Jungle Speed – Recenzja #13

Autor | 13 lipca 2014

Jedna z gier, których się boję… Nie wiem czy boję się tego, że jestem zbyt wolny. A może po prostu nie chcę chwalić się niską spostrzegawczością i wolną pracą mojego mózgu. Naprawdę nie wiem, w każdym razie cieszę się, że ludziom podoba się…

Jungle Speed

Kill – To wszystko przez to, że za dużo kawy pijesz. Serce by Ci eksplodowało w trakcie gry i to tak, że Michael Bay byłby dumny!

druid – Ostatnio piję góra dwie dziennie i do tego nie za mocne ; P

Mi też się podoba – chociaż grałem niewiele, więcej chyba obserwowałem. I dzięki temu mogę śmiało stwierdzić, że jest to jedna z gier czysto imprezowych. Jest szybka i sprawia, że ludzie przez cały czas trwania rozgrywki są zadowoleni. Niezależnie od tego jak im akurat się powodzi. I czy w ogóle – bo jako obserwator też jestem w stanie się pośmiać z grających.

Przejdźmy jednak do rzeczy… czas goni, Killian goni, a chorobowe się skończyło.

Do roboty! Pisać, albo nie będzie miski ryżu (i tak nie będzie :P).

Jak widać na zdjęciach powyżej – niewiele nam do szczęścia potrzeba. Drewniany totem oraz kilkadziesiąt kart z różnymi symbolami w niekoniecznie jednakich kolorach zapewnią nam świetną zabawę.

Celem Jungle Speed jest pozbycie się wszystkich posiadanych kart. Łącznie jest ich osiemdziesiąt, a na początku gry dzielimy je równo między grających. Dostajemy więc karty, które kładziemy w stosie przed sobą rewersami do góry. Na środku, pomiędzy wszystkimi graczami, w mniej więcej równej odległości od każdego ustawiamy totem.

W kolejności zgodnej z ruchem wskazówek, zaczynając od rozdającego, gracze odkrywają kartę ze stosu swoich kart zakrytych i kładą ją przed sobą na stosie kart odkrytych. I wszystko byłoby bardzo proste, do tej pory mógłbym brać udział w każdej rozgrywce, niestety jednak trzeba zacząć szybko się rozglądać. Patrzymy więc na swoją kartę, na karty wierzchnie z odkrytego stosu przeciwników i ewentualnie działamy.

Na czym polega to działanie? To bardzo proste – jeżeli odsłonięte karty graczy posiadają ten sam symbol (kolor jest nieistotny), rozpoczyna się coś, co instrukcja nazywa Pojedynkiem. Polega on na tym, że gracze z kartami o jednakowych symbolach muszą czym prędzej złapać totem. Przegrany musi zabrać karty swoje oraz karty przeciwnika (i ewentualnie karty z tzw. Karniaka) i ułożyć je pod swoim stosem kart zakrytych. Kontynuujemy grę, rozpoczynając od przegranego w pojedynku. W przypadku pojedynku spowodowanego kartami specjalnymi, który toczyć się może między większą ilością graczy, wygrany dzieli swoje karty i karty z karniaka dowolnie pomiędzy pozostałych. Przegrani zabierają dodatkowo swój stos kart odkrytych.

O, to, że przegrani w multipojedynku zabierają swój stos kart odrzuconych to dla mnie nowość. Czego to człowiek się nie dowie. Jungle Speed jest baaardzo podatny na granie zgodnie z własnymi zasadami – coś jak Makao.

Same pojedynki to, jak łatwo się domyślić, kwintesencja Jungle Speeda. Bywają krwawe, bywają niebezpieczne, bywają śmieszne (szczególnie, kiedy ktoś nie zajarzy i można zgarnąć totem w zwolnionym tempie, niczym Neo unikający kul w Matrixie). Zawsze jednak sprawiają mnóstwo frajdy i podnoszą ciśnienie.

Symbole, co dla mnie jest straszne, bywają bardzo podobne do siebie. Rozpędzona dłoń łapie totem po czym okazuje się, że niesłusznie – cóż, nie możemy pozostać bezkarni. Oprócz tego, że wszyscy się z nas śmieją, zabieramy też ich odkryte karty oraz przywłaszczamy sobie (choć niechętnie) Karniaka.

Aby nie było za łatwo, a gra nie skupiała się wyłącznie na porównywaniu symboli – twórcy gry dodali karty specjalne. Ich działanie nie komplikuje w żaden sposób zabawy, a wprowadza dodatkowy dreszczyk, który pobudza nasze mózgi i wyprowadza ze stanu wyłącznie komparacji symboli. Innymi słowy – działanie kart dodatkowych zaczyna siać panikę wśród grających…

Na szczęście są tylko trzy typy kart specjalnych:

  • białe strzałki na zewnątrz – Wszyscy gracze jednocześnie odkrywają po karcie. Szybko rzucamy okiem na stół i… łapać totem czy nie!?
  • białe strzałki do środka – Każdy z graczy automatycznie stara się złapać totem. Ten, któremu się to uda kładzie swoje karty odkryte pod totem, doładowując w ten sposób stos zwany Karniakiem;
    Karta znana jako „nie łapię, bo i tak nie mam szans z Killem/Macokiem” :>
  • kolorowe strzałki do środka – Od momentu pojawienia się tej karty gracze zaczynają odzwyczajać się od porównywania symboli i szukają identycznych kolorów.
    Ta karta wprowadza chyba najwięcej chaosu, zamieszania, radości i smutku. Bogowie Chaosu byliby dumni z takiej broni!

Instrukcja gry objaśnia także wyjątki, z którymi warto się zapoznać. Kilka linijek tekstu instrukcji to naprawdę niewiele, a nie zatrzymamy się nagle w połowie rozgrywki : )

Gra kończy się, kiedy jeden z graczy pozbędzie się wszystkich swoich kart – zarówno ze stosu kart zakrytych jak i odkrytych.

Warto wspomnieć, że jedna partia trwa dość krótko (chociaż nie wiem ile dokładnie, nigdy przy Jungle’u nie liczyłem czasu :P), łatwo więc o rewanż.

Gra jest przewidziana dla od dwóch do dziesięciu graczy, a podobno może być ich nawet więcej. Dodatkowo przewidziane są warianty dla graczy dwóch oraz trzech. Instrukcja gry oczywiście zawiera ich opis…

Gra we 2/3 osoby jest nuuuudna… Nie polecam, są lepsze gry dla tak nielicznego grona.

Ja jednak chciałbym się skupić na wersji stworzonej przez DWLC. Wersji pachnącej niewolnictwem, stworzonej dla jeszcze większej uciechy panów popijających w tym czasie napoje wszelakie. Jedno ze zdjęć powyżej obrazuje ten okrutny proceder wykorzystywania ludzi (na czas robienia zdjęcia usunięto z kadru bicze oraz średniowieczne narzędzia tortur). Na czym to polega? To proste. Trójka grających (ci z tyłu, siedzący przy herbatce, jak ludzie) wykłada sobie karty jak gdyby nigdy nic…

Dlaczego jednak, w przypadku pojedynku, mieliby ryzykować swoimi ślicznymi, czyściutkimi dłońmi?! No i właśnie od tego są niewolnicy (ci na pierwszym planie), którzy mają obijać sobie ręce i tak już zmęczone ciężką pracą w polu od rana do wieczora. Pan daje swojemu niewolnikowi odpowiedni znak głosem, a ten musi zareagować i złapać totem. Oczywiście nie może go widzieć, bo nie byłoby zabawy, łamania palców i macania się po kroczach za poszukiwaniem trąconej figury…

Jak już wspomniałem, gra jest bardzo podatna na modyfikacje, chociaż muszę przyznać, że ten z nas, kto wpadł na pomysł niewolniczego Jungle’a, zasługuje na nagrodę za kreatywność…

Dobra. Przejdźmy do oceny.

Estetyka – co tu oceniać? Totem jest jaki powinien być – odpowiednio duży, nie za duży. Karty są jakie powinny być – ładne, i podobne jedna do drugiej (może trochę cienkie, ale na szczęście rwiemy totem, a nie karty). No i ładny worek : ]. Nie mogę dać inaczej jak 4/5.

Bebechy – Też tego nie za wiele, ale przyznać trzeba, że partia potrafi być bardzo szybka, a jej długość często zależna jest od spostrzegawczości i refleksu graczy (i zimnej krwi) – choć zawsze krótka. Gra w podstawowej wersji nie posiada specjalnych udziwnień, co z pewnością jest na plus i dzięki temu nadaje się na każdą imprezę czy szybką grę rodzinną. Pamiętajcie dzieci – osobom starszym wydłuża się czas reakcji, macie szanse z rodzicami ; ) Dobra. Nie marudź druidzie. Dam 4/5 bo naprawdę gra jest jaka powinna być – prosta, szybka i radosna – osiągnięto cel.

Frajda – oczywiście 5/5 – i tutaj nie dam niższej oceny widząc, że ludzie bawią się nawet jeżeli tylko obserwują grających.

Zasłużone 5/5. I w końcu zrobiłem sobie znak jakości – bo Jungle Speed na takowy zasługuje.

Znak Jakości Killa!

Znak Jakości Killa!

druid & Kill

7 komentarze do “Jungle Speed – Recenzja #13

  1. eM.

    Znak jakości wymiata. I wersja dla murzajnów też (zwłaszcza gdy niewolnicy macali się po kroczu). Dla mnie 4,5/5, za dużo złamanych paznokci… ;)

    Odpowiedz
    1. druid Post author

      Pazurki to coś, co powinno być zabronione przy okazji tej giery ; P
      Znak jakości Killa jest żalowy, liczyłem na coś bardziej kreatywnego. ; )

      W ogóle zapomniałem dodać, że jest to kolejny wpis sponsorowany przez słowo „karta”.

      Odpowiedz
          1. druid Post author

            Przynajmniej wszyscy wiemy, że brudna. W sumie trochę lepiej, ale ja to bym wymyślił zupełnie coś magicznie nowego, a nie jakieś „okejki”.

            Odpowiedz
  2. Pingback: Uga Buga! – Recenzja #14 - DWLC - blog planszówkowy

Dodaj komentarz