Mage Knight: Lost Legion – Unboxing #12

Autor | 27 stycznia 2016

O tym, co dla nas cenne, dowiadujemy się zwykle, kiedy to stracimy. Zwykle chodzi jednak o takie błahostki jak zdrowie, miłość czy pieniądze. Spróbujcie sobie jednak wyobrazić coś o wiele, wiele straszniejszego – utratę możliwości zdobycia dodatku do jednej z waszych ulubionych gier!

Dłuuugo łudziłem się, że Lacerta wyda po polsku Lost Legion, rozszerzenie do jednego z moich ulubionych tytułów, choć ostatnio rzadziej wyciąganego na stół. Po jakimś czasie nawet o angielskie wydanie było ciężko, a używki sprzedawały się za milijony monet. Pogodziłem się więc ze stratą, choć gdzieś tam w głębi mojego serduszka zawsze tliła się nadzieja, że kiedyś jednak uzbieram całą mejdżnajtową kolekcję w języku Szekspira.

I tak pewnej styczniowej nocy wydarzył się cud! Kładąc się spać rzuciłem jeszcze okiem na telefon, a tam – mail…

„Produkt „Mage Knight: The Lost Legion” jest już dostępny.”

Serce zabiło mi szybciej, w głowie szybko przeleciał rząd liczb. „Cholera, przekroczyłem już planszówkowy budżet na ten miesiąc.” Biłem się z myślami jeszcze 10 minut, a trzy dni później wyciągałem paczkę z Paczkomatu. Cóż, trzeba będzie posprzątać trochę półki i sprzedać kilka pudełek :>.

Nie mogłem doczekać się zdjęcia folii z pudełka i wypatroszenia go z wszystkich kart, żetonów, figurek i kafelków, dlatego unboxing właściwy wykonany został u Joan na stoliku, zamiast na tradycyjnym Niebieskim z nieodłącznym nożem do listów. Musicie mi wybaczyć brak cierpliwości, ale nie mogłem się doczekać ujrzenia tych wszystkich dóbr na własne oczy!

Zacznijmy od pudła. Wykonane z grubego kartonu, podobnie jak podstawka. Tak na oko, ze starcia z głową nielubianego kolegi, to ono powinno wyjść w lepszym stanie. Jego jedynym problemem jest to, że jest… malutkie. Spodziewałem się czegoś większego, szczególnie biorąc pod uwagę astronomiczną wręcz cenę dodatku w stosunku do podstawki (którą niedługo po premierze wersji polskiej kupiłem za mniej, niż rozszerzenie teraz…). Dobrze, że rozmiar to nie wszystko (hehe… he… he). Rzućmy okiem na zawartość.

Chciałem nie zaczynać od figurek, nooo ale…. dodatek wprowadza dwie nowe postaci: jedną dla graczy (umożliwiając tym samym męczarnię w pięć osób) i drugą dla „gry” – złego przywódcę bandytów zwanego Volkare. To takie kolejne „miasto” – tyle, że chodzące. Podoba mi się to, że figurka głównego przeciwnika nie zachowuje skali – Volkare góruje nad rycerzami, pokazując w ten sposób, że nie jest jakimś zwykłym watażką, tylko wyzwaniem godnym prawdziwych Rycerzy.

Miniaturki przedstawiają standardowy dla Mage Knighta poziom – z daleka fajne, z bliska… przydałoby się je poprawić kiedyś, bo małe chińskie rączki pomalowały je dość niechlujnie. Z drugiej strony, wyglądają dużo lepiej od “gołego” plastiku. Figurki są też dużo bardziej “gumowe”, zdecydowanie łatwiej wyginają się pod wpływem dotyku. Niestety, miejsce w wyprasce na Volkare’a jest tak zaprojektowane, że jego miecz jest w nim permanentnie wygięty. Jeśli ktoś chce mieć wszystkie komponenty w idealnym stanie, to radziłbym poszukać innego sposobu na składowanie figurek.

Pora na najważniejsze, czyli karcioszki. Czym byłby bowiem dodatek do gry o potężnych bohaterach bez nowych i równie potężnych artefaktów, zaklęć, jednostek czy umiejętności? Ich ilość jest zadowalająca – do każdego rodzaju kart z podstawki dodano kilka nowych kart (raptem cztery zaklęcia, ale za to dwanaście nowych umiejętności – pozostałych rodzajów jakoś po osiem). Na całe szczęście, nie ma różnicy w rewersach kart pomiędzy polską edycją, a angielskim dodatkiem więc można je łączyć bez większych problemów (o ile oczywiście nie ma się problemu z mieszaniem dwóch wersji językowych).

Jakość kart pozostała więc taka sama, ale poprawie uległy za to grafiki na kartach – są dużo ciekawsze. Jednostki zyskały interesujące tła (zwiadowcy idą przez las, oprychy spotkać można w mieście, itp.), gdzie w podstawce tło było zwykle jednokolorowe. Podobnie jest z kartami umiejętności – nowe grafiki są fantastyczne! Przynajmniej w porównaniu z dość bezpłciowymi ilustracjami z podstawki, które często ograniczały się do jednego obiektu lub postaci i jednokolorowego tła (np. wszelkie magiczne pociski). Chętnie kupiłbym reprint angielskiej podstawki z takimi grafikami na wszystkich kartach.

Jeśli chodzi o kartonowe elementy, to nie jest tu tak różowo. Przede wszystkim, kafelki planszy są wygięte prawie tak bardzo, jak miecz Volkare’a. Zobaczyć to możecie na jednym ze zdjęć. Obawiam się, że rozjeżdżanie się planszy może teraz występować dużo częściej, niż w podstawce… Dalej – żetony przeciwników. Jest ich sporo, średnio gdzieś po sześć sztuk do każdego z sześciu rodzajów. Tyle tylko, że w ich przypadku widać różnicę w kolorystyce rewersów, szczególnie jednostek miejskich (białych)… Jasne, pewnie nawet nie będę tego widział podczas gry, ale to unboxing, w którym wytyka się wszystkie takie rzeczy. W końcu dodatek kosztuje niemałe pieniądze.

Na szczęście do pozostałych komponentów nie mam za to jak się przyczepić. Dodatkowa kostka czy kafelki z umiejętnościami nowego bohatera prezentują ten sam poziom, co w podstawce. W tym miejscu warto też pochwalić wydawcę za dorzucenie garści nowych kryształów many i „tarcz” graczy – dzięki temu nie powinno ich już nigdy zabraknąć podczas gry ;-)

Lost Legion został wydany całkiem porządnie, choć przyczepić można się do mało użytecznej wypraski – po zakoszulkowaniu kart nie przyda się już do niczego, a do miejsce na żeton Volkare’a jest tak skonstruowane, że każde wkładania i wyjmowanie może go uszkodzić. Zresztą, noszenie dwóch pudełek jest mało wygodne. Mi udało się całość zapakować do pudełka z podstawki, musiałem jedynie znaleźć jakieś pudełko na figurki.

Jakość komponentów w Lost Legion jest zadowalająca. Choć grafiki na kartach dużo bardziej cieszą oczy, to jednak nie można zapomnieć o kilku mankamentach: powyginanych elementach i niepasujących kolorystycznie żetonach. No i o tym, że pudełko jest dość małe i ilościowo nie oferuje wcale tak dużo… Mam jednak nadzieję, że rozrywka, którą zapewni, zrekompensuje horrendalnie wysoki koszt tego dodatku.

Killian

Jeden komentarz do “Mage Knight: Lost Legion – Unboxing #12

  1. Pingback: GRY PLANSZOWE W PIGUŁCE #708 - Board Times - gry planszowe to nasza pasja

Dodaj komentarz