Władca Areny – Unboxing #3

Autor | 6 lipca 2014

Jakiś czas temu, wiedziony żądzą zdobycia nowych, nieznanych gier, zapuściłem się w niebezpieczne rejony sklepów internetowych, w zakątki znane wszystkim jako Promocje. Tam też wypatrzyłem swoją ofiarę – osłabionego blisko o połowę ceny przedstawiciela gier dwuosobowych.

Nie zastanawiając się wiele wziąłem do ręki portfel i ruszyłem do ataku, by zyskać należny mi tytuł… Odtąd znany będę jako…

Władca Areny

Władca Areny już od jakiegoś czasu leży na mojej półce, jednak ciągle nie dane było mi w niego zagrać. Ostatnio bardzo ciężko znaleźć kogoś chętnego na 1v1, niestety. Leżakował więc sobie na mojej półce, aż nadszedł ten dzień – Druid wziął chorobowe, recenzji na zapas nie ma, a ja bym coś napisał.

Padło więc na Unboxing – przy okazji przeczytam w końcu instrukcję ;-)

O czym w ogóle to gra? Jak można się domyślić po tytule i wstępie – o pojedynkach. Na arenie. Krwawych. Czego można chcieć więcej od życia, niż z radosnym okrzykiem skopać kumplowi tyłek w walce na śmierć i życie, dzierżąc w dłoni ulubiony topór?

Proste, niczego. Dlatego postanowiłem zostać Władcą Areny. Gra ma oczywiście jakiś wstęp fabularny, autor się postarał pisząc fabularne wstawki, itp. Ale to bicie się po mordach jest najistotniejsze. A bić się jest zarówno kim, jak i czym.

Przyjrzyjmy się najpierw „kartom”, a raczej kartonom – patrząc na ich rozmiar – postaci. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to oczywiście ilustracje. Całkiem fajne, chociaż barbarzyńca jest trochę nieproporcjonalny (ale za to ma u boku prawie nagą dupę). Stylistyka wybrana przez autorów grafik nie do końca mi odpowiada. Niby nie ma się do czego przyczepić, ale postacie są jakieś takie ‚meh’.

Na karcie jest jeszcze miejsce na smocze dyski, które wskazują wartość wybranej cechy (wojowników tworzy się przed grą). Co ciekawe, każdy smok (w obrębie jednej postaci) jest inny, a ich wygląd bardzo przypadł mi do gustu.

Oprócz tego na karcie jest jeszcze mnóstwo tekstu, symboli i skrótów. Z punktu widzenia gry – bardzo fajne rozwiązanie. Szkoda tylko, że symbole są takie małe, a gracze oznaczeni przez A i B, zamiast jakiegoś innego, ciut bardziej „w klimacie” oznaczenia.

Dostępnego sprzętu jest od groma. Kilkadziesiąt sztuk broni białej i dystansowej, ze świetnymi ilustracjami. Każda się czymś różni, czy to kosztem (trochę nieczytelny), czy zasadami, czy wreszcie – zadawanymi obrażeniami. Nie wiem czemu, ale bardzo przypadły mi do gustu rysunki kostek na kartach uzbrojenia.

Podobnie jest ze zbrojami. Trzy albo cztery różne rodzaje, podzielonych na drobne części chroniące różne części ciała. Wszystko to wygląda… Skomplikowanie. Wybieranie ekwipunku będzie pewnie najbardziej czasochłonnym zajęciem podczas tworzenia postaci.

Do kart mogę się jednak przyczepić. Chociaż nie są strasznie cienkie, to wydają się być, no… po prostu przeciętnej jakości. Do tego na każdej jest ślad po wycięciu/wyrwaniu/wyszarpaniu. Jednak to, co jest według mnie najgorsze, to kiepska farba – kolory są bardzo wyblakłe, a napisy ciut rozmazane. No i ilustracje na rewersach są paskudne, chyba nawet nie zrobiłem im żadnego zdjęcia.

Przy okazji kart warto wspomnieć też o kilku żetonach, które znalazły się w pudełku. Nie ma ich zbyt wiele, a te najważniejsze przedstawiają wybraną postać. Szkoda tylko, że bohaterów jest czterech, a kart postaci z odpowiadającymi im ilustracjami tylko dwie. Nie wiem, jak miałoby się to wszystko w pudle zmieścić (i ile kosztować), ale uczucie wybrakowania pozostaje.

Przesuwanie tych żetoników po planszy może sprawiać drobne problemy, właśnie ze względu na ich grubość. Moim zdaniem nie obejdzie się bez zastąpienia ich figurkami (czy to z bitewniaka, czy z jakiejś innej planszy). Szkoda, że takowych nie ma w pudle, ale nie można mieć wszystkiego. Szczególnie za taką cenę.

Po stworzeniu postaci i uzbrojeniu jej, pozostaje już tylko jedno – uzupełnić kartę postaci koralikami! Jest ich pełny wór. Sześcianiki służą do oznaczania zużycia pancerza (bardzo fajny patent: ścianka koralika bez dziurki wskazuje niewykorzystany pancerz, a z dziurką – nadszarpnięty przez jedno uszkodzenie), diamenty to chyba rany… Do tego duże znaczniki akcji, zatrucia no i niepełny „komplet” kości (brakuje k100 i k20, chociaż w grze są niepotrzebne :P).

Wór z tymi świecidełkami swoje waży, wszystkiego w środku jest dosyć, w najróżniejszych kolorach. Wydaje się, że nie powinno ich nigdy braknąć w grze, a to wielki plus – zdarza się, że wydawca tnie po kosztach i w trakcie rozgrywki okazuje się, że jakiś znaczników nie wystarczyło.

Ich dodatkową zaletą jest to, że są generyczne – można je wykorzystać do wszystkiego w każdej grze. Jeśli ktoś pracuje nad jakąś grą planszową i potrzebuje różnych znaczników do testów wersji alfa, to w pudle z Władcą Areny dostanie do tego gratis grę ;)

Pozostała jeszcze kwestia samej Areny, którą tworzą cztery ogromne puzzle, dające w efekcie sporą powierzchnię, na której toczyć się będą widowiskowe (i krwawe) pojedynki. I Arena… Jest po prostu ładna. Gruby karton, dobre barwy, zaschnięta krew na podłodze. Czego chcieć więcej?

Przeszkadzajek! W pudle z grą znajdziemy kilka dużych pułapek, które wykorzystać można w walce z przeciwnikiem (chociaż mam nadzieję, że mogą się one obrócić również przeciwko nam), jak i fragmentów muru najeżonych ostrymi kolcami. Co ważne, elementy te są „ruchome”, dzięki czemu podczas każdej partii mogą znaleźć się w innym miejscu.

Szkoda tylko, że jest ich tak mało. Niby wszystkie pewnie nie pojawią się w jednej partii, ale fajnie by było mieć wybór, tym bardziej, że te obecne w grze sprawiają wrażenie frajdogennych. Wirujące ostrza? Są. Dół z kolcami? Obecny. Rozsypane węgle? Parzą w stopy! Czadowo, ale chciałoby się więcej. Nic nie stoi oczywiście na przeszkodzie, żeby zrobić samoróbki, ale to nie to samo.

Władca Areny przedstawia się… Na pierwszy rzut oka przeciętnie, ale jest w nim coś kuszącego. Brakuje tu wodotrysków i opadu szczęki, ale z pudła emanuje oldschoolowość, i… pasja autora. Ciężko to wyjaśnić, ale widać, że grze poświęcono bardzo dużo czasu – zaglądając do pudła i przekładając z miejsca na miejsce elementy czuć, że wszystko do siebie pasuje i tworzy spójną całość.

Potraktuję to jako zapowiedź dobrego, klimatycznego i sensownego obijania się po mordach, bez zbędnych upiększeń i dodatków. Ma być krwawo i brutalnie… Może wkrótce znajdę godnego przeciwnika, który podejmie wyzwanie i stanie do pojedynku, by wyłonić najlepszego…

Niech rozpocznie się walka!

Tylko szkoda, że drukarnia zawaliła z kartami :-(

Kill

Jeden komentarz do “Władca Areny – Unboxing #3

Dodaj komentarz