Lepiącym. Nie jest to jednak istotne dla naszej historii w tym momencie.

Oczywiście nie dane nam było długo posiedzieć w spokoju. W karczmie zjawił się bowiem Ralf, który w końcu miał dla nas jakieś informacyje na temat rytuału, który miał zniszczyć sztylet. Do jego odprawienia każdy z nas wypić musi miksturę, która uczuli nas na wiatry magiji. Czymkolwiek one są, nie spodobał mi się ten pomysł zupełnie. Magiją zajmować się powinni magistrowie kolegiów, a nie zwykli, pobożni ludzie. Ralf jednak nie dopuszczał do siebie możliwości, byśmy zwrócili się o pomoc do innych magów. Nie podobała mi się jego upartość. Nie to, żebym go bardzo podejrzewał o niecne praktyki, choć wspominenie jego domu wywołuje ciarki na moich plecach, ale boję się, że jego ambicja zaprzepaści naszą szansę na zniszczenie sztyletu. Niemniej, póki co postanowiliśmy tańczyć, jak nam zagra. Do wykonania mikstury potrzebny był mu pewien szczególny szczep mchu, który hodowali zieloni magowie w jaskiniach na zachód od Altdorfu.

Kiedy czarodziej odszedł, my zaczęliśmy się naradzać. Chyba nikomu nie podobał się ten pomysł, ale póki co nie mieliśmy innego sposobu na zniszczenie sztyletu. Nie było wyjścia i musieliśmy udać się na zachód, do jaskiń zielonych magów…

Gotfried

Dodaj komentarz