WFRP – Kronika Akolity #7

Autor | 8 marca 2016

Po długiej przerwie, spowodowanej – a jak, nie będę kłamał – lenistwem i brakiem chęci do pisania kroniki (nawet nie uwierzycie, jak bardzo jest to męczące), w końcu wracamy z tekstem o przygodach naszej dzielnej kompanii. Poniżej czeka was zapis przygód z – tak na oko czterech albo może i pięciu sesji. Macie więc co czytać :-)

Pewnie już nie możecie się doczekać dalszych przygód – zapraszam więc do lektury ostatniej części tej serii!

Powiększ

kronikakaplana-01
Albrecht i Hugo

Kronika Akolity

Rozdział XI

Od mojego ostatniego wpisu w kronice tej zacnej drużyny minęły długie dni, choć w moim odczuciu minęły tygodnie. Tyle się wydarzyło w tym czasie… o wiele za dużo, jeśli ktoś pytałby mnie o zdanie. Ale żeśmy zostali wybrani przez bogów na obrońców ludzkości, tośmy nie mogli tak łatwo zrezygnować z tego zadania.

Poprzedni rozdział zakończyłem na spotkaniu z Ralfem, magiem poleconym nam przez biskupa Voltza jeszcze w Middenheim… wieki temu. Postanowiliśmy, że wybierzemy się po mech. Jednak nim się to stało, nasza karczma padła ofiarą (jestem o tym przekonany) Krwawej Królowej. Jacyś jej poplecznicy sprzedali bowiem zaczarowany proszek, którego wędrowny samozwańczy czarodziej używał w swoich pokazach ognia. Proszek ten jednak nie zachował się tak, jak zwykle. Przyzwał on grono małych, ognistych demonów, które rozpierzchły się po karczmie i podpaliły ją. Z budynku nic nie zostało. Szarlatana dorwaliśmy, ale nic z niego nie wyciągnęliśmy. Oddaliśmy go więc w ręce wściekłego i przestraszonego tłumu.

Nie mając specjalnego wyboru, udaliśmy się do kryjówki mchowych magów, którą wskazał nam Ralf. Po drodze przejeżdżaliśmy obok Wyjącego Boru. Ślad jednak po wszelkich mieszkańcach zaginął, a sam dworek kultysty Saera został spalony. Wyglądało to na atak zwierzoludzi, ale z pewnością była to tylko sprytna sztuczka mająca na celu nie wzbudzić podejrzeń nagłym zniknięciem tego fałszywego kupca.

Według opowieści naszego czarodzieja, do jaskiń prowadziło tajne wejście pod wodospadem. Odnaleźliśmy jeziorko i postanowiliśmy, że ja wraz z Imrakiem zostaniemy na straży wozu. Żaden z nas i tak nie potrafił się skradać, więc bylibyśmy marną pomocą na miejscu. Stróżowanie mijało nam w spokoju, choć czułem, że coś jest nie tak. Nie mogłem tylko określić, czy chodziło o nas, czy o naszych przyjaciół w kryjówce magów. Kiedyśmy tak popijali z Imrakiem gorzałkę, w końcu usłyszałem kroki niedaleko nas. Zwierzoludzie! Ale byli już za blisko, byśmy mogli ratować się ucieczką. Przyciśnięci do brzegu jeziora, stanęliśmy do nierównego boju z potworami. Choć mieli przewagę nad nami, dzielnie walczyliśmy, kładąc wielu z nich. Imrak walczył opętany dziką furią, chcąc odesłać jak najwięcej tych pomiotów do domeny Chałosu, tam, gdzie jej miejsce. Było ich jednak zbyt wielu i w końcu zaczęli przełamywać nasz obronny szyk, a drużyny z jaskini ciągle nie było widać.

Wtem, zauważyłem jak jeden ze zwierzoludzi zakrada się do Imraka od tyłu. Zdążyłem jeno krzyknąć, na co krasnolud zareagował… ale zbyt wolno. Ten obraz wypalił się w mojej głowie i utkwi tam do końca mych dni… Imrak, mój dzielny towarzysz, z którym tyle przeszliśmy, oberwał toporem, który prawie rozłupał mu czaszkę na pół. Choć straciłem nadzieję na wygraną, to nie straciłem ochoty do walki. Musiałem pomścić mojego towarzysza! Zaślepiony furią Ulryka rąbałem na prawo i lewo, nie zważając na własne rany. Mniej więcej w tym samym czasie spod wodospadu wypłynęła reszta drużyny, która widząc, co się dzieje, zwlekała z podpłynięciem do brzegu i uratowaniem nas. Do dziś ciężko mi wybaczyć im ten uczynek…

W końcu jednak odpędziliśmy bestie, choć zapłaciliśmy za to wysoką cenę. Imrak poległ w boju, jak prawdziwy wojownik, a Siegfried i ja prawie otarliśmy się o śmierć. Zabraliśmy ze sobą ciało poległego krasnoluda i czym prędzej uciekliśmy z pobojowiska z mchem potrzebnym magowi do odprawienia rytuały zniszczenia sztyletu. Oby ofiara Imraka nie poszła na marne…

Powiększ

kronikakaplana-03
Otto i Mistrz Gry

Rozdział XII

Po powrocie do Altdorfu czekało nas mnóstwo pracy. Byliśmy już na tyle ranni, zmęczeni i dobici, że postanowiliśmy, wbrew rozsądkowi, rozdzielić się. Nie było czasu na bieganie wszędzie w grupie. Wszyscy ciężko ranni zostali w Altdorfie, by spróbować zagoić swoje rany u miejscowych medyków. Mi do tego przypadł obowiązek zorganizowania pogrzebu Imraka i ojca Remigiusza, którego zwłoki znalazłem kilka dni temu… Dogadałem wszystkie formalności z kapłanami Morra i nie pozostało nam nic innego, jak uzupełnić zapasy, odetchnąć i przygotować się do dalszej walki z demonem zaklętym w sztylecie. Albrecht i Hugo udali się zaś na spotkanie z Ralfem do karczmy Nałęczowianka, znajdującej się poza murami Altdorfu, na wschód od miasta.

Nim do nas powrócili, ktoś zapukał do drzwi świątyni Ulryka, naszej aktualnej siedziby. Wyjątkowo nie był to ktoś, kto chciał spuścić nam łomot. Młody mężczyzna przedstawił się jako Otto Heffer, przysłany tu przez biskupa Voltza. Jak się okazało, był magiem cienia i zwiadowcą w armii Imperium, a list polecający, który wiózł ze sobą, wyglądał na autentyczny. Postanowiliśmy więc – póki co i w ograniczonym stopniu – zaufać mu. Tym bardziej, że miał jeszcze jedną cenną rzecz – informacje na temat trzeciego artefaktu chałosu, który znajduje się ponoć w klasztorze świętego Abelarda. Najpierw trzeba było się jednak zająć sztyletem… Pominę tu relację z naszych wieczornych rozmów, ale humory mieliśmy kiepskie. Osłabieni, nie byliśmy pewni, czy podołamy dalszym wyzwaniom… nie mogliśmy się jednak poddać! Nie. My, wierni słudzy Imperium, boży wybrańcy… nie mogliśmy się poddać.

Następny dzień był szczególnie trudny. W południe odbył się bowiem pogrzeb dzielnego, choć czasem szalonego Imraka. Wygłosiłem płomienną mowę, by upamiętnić jego zasługi dla Sprawy, a potem udaliśmy się do świątyni Ulryka na skromny posiłek. U nas, w Middenheim, pogrzeb bez kufla piwa za pamięć zmarłego jest nic nie warty. A choć niektórzy nie byli zadowoleni z tej zwłoki, to musieli przyznać mi rację w jednym: potrzebowaliśmy chwili wytchnienia przed starciem z demonem zaklętym w sztylecie.

Niedługo po pogrzebie, do świątyni przyszedł Moritz, zaufany sługa hrabiego von Reinigera, naszego kontaktu w Altdorfie. Przyniósł ze sobą ważne, ale i niepokojące wieści. Teodora, łowczyni czarownic i dawna towarzyszka Gotriego, stała się bowiem osobą poszukiwaną listem gończym. Póki co kobieta ukrywana jest u przyjaciela hrabiego – właściciela karczmy Katedralnej, ale jego protekcja wkrótce może się skończyć. Nawet osobisty doradca Imperatora musi uważać na sigmarycką Inkwizycję.

Postanowiliśmy nie zwlekać i jak najszybciej odwiedzić Teodorę. Może, w tej sytuacji przypomni sobie coś jeszcze, co pozwoli nam zająć się problemem Gotriego. Pokazaliśmy karczmarzowi sygnet hrabiego i zostaliśmy wpuszczeni do piwnicy.

Zaszczuta łowczyni siedziała tam wraz ze swoim przybranym synem. W takiej sytuacji, trochę rozwiązał jej się język. Powiedziała nam, że wie, kto może zniszczyć sztylet. Gabrieli Jansen – prawdziwa matka małego Severina. Po śmierci męża stała się potężną czarodziejką kolegium śmierci, oderwaną kompletnie od spraw żywych. Dopiero zagrożenie życia jej syna obudziło w niej jakiekolwiek ludzkie odruchy i postanowiła nam pomóc. Cena była wysoka – Gotri miał przestać zagrażać życiu chłopca i Teodory (choć jestem pewien, że łowczyni dorzuciła swój los do ceny bez konsultacji tego z czarodziejką). Propozycja brzmiała kusząco, bo sami mieliśmy kosę z szalonym krasnoludem, a jak się okazało, nie do końca mieliśmy ochotę współpracować z Ralfem. Mag kolegium ognia wydawał się być… zbyt słabym czarodziejem, by przeciwstawić swoją wolę woli demona.

Kiedy odwiedzaliśmy Teodorę, miała miejsce chyba najdziwniejsza przygoda mojego dotychczasowego życia. Będąc w piwnicy usłyszeliśmy, że do karczmy wszedł cały oddział straży miejskiej, która poszukiwała łowczyni czarownic. Jeden ze strażników zszedł na dół i kiedy już miał nas odkryć, zamachnąłem się na niego toporem, ale na całe szczęście żem spudłował i rąbnął w schody. Pomyśleliście sobie z pewnością – szaleniec! Jak to tak cieszyć się z tego, że nie trafił! A no powiem ja wam, że nasz magus Otto ma jednak trochę oleju w głowie i sztuczek w rękawie. Tak to urobił strażnika, że ten zdawał się nas kompletnie nie widzieć, albo zapomniał, że nas zauważył. Taki to meldunek złożył swojemu przełożonemu, strażnicy wkrótce się zebrali, a my wyszliśmy z piwnicy i wróciliśmy do pracy.

Niestety nie mieliśmy żadnego pomysłu na to, jak pozbyć się Gotriego. Dyskutowaliśmy do późnego wieczora, siedząc w świątyni przy kuflach piwa i jakiejś strawie, by dać odpocząć naszym umęczonym ciałom. Bogowie, jaki byłem wtedy zmęczony! Pamiętam to jak do dziś… łupało mnie w każdym miejscu, a do tego dawała mi się już we znaki rana na boku… Tak, zataiłem przed wami, żem złapał jakieś cholerstwo, kiedy drapnął mnie jeden z mutantów dawno temu w Westhelm, kiedyśmy odpierali ich atak w lesie. Kiedy czytacie te słowa choróbsko już mnie nie trapi. Siostry bogini Shallyi zadbały o to, by wyplenić ze mnie te zło. Choć muszę przyznać, że gotów byłem oddać życie w imię sprawy, ponieważ wtedy jeszcze nie widziałem innego rozwiązania. Nie zamierzałem wpaść w łapy naszego największego wroga…

Wróćmy jednak do właściwej historii. Planowaliśmy sięgnąć po pomoc niziołka Teo, jednego z łowców z bandy Gotriego. Pech jednak chciał, że trafił on do więzienia na rozkaz krasnoluda. Skubaniec chyba wyczuł, że Teo pragnie wyrwać się z jego łap wykorzystując naszą drużynę.

Oczywistym dla każdego czytelnika jest pewnie fakt, że nie dane nam było długo siedzieć w spokoju, starając się znaleźć jakieś rozwiązanie. Następnego dnia, po kiepsko przespanej nocy, ledwośmy zjedli posiłek, kiedy do świątyni przybiegł ktoś (już nie pomnę, czy była to Pasztetowa, czy ktoś inny) z informacją, żeśmy są poszukiwani listami gończymi, a do świątyni zbliża się pokaźny oddział straży miejskiej. Nie mieliśmy dużo czasu, zebraliśmy więc tylko najpotrzebniejszy sprzęt i prawie wszyscy czmychnęliśmy do kanałów rozciągających się pod prawie całym miastem. Jedynie Hugo odmówił zejścia na dół, zapewniając nas, że sobie poradzi.

Wybaczcie, że pominę detale naszej podróży w gnoju… W końcu znaleźliśmy jakąś opuszczoną chatę w dzielnicy biedoty, w której mogliśmy się na jakiś czas schronić. Oczywiście po wyrzuceniu bezdomnych, którzy znaleźli to miejsce przed nami. Ludzie tacy jak oni rozumieją na szczęście panujący na północy prymat racji silniejszego – nie stawiali więc niepotrzebnego oporu. W tej kiepskiej sytuacji postanowiliśmy zwrócić się o pomoc do hrabiego – pora była wyciągnąć brudy na szanowną Klarę Robens. Mieliśmy dowody, że wielka wieszczka kościoła Sigmara, która ślubowała żyć w czystości, miała romans z kupcem Saerem, który zupełnie przypadkiem okazał się być członkiem jakiegoś dziwnego kultu – z pewnością chałosyckiego. Żaden dobry kult nie musi się ukrywać…

Z odpowiedzią przyszedł do nas sam Moritz, choć niestety nie przynosił najlepszych wieści. Hrabia został bowiem aresztowany za ukrywanie Nocnej Bestii! Łowcy czarownic znaleźli ją podobno w podziemiach teatru należącego do hrabiego, zabili ją a teatr spalili, nie zostawiając zbyt wielu śladów. Nie mieliśmy wątpliwości, że to sprawka Gotriego. I nawet jeśli jest w tej historii ziarno prawdy (a wierzę, że jest), to krasnolud z pewnością posunął się o krok za daleko. Oskarżanie doradcy Imperatora nie jest czymś rozsądnym… Gdyby tylko nasz miłościwy pan, Karl Franz, był w mieście!

Kluczem do sukcesu było więc takie pozbycie się Gotriego, byśmy i my i hrabia, wyszli z tego z twarzą… i przede wszystkim z życiem. Nie pomnę już, kto wpadł na ten pomysł, ale postanowiliśmy szarpnąć się na coś szalonego, z czego sam Imrak byłby dumny, a co było tak szemrane, że żaden konserwantywny wyznawca Ulryka nie mógłby się zgodzić na to. Na całe nasze szczęście, ponieważ wywodzę się skąd się wywodzę, to mam odrobinę bardziej elastyczne podejście do prawd wiary Ulryka. No i stawka jest zbyt wysoka, a gdyby Ulryk i pozostali bogowie nie byli z nas zadowoleni, to byśmy tak daleko nie zaszli. Takom rozumował ja, wierny Ulrykowi.

Na czym polegał więc ten plan? Ano trzech z nas, najbieglejszych w sztuce skradania się i wtapiania w tłum, miało przedostać się do klasztoru sióstr sigmarytek, w którym przebywała wielebna Klara i przedstawić jej ofertę nie do odrzucenia. Nie było to do końca kłamstwo więc jako ulrykanin nie mogłem, na całe szczęście, interweniować. Nasi wysłannicy mieli bowiem powiadomić ją, że mamy dowody na to, że Saer jest kultystą, a że nasz pan ma z nim kosę, to papiery, w chwili kiedy przekazują te wiadomość, są już u Gotriego. A że wielebna miała romans ze ściganym przez kościół kultystą i ten fakt na pewno zostałby ujawniony w czasie śledztwa… cóż, jej jedynym ratunkiem było pozbycie się Gotriego. Tak, by nikt nie wziął go na poważnie, gdy będzie oskarżał kolejnych ludzi.

Widzicie więc sami, żeśmy praktycznie nie skłamali. Saer zaszedł nam i hrabiemu za skórę, a dowody mieliśmy. A jeśli Gotri przeszukał dom von Reinigera, to również bardzo możliwym jest, że był już w posiadaniu dowodów na winę Saera. W moim odczuciu było to więc akceptowalne rozwiązanie tej sytuacji… o ile oczywiście wielebna uwierzy w nasze słowa. Zadania miał się podjąć Albrecht, jako najlepszy ulicznik nie tylko w naszej drużynie, ale pewnie i w całym Middenheim oraz Otto, który swoją magią cienia mógł przyczynić się do sukcesu. Towarzyszył im Siegfried, który i skradać się, i łupnia komuś spuścić potrafił. Kiedy wyruszyli, nam pozostało już tylko oczekiwanie w nerwowej atmosferze. Godziny dłużyły się niemiłosiernie i wszystkich pozostałych gryzły wątpliwości…

W końcu powrócili! Dostarczyli wiadomość do wielebnej, ale o rezultacie… Cóż, mam nadzieję, że przekonamy się jak najszybciej. Położyliśmy się więc spać, być może ostatni raz przed wielkim finałem całej tej opowieści.

Następnego dnia Hugo, który odnalazł się w międzyczasie, poszedł na zwiady. Przyniósł ze sobą wspaniałą nowinę – nasze podobizny nie przyozdabiały już posterunku straży miejskiej. Mogliśmy jednak tylko domniemywać, że jest to konsekwencja naszego małego przekrętu. Trzeba było jednak kuć żelazo, póki gorące. Ruszyliśmy więc do karczmy Katedralnej, by poinformować Teodorę o tym, że dopełniliśmy naszej części umowy. Na całe szczęście żadne dodatkowe niespodzianki nas nie spotkały i po lekkim nacisku otrzymaliśmy nazwisko czarodziejki zdolnej odprawić rytuał zniszczenia sztyletu.

Nie pozostało nam więc nic więcej, niż przygotować się do odwiedzenia piramidy Białych Magów. Otto, jako że sam był czarodziejem, udał się do Gabrieli Jansen z kolegium śmierci (brr, a magowie dziwią się potem, że ludzie się ich boją…), a pozostali udali się po zapasy do wszystkich możliwych kupców w okolicy świątyni. Kiedy Otto przyniósł wieści od czarodziejki, byliśmy gotowi, by zakończyć ten rozdział naszej przygody, choć, jak się okazało, jeszcze wiele trudu nas czekało…

Powiększ

kronikakaplana-02
Siegfried

Rozdział XIII

Choć mieliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy, chyba żaden z nas nie czuł się przygotowany, by po raz drugi stawić czoła demonowi. Starałem się jednak o tym nie myśleć, kiedy po raz drugi podchodziliśmy do drzwi magicznej piramidy – siedziby Białych Magów, którzy poprzysięgli ponoć, że będą zwalczać chałos do kresu swego życia.

Tym razem jednak drzwi nie były przez nikogo pilnowane. Weszliśmy do środka, do tego samego pomieszczenia, w którym testowano nas podczas pierwszej wizyty. W pamięć wbił mi się oślepiający wręcz blask, który zdawał się emanować z samych ścian. Teraz jednak panował tu nieprzyjemny półmrok. Kiedy ostatni z nas wszedł do środka, drzwi zamknęły się z hukiem, a z oddali usłyszeliśmy mrożący krew w żyłach rechot. Znaleźliśmy się w pułapce demona…

Albrecht wyjrzał przez okno i to, o czym później nam powiedział… nie, to przechodzi ludzkie pojęcie. Za oknami widać było bowiem jałowe pustkowia, pełne maszerujących wojowników w służbie chałosowi. Część z nich Albrecht rozpoznał jako kultystów, których zabiliśmy wcześniej podczas naszej kampaniji. Ciężko było nie ulec strachowi w takim miejscu, ale jedynym rozwiązaniem było iść dalej – jak najszybciej, by znaleźć sztylet i opanować go. Inaczej wszyscy będziemy zgubieni.

Zaczęliśmy eksplorować piramidę, która w środku wydawała się mieć zupełnie inne rozmiary, niż nam się wydawało z zewnątrz. Pech chciał, że na samym środku tego piętra Otto jako pierwszy zauważył pulsujący białym światłem kryształ. Podbiegł do niego i go dotknął, nim ktokolwiek zdążył zareagować. Kryształ rozpadł się na kawałki, a Otto zaczął wymuszać na nas pójście w górę. Jeśli mam być szczery, to wszyscy podejrzewaliśmy, że coś go opętało. Nikt nie miał jednak pewności, więc postanowiliśmy iść za nim. Jeśli faktycznie opętał go demon, to lepiej byłoby skrócić jego cierpienia…

Na pierwszym piętrze trafiliśmy do wielkiej hali. Wydawało się, że to jakaś jadalnia, jakieś miejsce dla prawie całego Kolegium. Usłyszeliśmy hałasy i wrzaski z pokoju po lewej. Kiedy dopadliśmy do drzwi okazało się, że była to kuchnia, w której baraszkowały małe, uskrzydlone demony. Nie stanowiły dużego wyzwania dla naszej kompaniji, choć było ich całe mrowie.

Kiedy hałasy ustały, z jednego ze schowków wyszedł przerażony, gruby mężczyzna, odziany w szaty wskazujące, że jest kapłanem Sigmara. Mówił, że wraz ze swoim towarzyszem przybył tu, by odwiedzić ich starego przyjaciela… Messnera. Choć jego historia wydawała się wiarygodna, to nie do końca mu ufaliśmy. Nie jest to chyba nic dziwnego, biorąc pod uwagę miejsce i okoliczności naszego spotkania. Postanowiliśmy jednak iść dalej razem. Lepiej podejrzanych ludzi mieć zawsze na oku.

Na kolejnym piętrze czekała nas niemiła niespodzianka. Nieopodal schodów, którymi weszliśmy, leżało poturbowane ciało rycerza – drugiego z przyjaciół Messnera. Nie było jednak czasu na opłakiwanie, gdyż z końca korytarza usłyszeliśmy stukot kopyt i przerażające sapanie… demon! Zaszarżowało na nas coś, co znawcy nazywają krwiopuszczem. Wielka, potężnie umięśniona bestia, zdolna w pojedynkę zarżnąć dziesiątki wojowników… tak o niej piszą. Ale muszę wam powiedzieć, że chyba żaden z tych mędrców nigdy nie stanął naprzeciwko takiego demona. Toż to był największy leszcz, krwioleszcz! Myśmy zmierzyli się z dwoma, bo z drugiego korytarza nadszedł potem jego kolega, ale nawet nas nie drasnęły. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się takiego obrotu spraw…

Po upokorzeniu demonów rzuciliśmy jeno okiem na to piętro, bo Otto już ciągnął na górę, do kwater mistrzów Kolegium (a przynajmniej zakładaliśmy, że to ich pokoje). To tu znaleźliśmy bełkoczącego młodzieńca, mniej więcej w wieku naszego czarodzieja. Twierdził, że jest arcymagiem i że wszystko ma pod kontrolą, ale wyraźnie brakowało mu piątej klepki. Ukradł skądś tylko szaty arcymaga, co rozwścieczyło Otto, ale reszta niespecjalnie przejęła się jakimiś szmatami. Dla jego i naszego własnego bezpieczeństwa postanowiliśmy związać go i zamknąć w jednym z pomieszczeń. Ech, a mieliśmy wszystkich podejrzanych trzymać blisko siebie…

Byliśmy już prawie na szczycie, a Otto naciskał, byśmy szli dalej. Na następne piętro prowadziły wąskie, zakręcone schody, a na samej górze czekały zamknięte drzwi. Nie powiem – idealne miejsce na zasadzkę. Przygotowaliśmy się więc do boju. Szedłem pierwszy, jako najwprawniejszy w przeżywaniu wrogich ciosów, a za mną kroczyli gęsiego pozostali. Kiedy na znak otwarłem drzwi… przez chwilę nic się nie stało. Ale wtem z ciemności wyskoczyły na mnie dwa krwiożercze ogary! Jeden powalił mnie i poleciał dalej, a drugi rzucił się do mojego gardła. Choć bestia składała się z samych mięśni, to udało mi się zrzucić ją z siebie i kilkoma ciosami topora odrąbać jej łeb. W międzyczasie reszta poradziła sobie z drugim ogarem i nic już nie stało nam na przeszkodzie, by dojść na sam szczyt piramidy.

Weszliśmy do przedostatniego pomieszczenia, najpewniej pokoju samego arcymaga i przywódcy kolegium. Otto jednak szedł już do schodów prowadzących na szczyt, a my pobiegliśmy za nim.

W ostatnim pomieszczeniu klęczał plecami do wejścia, sam Messner. Trzymał w rękach jakiś świecący przedmiot i koncentrował się przy tym tak bardzo, że zdawał się nas nie zauważać. Kiedy w końcu się odezwał, słychać w jego głosie było, że z czymś walczy. Czarodziej powiedział, że resztkami swych sił utrzymuje barierę ochronną Kolegium, która nie pozwala wedrzeć się do środka hordom chałosu. Jedynym ratunkiem jest znalezienie sztyletu w podziemiach i zapanowanie nad nim – inaczej będziemy zgubieni na wieki…

Żeby dostać się do podziemi potrzebujemy jednak klucza, którym są dwa magiczne kamienie. Jeden z nich ma przy sobie on, a drugi powinien mieć rektor Kolegium. Od razu domyśliliśmy się, że kamień jest pewnie w posiadaniu tego obłąkanego chłopaczka. Nie chcieliśmy tracić więcej czasu, więc nie zamęczaliśmy więcej Messnera pytaniami i zeszliśmy na dół.

Oczywiście nic nigdy nie jest takie proste i łatwe, jakby mogło być… Tak, dobrze się domyślacie – chłopak uciekł z zamkniętego pokoju. Zaczęliśmy szybkie, ale żmudne przeszukiwanie całego kolegium… Jedyna niespodzianka spotkała nas jedynie na piętrze z biblioteką. W jednej z sal wykładowych znajdował się bowiem pewien obraz, przedstawiający – jak mówił podpis – pustkowia chałosu. Dziwnie realistyczne pustkowia. Na środku znajdował się jakiś kłąb pyłu, który… nie uwierzycie, ale rósł w oczach, aż w końcu widać było kształt wielkiej sylwetki, bestii jakowejś, która trochę wyglądała jak demoniczny byk z jednym rogiem na nosie. W końcu do kogoś dotarło, że to coś zaraz wybiegnie z obrazu i nas zaatakuje, i jakkolwiek było to głupie, nikt wolał nie sprawdzać, czy mamy rację i wzięliśmy nogi za pas. Było już jednak za późno. Bestia przebiła się przez ścianę i odcięła nam drogę ucieczki! Pobawiliśmy się z nią w kotka i myszkę i chyba większości udało się uciec na dół, ale ja oberwałem rogiem, gdy bestia szarżowała. Przeżyłem, ale straciłem na chwilę dech. Nie wiem dokładnie jak, ale przy pomocy zaklęć iluzji i krzepy Albrechta udało im się mnie uratować. Wszyscy byliśmy bezpieczni, na ile można być bezpiecznym w takim miejscu.

W końcu znaleźliśmy obłąkanego chłopaka przy samych drzwiach do piwnicy. Stał tam w obstawie czwórki krwioleszczy, które pilnowały klucza na polecenie demona sztyletu. Dalej uważam, że te demony nie zasługują na swoje prawdziwe miano. Pokonaliśmy je w trymiga, obezwładniliśmy młodzieńca i skompletowaliśmy klucz. Było już jednak za późno…

Do kolegium wdarły się już hordy chałosu, które nacierały z zewnątrz. Musieliśmy się spieszyć, ale jasne było, że to koniec przygody dla niektórych z nas… Otwarliśmy drzwi do piwnicy, Siegfried, Albrecht i ja stanęliśmy na straży, a Hugo i Otto pobiegli wgłąb katakumb. Powiem wam, że niewiele pamiętam z tej walki. Rąbaliśmy na prawo i lewo, kładąc trupem dziesiątki przeciwników. Widziałem, jak moi towarzysze zostają otoczeni przez przeciwników i w końcu padają pod gradem ciosów… sam w końcu straciłem czucie w ręce, którą trzymałem topór. Każdy atak wykonywałem machinalnie, nieświadomie, dopóki nie poczułem kojącego bólu, który zatopił mnie w nieświadomości.

Kiedy obudziłem się, leżeliśmy wszyscy w tych samych miejscach, w których padliśmy na ziemię. Hugo biegał od jednego do drugiego, cucąc nas i podając mikstury lecznicze. Otto trzymał się z daleka, stojąc w zakrwawionej koszuli. Udało się nam. Udało!

Po chwili na dole pojawił się Messner, chwiejąc się na nogach. Podszedł i zaczął nam dziękować, ale w połowie zdania sztylet wyskoczył z ręki Hugo, przeleciał kilka metrów i ugodził czarodzieja prosto w serce. Otto miał sporo szczęścia, że przeżył podobny atak chwilę wcześniej…

Myśleliśmy, że najgorsze już za nami. Jakże się myliliśmy! Jeszcze w samym kolegium zaczęły się problemy, kiedy zauważyłem, jak Hugo nieświadomie zaczyna nacinać swoją rękę sztyletem, karmiąc demona krwią, której tak pragnie. Wywiązała się z tego powodu kłótnia o to, kto ma wziąć sztylet. Trwała ona do czasu, aż Albrecht nie wrócił pod kolegium z wozem. Oczywiście teraz wiem, że to demon podjudzał nas do kłótni i najlepiej dla niego by było, gdybyśmy zaczęli się bić. Udało nam się jednak uzyskać porozumienie i póki co niziołek dalej miał być powiernikiem sztyletu.

Potem odbyliśmy bardzo długą i nieprzyjemną podróż pod wzgórze, gdzie czekać miała Gabriela, gotowa zniszczyć sztylet. A przynajmniej taką mieliśmy nadzieję. Ponieważ padał śnieg i zaspy rosły, wiedzieliśmy, że ostatnią część podróży będziemy musieli odbyć pieszo. To były najgorsze chwile mojego życia…

Każdy krok w kierunku czarodziejki był walką z demonem, który za wszelką cenę nie chciał zostać wypędzony z powrotem do swojej domeny. Szeptał do każdego z nas, więc nie tylko Hugo dźwigał to brzemię. Jego było jednak z pewnością najcięższe, ale wrodzona odporność niziołków na niszczycielskie wpływy chaosu dawała mu sporą przewagę nad nami. Kiedy byliśmy w połowie wzgórza, coś strzeliło Ottowi do łba – zaczął nas poganiać i – bogowie tylko wiedzą czemu, chyba żeby nas skłócić jeszcze bardziej, bo opanował go demon – rzucił prosto między nas zaklęcie, które przyzwało czarną chmurę gryzącego gazu, w której nikt nic nie widział. Zaczęła się między nami gorączkowa walka o sztylet, ktoś gdzieś kogoś walnął w zęby, ktoś inny kopnął. Jednym słowem zapanował tam chałos, który, na całe szczęście, z wielkim trudem udało się opanować. To był ostatni wybryk Otto tego dnia, ale nie koniec naszych zmagań z demonem.

Kiedy chmura się rozwiała, sztylet leżał na ziemi, a nami wszystkimi targały zbyt silne emocje, by spróbować go podnieść. W końcu Albrecht zaczął nas przekonywać, że jest gotowy ponieść to brzemię aż na szczyt. Uwierzyliśmy mu i pozwoliliśmy podnieść sztylet… i jakże się pomyliliśmy! Albrecht był w rękach demona! Odwrócił się na pięcie i zaczął uciekać w dół. Zrezygnowany, tylko za nim patrzyłem, bo z moją kulawą nogą nic nie mogłem zrobić. Na całe szczęście Otto wykazał się i w końcu zrobił coś sensownego, kilkoma słowami łamiąc wolę Albrechta i usypiając go. Hugo wziął sztylet z powrotem, a ja wraz z Siegfriedem towarzyszyłem mu, rozpoczynając ostatni etap tej podróży… tej walki z demonem.

W końcu udało nam się dokonać tego karkołomnego wyczynu i znaleźliśmy się na szczycie, gdzie czekała czarodziejka Gabriele. Rozkazała Hugo wbić sztylet w drzewo, a nam zabić ją, kiedy tylko skończy rytuał i wchłonie demona w swoje ciało. Choć jej oczy nie zdradzały praktycznie żadnych emocji, to wydawało mi się, że widziałem w nich pewność, a przynajmniej chciałem ją widzieć. Chciałem, by to wszystko się już skończyło.

Czarodziejka zaczęła magiczny rytuał, który obserwowaliśmy w milczeniu. Wymawiała słowa pełne mocy, na których brzmienie włosy stawały dęba, choć chyba nikt poza Otto nic z nich nie rozumiał. Kiedy w trakcie czarowania, z drzewa, w który wbity był sztylet zaczął spełzać ogromny wąż, nie wiedzieliśmy co robić. Czy była to część rytuału? Czy to demon próbował opętać zwierzę, by uratować się przez zniszczeniem? Gdy wąż zaczął oplątywać czarodziejkę, Siegfied po prostu odrąbał mu łeb, a sama kobieta zdawała się niczego nie widzieć. Chwilę później sztylet wyrwał się z drzewa i wbił się prosto w jej serce, a dla nas był to jasny znak, że rytuał dobiegł końca i trzeba było zadać dobrowolnie opętanej kobiecie cios łaski…

Tak zniszczyliśmy sztylet, drugi z artefaktów, który zawierał w sobie esencję potężnego demona chałosu…

Gotfried

Powiększ

kronikakaplana-04
To już koniec? I co ja teraz zrobię z tymi wszystkimi pedekami?

Epilog

Krew Arcymagini Gabrieli Jansen rozpyliła się na śniegu. Kobieta pada na ziemię nieżywa, lecz oczy zostały otwarte. Widać w nich wyraźnie trwogę i ból. Nie macie do końca pewności czy Demon Sztyletu zawładnął jej ciałem. Jednakże to bez znaczenia. Była gotowa na śmierć. Wszyscy byliście. A teraz nastąpił koniec. Czujecie ziejącą pustkę wewnątrz. Sztylet tak bardzo zawładnął Waszymi życiami w ostatnim czasie, że nic innego nie miało znaczenia. Sen był irytującą koniecznością, ból i zmęczenie nieuniknione. Przyzwyczailiście się do podstępów, sztuczek, nienawiści na każdym kroku. Nienawidziliście nawet siebie nawzajem. Sami nie potraficie zrozumieć jak udało się Wam to przeżyć – kilka minut temu skakaliście sobie nawzajem do gardeł, każdy z Was gotowy zabić przyjaciela, byle by dokończyć dzieła. A teraz gdy Demon Sztyletu leży pokonany nie czujecie już ognia który rozpalał Was na każdym kroku. Coś się skończyło… Przepadło… Na zawsze…

Kolejne godziny i dni spędzone w Altdorfie w gospodzie Beczka Miodu pozwalają Wam dojść do zdrowia, nabrać sił i obserwować wydarzenia z bezpiecznego dystansu. Altdorf został ocalony, choć nikt poza Wami o tym nie wie. W Middenheim obwołano Was bohaterami miasta, na Waszą cześć śpiewano pieśni i wznoszono toasty. Tutaj nikt nie wie przez jakie piekło, dosłownie i metaforycznie musieliście przejść. Nawet gdyby wiedzieli, mało kto uroniłby łzę czy zmówił pacierz za Waszą sprawę. Miasto żyje innymi problemami, z których największym stał się rozłam w kościele Sigmara. Wielki Teogonista Johan Esmer powrócił do Altdorfu przed cudownie odnalezionym Volkmarem. Zebrał wszystkich najdostojniejszych z kleru i zamknęli się na cały dzień i noc w świątyni. Rankiem ogłosili, że po wielu godzinach medytacji i modlitwy Sigmar przemówił do nich że „dla dobra powszechnego kościoła i całego Imperium Johan Esmer utrzyma tytuł Wielkiego Teogonisty” Volkmar zgodnie z postanowieniem Esmera miał pozostać w Altdorfie w murach świątyni. Ta nowina wywołała fale zamieszek w całym mieście. Tłum burzył się, a zwolennicy Volkmara oskarżyli Esmera o żądzę władzy i spisek przeciw Imperium. Wieści musiały dotrzeć do Volkmara jeszcze zanim wjechał do Altdorfu, bowiem do tej pory w mieście się nie pojawił. Plotka głosi, że wrócił do Middenheim szukać wsparcia u Cesarza. Imperium toczące największą od lat wojnę z Chaosem, wkrótce rozdzierać będzie jeszcze wojna domowa.

Hrabia von Reiniger jak wielu możnych którzy nie byli przychylni Esmerowi stał się persona non grata w Altdorfie. Na jego imieniu ciążyły dodatkowo oskarżenia wytoczone przez łowców czarownic o rzekome ukrywanie Nocnej Bestii w piwnicach należącego do niego teatru. Wobec nieobecność swojego protektora Imperatora Karla Franza, hrabia uznał, że najbezpieczniej dla niego i swej rodziny będzie opuścić Altdorf. Doglądający jego majątku majordomus nie chciał Wam zdradzić gdzie udał się jego pan, przyjął co prawda list jaki napisaliście opisując swoje dokonania, jednak domyślacie się, że nigdy nie zostanie doręczony. Jako wytrawny polityk hrabia uznał, że lepiej zerwać jakiekolwiek kontakty jakie miał w mieście.

Białe Kolegium, którego mieszkańców wymordował Demon Sztyletu stoi puste odkąd opuściliście jego mury. Ciała Konrada Messnera oraz uczniów którzy oddali życie w obronie Imperium gniją powoli w zimnych murach Białej Piramidy. Na samą myśl o powrocie skręca wam wnętrzności, postanowiliście zostawić tę sprawę samej sobie. Wkrótce jakiś Biały Czarodziej powróci do Altdorfu i zechce odwiedzić mury Kolegium. Wtedy czeka go przerażająca niespodzianka. Ale to już sprawy Kolegium. Zrobiliście co mogliście w tej sprawie, tutaj też nikt nie powiedział choć jednego „dziękuję”. Po prostu nie miał kto…

Los listów które wysłaliście na północ pozostaje Wam nieznany. Minął co prawda dopiero tydzień więc może za kilka dni będziecie wiedzieć więcej. Jednak pierwsze sygnały nie są obiecujące. Próbowaliście wypytywać wśród żołnierzy z eskorty Wielkiego Teogonisty Esmera – a wędrował z kilkutysięczną świtą – lecz nikt nie pamiętał posłańca wiozącego listy do Middenheim. Macie przeczucie, że na wieści z Miasta Białego Wilka przyjdzie długo poczekać.

Konrad Messner okazał się dobrym człowiekiem. Do końca trwał przy krysztale mocy odpierając piekielne hordy, dając Wam czas byście zapanowali nad Demonem Sztyletu. A może po prostu nie miał innego wyjścia? Może rzeczywiście układał się z Demonem i po kolei wyrzynał swoich podopiecznych by móc bez przeszkód wydostać Sztylet? Kiedy jednak Demon przechytrzył i jego wciągając całą Piramidę do Otchłani, co mu pozostało jak ratować własną skórę? Tego nigdy się nie dowiecie.

Teodora Pherig wyjechała ze swym przybranym synem z Altdorfu zostawiając za plecami dotychczasowe życie. Wierzycie, że hrabia dołożył starań by wiodło im się jak najlepiej.

A Gottri? Co stało się z groźnym łowcą czarownic, nie wie nikt. Plotek jest dużo – jedni mówią, że wyjechał ścigać kultystów Chaosu do Stirlandu, inni że widzieli go torturującego trucicieli w miejskich lochach, jeszcze inni wierzą, że po śmierci wuja załamał się i powiesił. Z czasem zaczynacie zadawać sami sobie pytania: czy słusznie go osądziliście? czy rzeczywiście był taki zły? Wiecie, że tak jak i Wy on padł lata temu ofiarą Sztyletu, potężnego i podstępnego Demona zabijając swego przyjaciela z drużyny. Jak daleko było, aby któryś z Was postąpił podobnie? Gdziekolwiek teraz jest Gottri macie tylko nadzieję nigdy więcej go nie spotkać…

Pozostała jeszcze sprawa z niesławną „Królową Krwi”. Kimkolwiek jest, nie spotkaliście się jeszcze twarzą w twarz. A przynajmniej się nie ujawniła. Przypominacie sobie co łowcy wydusili torturami z mutantów – Królowa Krwi zabrała Lepiącemu z Ciała wielu wyznawców. Wielu z nich zabiliście w lesie pod Westhelm, ale czy wszystkich? Nad rzeką przy grotach Zielonych Magów rzuciła przeciw Wam potężnych Zwierzoludzi, którzy zabili Imraka. Rękami jakiego naiwnego sztukmistrza omal nie spaliła Was żywcem w gospodzie. Wkrótce znowu uderzy. Będziecie gotowi?

Siedzicie przy dzbanie miodu gapiąc się w ogień. Na waszych twarzach liczne blizny, na ciałach piekące rany. A w sercach pustka. Tam na wzgórzu, po tylu wspólnych przeżyciach byliście gotowi pozabijać się nawzajem. Oczywiście to były mroczne podszepty Demona Sztyletu. Ale przecież Demon wciąż żyje. Pozostaje w ukryciu zaklęty w Pucharze Gniewu. I zna każdego z Was na wylot. Czy możecie jeszcze sobie zaufać? Czy dalsza wędrówka ma sens? Może tak jak Teodora powinniście powiedzieć „dość” i spróbować żyć normalnie, na tyle na ile to możliwe? A może po tym wszystkim dochodzicie do wniosku, że to właśnie jest Wasze przeznaczenie – zniszczyć Demona. Bo nikt inny temu nie podoła. Bo kto jak nie Ty? Obawiacie się, że jeśli podążycie dalej tą ścieżką to staniecie się tacy jak Gottri, do końca pochłonięci pragnieniem zawładnięcia demonicznym artefaktem.

Pablo

Dodaj komentarz