WFRP – Opowieść Najemnika #2

Autor | 16 marca 2016

Jeśli chodzi o pisanie kroniki, to muszę przyznać, że Pablo ma ekspresowe tempo. Ledwo skończyliśmy przygódkę, a druga część opowieści już leżała na mojej skrzynce pocztowej gotowa by ją opublikować. Zapraszamy więc do lektury!

Opowieść Najemnika

(…)

Truchło bestii runęło z hukiem na ziemię, a my staliśmy zwycięsko. Bogowie byli tego dnia nam przychylni, bośmy wyszli ze starcia bez szwanku. Odrąbany łeb bestii wzięliśmy ze sobą na dowód, żeśmy kopalnię wyzwolili i ruszyliśmy na poszukiwanie wyjścia. Grungni, krasnoludzki Bóg-Ojciec, którego kaplicę zbezcześcił czarnoksiężnik, musiał rad być z przysługi jaką mu wyświadczyliśmy, bowiem szybko odnaleźliśmy wyjście ukryte w tej matni tuneli i ruchomych ścian. Zabrawszy ledwie żywego panicza Marko wróciliśmy na górę, gdzie robotnicy wiwatowali na naszą cześć. Szybko udaliśmy się do Misthausen, gdzie burmistrz tak był nam wdzięczny, że obsypał nas złotem i zapewnił darmową gościnę. A tamtejsze trunki i jadło do najprzedniejszych należały! Skoro świt miał do nas zawitać przewodnik, znający drogę do klasztoru.

W gospodzie czekał na nas gość niespodziewany. Niziołek Hugo, członek bohaterskiej drużyny z Middenheim przybył z wieczora do Misthausen, jako że do Altdorfu powrócił krótko po tym, jak my go opuściliśmy. Szybko znaleźliśmy wspólny język i po kilku kuflach piwa udaliśmy się na spoczynek. Rankiem ruszyliśmy w drogę.

Naszym przewodnikiem był wprawiony leśnik z okolicy, Joachim. Zima tamtego roku, jak powiadali miejscowi, śnieżna była jak mało która. Zaspy miejscami do piersi sięgały, a Hugo całkowicie zakrywały, toteż musieliśmy nieść naszego kompana przez znaczną część. Droga, która miała zająć parę godzin, wydłużyła się kilkukrotnie. Przez całą wędrówkę słyszeliśmy wilczy skowyt, co każdemu mężowi rezonu by odejmowało. Ale Gotfryd, kapłan Boga-Wilka mówił, że to dobry omen – znak, że jego Bóg nad nami czuwa. Rzeczywiście przez całą drogę do klasztoru wilki ani razu nas nie nękały.

Mieliśmy za to inny kłopot. Gdyśmy się na wypoczynek zatrzymali w leśniczówce i przy ogniu grzali, Siegfried, który wpatrywał się w ogień, zerwał się z krzykiem na ustach i wybiegł w puszczę, jakby silnie przestraszony. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, Albrecht ni stąd ni zowąd rzucił się na mnie, okładając bez opamiętania pięściami i pianę tocząc. Dzikość jego nijak miała się do mego wyszkolenia – zrzuciłem go łatwo z siebie, wykręciłem ramię, jak mnie w Verezzo uczyli i obezwładniłem. Gotfryd podał mi linę i związanego zapytałem dlaczego mnie, druha swego atakuje? Ale on wydawał się rozum postradać. Bredził, iż widział, jak cień jakiś z ognia się wyłonił i w me ciało wstąpił. Gotfryd ręczył za niego swym honorem, prosił mnie żebym mu darował, bo oni umysły mają poranione przez demona, którego wcielenia dwukrotnie wcześniej już doświadczali. Klęknął przy Albrechcie i modlitwy nad nim zmawiał by tamten rozum odzyskał. Ja zaś nabrałem podejrzeń – co wyzwoliło w nim taką postawę. Spojrzałem w ogień i com tam zobaczył zmroziło mi krew w żyłach. W ścianie komina jarzył się ognistym blaskiem drobny znak Chaosu. Przeklęty Joachim! Wprowadził nas do sanktuarium czarnych bogów! Gdy wrócił ze zwiadu nieświadomy niczego, od razu mój sztylet wylądował przy jego gardle. Zaklinał się, że nie ma o niczym pojęcia i jest bogobojnym Sigmarytą, ale nikt z nas nie dawał mu wiary. Postanowiliśmy jednak zostawić go przy życiu dopóki z puszczy nas nie wyprowadzi. Odnaleźliśmy nieprzytomnego Siegfrieda niedaleko chaty – musiał na oślep biec, bowiem leżał z rozbitą głową, która okazała się słabsza od dębowej gałęzi.

Chatę spaliliśmy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Noc zaskoczyła nas szybciej niż przewidywaliśmy, ale byliśmy już blisko opactwa, więc zaryzykowaliśmy. Gdyśmy w zamieci potężnej utknęli żegnałem się już życiem. Opadaliśmy z sił, a każdy krok kosztował tyle, co tysiąc. Ja musiałem jeszcze dźwigać półprzytomnego Siegfrieda, który mdlał co chwilę. Na szczęście me bystre oko dostrzegło zarysy klasztornych murów. Wydawało się, że jesteśmy ocaleni.

Najbliżej byliśmy małego budynku obok cmentarza. Gdyśmy do środka weszli w nadziei na schronienie, spotkała nas zatrważająca niespodzianka. Stosy ciał pokaleczonych i porąbanych mężów wypełniały całą kaplicę. Ci o słabszych żołądkach nie wytrzymali i woleli w zamieć wybiec, ja zaś, choć z obrzydzeniem, zbadałem wnętrze budynku. Były to ciała żołnierzy z Nuln sądząc po mundurach, a poznałem je, bo w jednym regimencie podczas wojny służyli. Wielu z nich to chłopcy jeszcze byli, młodzieńcy którzy nie zdążyli zaznać kobiety. Strasznie żal mi się zrobiło na sercu, ale równocześnie żądza zemsty mnie ogarnęła. Poprzysiągłem, że ktokolwiek lub cokolwiek zgotowało im taki los, pożałuje.

Przekroczyliśmy zrujnowane mury klasztoru. Wyglądał na spalony i zdewastowany, jakby złupiony został dawno temu. Z wielu zabudowań ostała się wieża narożna i kaplica. I właśnie z tej drugiej wybiegli zwierzoludzie. Horda cała potężnych, brutalnych i krwiożerczych wojowników w służbie czarnych bogów Chaosu. Mieli przewagę blisko trzech na jednego, a mimo to pokonaliśmy tę watahę. Gotfryd ubił ich herszta, największego bestioluda jakiegom do tej pory widział, Hugo miotał strzałami z precyzją godną pozazdroszczenia najlepszym strzelcom Luccini, ja sam zaś udowadniałem wyższość tileańskiej szermierki nad barbarzyńskim kultem zamaszystego ciosu powszechnego wśród zwierzoludzi. Gdyśmy już przewagę zyskiwali i zwycięstwo było bliskie, usłyszałem jęk Siegfrieda. Biedaczyna padł pod ciosami maczug dwóch przeciwników. Łzy zasłoniły mi na chwilę oczy, i skoczyłem w rozpaczy by pomścić przyjaciela. Gdy ostatni ze zwierzoludzi padł pod mymi stopami, ukląkłem przy ciele Siegfrieda. Jego oczy były już zimne, a serce przestało bić. Oddał życie tam w klasztorze podczas śnieżycy. Był odważnym człowiekiem. Niech Myrmidia otworzy mu bramy do krain wiecznego szczęścia.

Weszliśmy następnie do zrujnowanego kościoła. Bestioludy zdążyły już wyrąbać posadzkę i rozpoczęły kopanie dołu – nie wiedzieliśmy tylko czego szukali? Mogliśmy się jedynie domyślać, że Puchar Gniewu przyciągnął je z puszczy, że to on leży w ziemi. Gdy ja wraz z kapłanem oddawaliśmy jeszcze cześć naszemu poległemu towarzyszowi, Albrecht, pozbawiony najwyraźniej empatii i współczucia, już rozpoczął poszukiwania. W wieży odnalazł pamiętnik nieznanego mnicha, który opisywał jak to podczas prac przy ołtarzu odkrył tajemniczy tunel prowadzący do katakumb, w których znajdował się złowrogi puchar otoczony mroczną aurą. Podejmując trop odnaleźliśmy ten tunel. Na końcu znaleźliśmy kryptę. Włosy jeżą mi się do tej chwili gdy o tym wspominam. Posągi świętych Sigmara były powykrzywiane i poskręcane, tak jakby choroba jakaś toczyła je przez lata, jako żywych ludzi. Ich twarze nosiły znamiona okrutnych mąk, zaś relikwie św. Abelarda zbezczeszczone i napiętnowane przez Chaos. W miejscu, w którym według pamiętnika miał znajdować się puchar, odnaleźliśmy jedynie wyszczerbiony miecz z literką V na rękojeści. Tam na dole wszystko wydawało się przeklęte i przesiąknięte złem. Joachim nasz przewodnik sięgnął po sztylet. Sądziłem, że chciał nas zaatakować tak, jak wcześniej podejrzewałem, że zrobi, jednak on podciął sobie gardło. Nie wiem jakie myśli pchają człowieka do targnięcia się na własne życie. Może wiedział, że i tak czeka go śmierć po powrocie do Misthausen? Na pewno to miejsce i ślad po bytności Pucharu Gniewu odebrało mu resztki rozumu i nadziei. My z kolei powróciliśmy najpierw do Misthausen, a potem w końcu do Altdorfu.

W stolicy czekało na nas zaproszenie od anonimowej osoby do „Gościnnego Hrabiego” – tawerny, w której gustowali ludzie z wyższych sfer. Moi towarzysze sądzili, że ma to związek z jakimiś wydarzeniami z ich burzliwej przeszłości w Altdorfie. Jako, że nie przepadam za pompatycznymi durniami, zgodziłem się by Albrecht udał się na spotkanie. Gdy wrócił oznajmił nam, że szlachcianka Katarina Braun, pomna naszej reputacji, zasług i sprawności w boju prosi o ochronę w podróży statkiem do Nuln. Znudzona wystawnym życiem dama zapewne ma wystarczającą liczbę złotych monet, by nająć ludzi do ochrony. Zapewne zatem chciała umilić sobie podróż towarzystwem tak sławnych jak my postaci. Rzeczywiście bogowie nam sprzyjali – jak bardzo ucieszyła nas ta oferta! Nie dość, że mieliśmy właśnie udać się do Nuln, to jeszcze zrobimy to w luksusowych warunkach jakie oferuje „Imperator Wilhelm” – największy statek pasażerski, jaki pływa po Reiku, w towarzystwie możnej damy i jej świty, a na dodatek dostaniemy za to zapłatę w złocie! Zaprosiłem mych towarzyszy na świętowanie i opijanie śmierci druha naszego Siegfrieda. Oni jednak odmówili. Udali się do świątyni Ulryka celem odprawienia egzorcyzmów nad Albrechtem, co to już rzeczy niestworzone widywał i przyjaciela gotów był zabić. Jakie było me zdziwienie, gdy druhowie moi po kilku godzinach weszli do tawerny w której bawiłem, okopceni i kaszlący w towarzystwie przyjaciela mego Otto, który mnie do  misji nakłonił. Opowiedzieli, że rytuał nie powiódł się, a demon który przetrwał w Pucharze, w zemście spalił świątynię tak, że ledwo uszli z życiem. Gotfryd dotąd posępny stał się jeszcze posępniejszy i całą noc wyklinał demonowi i całemu Chaosowi. Zrozumiałem wówczas z jak potężnym przeciwnikiem przyjdzie nam się zmierzyć…

Isidore

Dodaj komentarz